14.01.2023, 22:38 ✶
Zamyślił się na moment, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak dziwnie wyglądały jego rozważania na temat duchów w kontekście tego, że omal nie umarł. Nie zrobił tego celowo, ale gdyby jeszcze dodał kwestię wróżby z ponurakiem, którą uważał za nieśmieszny żart, sytuacja przybrałaby na powadze. Pomijając, że już teraz dało się nią pokaleczyć. Czuł niepokój wżerający mu się pod skórę niczym klątwa, a choć obecność Castiela powinna to złagodzić, tylko potęgowała nieprzyjemne wrażenie. Przypominało mu to, jak wielu błędów się dopuścili.
- Tyle że wiem, w jakim stanie jestem ja – odparł ponuro. – Widziałem się z Brenną, więc wiem, że nic jej się nie stało. Nikt mi za to nie mówi, co działo się z tobą.
Był zły, niekoniecznie na Casa, a na wszystkich pozostałych, którzy nie udzielali mu żadnych odpowiedzi. Niby nie powinien im się dziwić, zwłaszcza że sam wściekałby się, gdyby informowano na prawo i lewo o stanie jego zdrowia. Ta sytuacja jednak była inna… Tyle że nikt o tym nie wiedział. Merlin jeden wiedział, jakby zresztą zareagowali, gdyby Fergus wymuszał na kimkolwiek wiadomości na temat Castiela, podając za jeden z powodów zażyłość, która ich łączyła. O ile nadal tak było, bo patrząc na to, że Flint nie potrafił nawet odwzajemnić jego uśmiechu, zaczynał w to powątpiewać. Mina mu nieco zrzedła.
Może sednem problemu nie było to, że Castiel nie nadawał się na klątwołamacza, bo widać było, że traktował swoją pracę z należytą pasją i oddawał jej się w całości. Katastrofę wywołało to, że zbliżył się do Fergusa, pozwalając sobie na lekkomyślność i swobodę. Ollivander go rozpraszał, sprawiając, że zapominał o podstawowych zasadach bezpieczeństwa. A to nie wróżyło dobrze, choć z pozoru mogło wydawać się pełne pożądania, swego rodzaju fascynacji. Pójście za głosem serca nie szło w parze z gwarancją stabilności i zaufania.
- Według słów… Co ci nagadał mój ojciec? – zapytał, podrywając głowę znad kubka kawy i patrząc na Castiela z irytacją wymalowaną na twarzy. Nie była jednak skierowana w jego stronę, a wywołana raczej uczuciem zawodu, że jego rodzina znów wtrącała się w jego życie. Czy mieli prawo? Biorąc pod uwagę, że ich jedyny syn prawie stracił życie, pewnie tak. Ale wciąż był dorosłym człowiekiem, który sam mógł decydować o tym, z kim powinien się zadawać. Nic dziwnego, że uniósł głos bardziej, niż powinien. Flint jednak mylił się co do jednego: Fergus nie odziedziczył charakteru po ojcu, złość prezentował w równym stopniu, co jego matka. Starcie z panem Ollivanderem było ledwo szczytem góry lodowej wystającej nad powierzchnią oceanu. I góra ta topiła się, podnosząc poziom wody, by zalać otoczenie.
Pierwszego dnia podnosił głowę za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, wierząc, że ujrzy w nich Castiela. Po rozmowie z Brenną wiedział już, że tak się nie stanie. Nie był gotowy na to, że gdy się obudzi, rzeczywiście zobaczy go tuż obok siebie. Został bez szans na przygotowanie się do tej rozmowy, a tym samym utemperowania tego, co nosił w środku. Zbyt wiele czasu na przemyślenia podczas wpatrywania się w sufit tylko potęgowały to okropne uczucie zawodu – zarówno samym sobą, jak i Flintem.
Chciał się uspokoić. Zamknął oczy, próbując policzyć do dziesięciu, by nie wybuchnąć, ale kolejne słowa Castiela sprawiły, że poderwał się gwałtownie, omal nie oblewając kawą. Odstawił kubek na komodę, przy okazji rozlewając napój. Ciemna ciesz lała się ciurkiem po ściance mebla, ale zignorował ten fakt.
Schrzaniłeś to.
