14.01.2023, 23:10 ✶
Nie dziwiło go, że nikt o nim nie wspominał. Nie mieli powodu, w końcu był winowajcą. Z drugiej strony było to bolesne, a może i to, że Fergus nie wydawał się o niego pytać. Przecież gdyby skierował pytanie do Danielle to odpowiedziałaby mu, że wszystko jest z nim w porządku. Znał ją od lat, nie przemilczałaby tej kwestii bez względu na to co mogłaby sobie o nim pomyśleć. To samo dotyczy Brenny.
- Jak sam widzisz, nic mi nie jest. - poza problemami w pracy, brakiem różdżki, brakiem jakiejkolwiek stabilności emocjonalnej, skrajnym deficytem szczęścia, co dopowiedział w myślach choć w wypowiedzi można było wyczuć, że kryło się znacznie więcej. Nie chciał jednak się nad sobą tutaj użalać bo to Fergus walczył o życie. Przemilczy konsekwencje jakie na niego spadają. Być może uda się odkładać w nieskończoność wyznawanie tego Olivadnerowi. Wiedział, że się przejmie a wolał tego uniknąć. Odłoży to w czasie jak tylko się da; musi najpierw sam się odnaleźć w tej niepewnej zawodowej sytuacji.
- To, co oczywiste, że to moja wina i mam się tu nie pokazywać. Jak widzisz, nie posłuchałem. - odpowiadał nieco oschle bowiem miał już serdecznie dość tego metaforycznego wytykania go palcami. Męczyło go to i wielokrotne powtarzanie prawdy niczego nie zmieni, przecież zmieniacze czasu są zbyt trudne do zdobycia a i cała procedura uzyskania takiego artefaktu mogłaby zająć wieki. Widział na jego twarzy zirytowanie i to go trochę uspokoiło... ale tylko trochę. Sytuacja trochę go przerastała bowiem był zbyt przejęty Fergusem. Za bardzo się o niego martwił i bał się jego utraty przez co uczucia niepotrzebnie się komplikowały.
Podniósł wyżej podbródek kiedy Fergus zerwał się gwałtownie do pionu. To oznaczało, że i on oczekiwał uniewinnienia i zapewniania, że to wypadek i nie mieli na to wpływu. Miałby kłamać? Skoro są ze sobą... blisko... może nie teraz ale ogólnie, to nie może dawać mu taryfy ulgowej. On musi wiedzieć, że i Castiela to boli. Musi się tym zainteresować, musi bo jak nie... bo jak nie to oznacza, że ich relacja jest słabsza niż myśli. Powoli podniósł się z krzesła, podniósł je jeden cal nad podłogę i przystawił do stolika. Robił to w nienagannej ciszy choć widoczne na wierzchu dłoni żyły zdradzały zdenerwowanie.
- Jeśli kosztem tego zaufania jest zagrożenie twojego życia to tak, żałuję. - po tych słowach skrzyżował z nim wzrok. Bolało to i jego, ale to była gorzka prawda. Czy ją udźwigną?
Słowa Fergusa przez chwilę zbiły go z pantałyku. Uniósł brwi w zaskoczeniu kiedy powrócił wspomnieniem do tamtych słów. Ledwie je pamiętał. Ba, miał nadzieję, że Fergus o nich zapomni. Oczywiście nic nie może iść po jego myśli.
- Postaw się na moim miejscu, do jasnej cholery. Daję ci moje zaufanie a ty je depczesz i podchodzisz do artefaktu, który cię prawie zabił a za który JA ODPOWIADAM. - te ostatnie dwa słowa bardzo wyraźnie zaakcentował, cedził je podnosząc też trochę głos. Trzymał dłoń na oparciu krzesła na którym dotychczas siedział.
Jednak kiedy Fergus wspomniał co opowiadał innym to był... to przeważyło szalę.