Czego się spodziewał? Że mu zaprzeczy? Tak bardzo skupił się na tych słowach, że puścił mimo uszu to, że Flint zrzucił też część winy na siebie. Jakby nigdy nie wypowiedział zdania dotyczącego jego osoby. Fergus widział już w tym tylko zrzucenie winy na niego, choć sam starał się ukryć to wszystko przed Brenną. Winę za wypadek miała ponosić wyłącznie czarna magia. Wyszło zupełnie inaczej, o czym jeszcze nie wiedział.
- Żałujesz, że mi zaufałeś? – wycedził, mierząc go spojrzeniem. Postawił stopy na podłodze, by zyskać trochę stabilności. W tej skulonej pozycji, w której siedział, czuł się nie do końca pewnie. A skoro mieli ścierać się na argumenty, nie mógł sobie na to pozwolić. Bolało. Paliło go od środka jak diabli, że Castiel mówił mu takie rzeczy. – Nie jestem godny zaufania, prawda? Ale sam mówiłeś, że mi wierzysz. I na co to było, skoro kłamałeś?
Zacisnął zdrową dłoń w pięść, mając potrzebę zrobienia tego samego z drugą, ale wciąż było to zbyt bolesne, bo napinało zraniony nadgarstek. Paznokciami prawie przebił sobie skórę, ale ten fakt ignorował z równą łatwością, co rozlaną kawę, której zapach nęcił nos. Zrobiło mu się słabo z tych wszystkich nerwów i faktu, że coś go rozpraszało. Podniósł się z łóżka, stając na podłodze. Przez chwilę zrobiło mu się ciemno przed oczami, ale nie dawał tego po sobie poznać, nie odrywając rozwścieczonego spojrzenia od Castiela. Chciał mu ufać, ale to działało w dwie strony. I obaj zawiedli się nawzajem, stawiając w niezręcznej sytuacji.
- Nie mam wpływu na to, co mówią inni ludzie – warknął, kolejny raz unosząc głos. – Nie rozumiem, czemu obwiniają ciebie, skoro mówiłem wszystkim, że ta durna szkatułka mnie zahipnotyzowała.
Nawet nie pomyślał o tym, że wychodziła tu na pierwszy plan kwestia braku zaklęć ochronnych. Chciał pomóc, naprawdę. Nie bez powodu odmówił Brennie składania donosów na Castiela. Zależało mu na nim, ale wszystko zaprzepaścił, dotykając tego okropieństwa. Flint mu nie ufał. Nie ufał.
- Tyle że wiem, w jakim stanie jestem ja – odparł ponuro. – Widziałem się z Brenną, więc wiem, że nic jej się nie stało. Nikt mi za to nie mówi, co działo się z tobą.
Był zły, niekoniecznie na Casa, a na wszystkich pozostałych, którzy nie udzielali mu żadnych odpowiedzi. Niby nie powinien im się dziwić, zwłaszcza że sam wściekałby się, gdyby informowano na prawo i lewo o stanie jego zdrowia. Ta sytuacja jednak była inna… Tyle że nikt o tym nie wiedział. Merlin jeden wiedział, jakby zresztą zareagowali, gdyby Fergus wymuszał na kimkolwiek wiadomości na temat Castiela, podając za jeden z powodów zażyłość, która ich łączyła. O ile nadal tak było, bo patrząc na to, że Flint nie potrafił nawet odwzajemnić jego uśmiechu, zaczynał w to powątpiewać. Mina mu nieco zrzedła.
Może sednem problemu nie było to, że Castiel nie nadawał się na klątwołamacza, bo widać było, że traktował swoją pracę z należytą pasją i oddawał jej się w całości. Katastrofę wywołało to, że zbliżył się do Fergusa, pozwalając sobie na lekkomyślność i swobodę. Ollivander go rozpraszał, sprawiając, że zapominał o podstawowych zasadach bezpieczeństwa. A to nie wróżyło dobrze, choć z pozoru mogło wydawać się pełne pożądania, swego rodzaju fascynacji. Pójście za głosem serca nie szło w parze z gwarancją stabilności i zaufania.
- Według słów… Co ci nagadał mój ojciec? – zapytał, podrywając głowę znad kubka kawy i patrząc na Castiela z irytacją wymalowaną na twarzy. Nie była jednak skierowana w jego stronę, a wywołana raczej uczuciem zawodu, że jego rodzina znów wtrącała się w jego życie. Czy mieli prawo? Biorąc pod uwagę, że ich jedyny syn prawie stracił życie, pewnie tak. Ale wciąż był dorosłym człowiekiem, który sam mógł decydować o tym, z kim powinien się zadawać. Nic dziwnego, że uniósł głos bardziej, niż powinien. Flint jednak mylił się co do jednego: Fergus nie odziedziczył charakteru po ojcu, złość prezentował w równym stopniu, co jego matka. Starcie z panem Ollivanderem było ledwo szczytem góry lodowej wystającej nad powierzchnią oceanu. I góra ta topiła się, podnosząc poziom wody, by zalać otoczenie.
Pierwszego dnia podnosił głowę za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, wierząc, że ujrzy w nich Castiela. Po rozmowie z Brenną wiedział już, że tak się nie stanie. Nie był gotowy na to, że gdy się obudzi, rzeczywiście zobaczy go tuż obok siebie. Został bez szans na przygotowanie się do tej rozmowy, a tym samym utemperowania tego, co nosił w środku. Zbyt wiele czasu na przemyślenia podczas wpatrywania się w sufit tylko potęgowały to okropne uczucie zawodu – zarówno samym sobą, jak i Flintem.
Chciał się uspokoić. Zamknął oczy, próbując policzyć do dziesięciu, by nie wybuchnąć, ale kolejne słowa Castiela sprawiły, że poderwał się gwałtownie, omal nie oblewając kawą. Odstawił kubek na komodę, przy okazji rozlewając napój. Ciemna ciesz lała się ciurkiem po ściance mebla, ale zignorował ten fakt.
Schrzaniłeś to.
Czego się spodziewał? Że mu zaprzeczy? Tak bardzo skupił się na tych słowach, że puścił mimo uszu to, że Flint zrzucił też część winy na siebie. Jakby nigdy nie wypowiedział zdania dotyczącego jego osoby. Fergus widział już w tym tylko zrzucenie winy na niego, choć sam starał się ukryć to wszystko przed Brenną. Winę za wypadek miała ponosić wyłącznie czarna magia. Wyszło zupełnie inaczej, o czym jeszcze nie wiedział.
- Żałujesz, że mi zaufałeś? – wycedził, mierząc go spojrzeniem. Postawił stopy na podłodze, by zyskać trochę stabilności. W tej skulonej pozycji, w której siedział, czuł się nie do końca pewnie. A skoro mieli ścierać się na argumenty, nie mógł sobie na to pozwolić. Bolało. Paliło go od środka jak diabli, że Castiel mówił mu takie rzeczy. – Nie jestem godny zaufania, prawda? Ale sam mówiłeś, że mi wierzysz. I na co to było, skoro kłamałeś?
Zacisnął zdrową dłoń w pięść, mając potrzebę zrobienia tego samego z drugą, ale wciąż było to zbyt bolesne, bo napinało zraniony nadgarstek. Paznokciami prawie przebił sobie skórę, ale ten fakt ignorował z równą łatwością, co rozlaną kawę, której zapach nęcił nos. Zrobiło mu się słabo z tych wszystkich nerwów i faktu, że coś go rozpraszało. Podniósł się z łóżka, stając na podłodze. Przez chwilę zrobiło mu się ciemno przed oczami, ale nie dawał tego po sobie poznać, nie odrywając rozwścieczonego spojrzenia od Castiela. Chciał mu ufać, ale to działało w dwie strony. I obaj zawiedli się nawzajem, stawiając w niezręcznej sytuacji.
- Nie mam wpływu na to, co mówią inni ludzie – warknął, kolejny raz unosząc głos. – Nie rozumiem, czemu obwiniają ciebie, skoro mówiłem wszystkim, że ta durna szkatułka mnie zahipnotyzowała.
Nawet nie pomyślał o tym, że wychodziła tu na pierwszy plan kwestia braku zaklęć ochronnych. Chciał pomóc, naprawdę. Nie bez powodu odmówił Brennie składania donosów na Castiela. Zależało mu na nim, ale wszystko zaprzepaścił, dotykając tego okropieństwa. Flint mu nie ufał. Nie ufał.