- Co, kurwa? Co rozpowiadasz? - pobladł i gwałtownie do niego podszedł, zmniejszając dystans do pół metra. Nigdy nie miał tak wściekłego wzroku, nawet względem arogancji Sophie.
- Nie, to chyba jakiś żart. - ręce mu się trzęsły. - Dziękuję ci bardzo, właśnie mnie pogrążyłeś zawodowo! - już głos podniesiony, zrobił dwa kroki w tył, obrócił się, zacisnął palce na swojej głowie i tłumił przekleństwa. Nie wierzył własnym uszom.
- Powiedz mi jeszcze, że Brenna to zapisała i wyśle to do Banku Gringrotta... kurwa, Fergus, nie mogłeś mówić, że nie wiem, potknąłeś się i upadłeś na biurko? Właśnie rozpowiadasz wszystkim, że jestem durnym klątwołamaczem, który zapomina o zaklęciach ochronnych przeciwko wpływowi na umysł... czyli PODSTAWY. Teraz to już jak nic mnie wywalą z pracy.- jęknął z przerażeniem bo nie wyobrażał sobie siebie w innej roli.
- Na gacie Merlina, Fergus, a ja myślałem, że to, co do ciebie czuję ma mnie uszczęśliwiać. - nie kontrolował już słów, pieklił się. Nie był przyzwyczajony do okazywania gniewu dlatego ręce mu się trzęsły, nerwowo spacerował po tym małym obszarze salki i mamrotał pod nosem soczystą wiązankę przekleństw. Chciało mu się krzyczeć, wyładować, uderzyć, umniejszyć tej impulsywności która wpędzała jego organizm w palpitacje. Oto człowiek, w którym się zakochał doprowadza do utraty ukochanej pracy.
- Jak sam widzisz, nic mi nie jest. - poza problemami w pracy, brakiem różdżki, brakiem jakiejkolwiek stabilności emocjonalnej, skrajnym deficytem szczęścia, co dopowiedział w myślach choć w wypowiedzi można było wyczuć, że kryło się znacznie więcej. Nie chciał jednak się nad sobą tutaj użalać bo to Fergus walczył o życie. Przemilczy konsekwencje jakie na niego spadają. Być może uda się odkładać w nieskończoność wyznawanie tego Olivadnerowi. Wiedział, że się przejmie a wolał tego uniknąć. Odłoży to w czasie jak tylko się da; musi najpierw sam się odnaleźć w tej niepewnej zawodowej sytuacji.
- To, co oczywiste, że to moja wina i mam się tu nie pokazywać. Jak widzisz, nie posłuchałem. - odpowiadał nieco oschle bowiem miał już serdecznie dość tego metaforycznego wytykania go palcami. Męczyło go to i wielokrotne powtarzanie prawdy niczego nie zmieni, przecież zmieniacze czasu są zbyt trudne do zdobycia a i cała procedura uzyskania takiego artefaktu mogłaby zająć wieki. Widział na jego twarzy zirytowanie i to go trochę uspokoiło... ale tylko trochę. Sytuacja trochę go przerastała bowiem był zbyt przejęty Fergusem. Za bardzo się o niego martwił i bał się jego utraty przez co uczucia niepotrzebnie się komplikowały.
Podniósł wyżej podbródek kiedy Fergus zerwał się gwałtownie do pionu. To oznaczało, że i on oczekiwał uniewinnienia i zapewniania, że to wypadek i nie mieli na to wpływu. Miałby kłamać? Skoro są ze sobą... blisko... może nie teraz ale ogólnie, to nie może dawać mu taryfy ulgowej. On musi wiedzieć, że i Castiela to boli. Musi się tym zainteresować, musi bo jak nie... bo jak nie to oznacza, że ich relacja jest słabsza niż myśli. Powoli podniósł się z krzesła, podniósł je jeden cal nad podłogę i przystawił do stolika. Robił to w nienagannej ciszy choć widoczne na wierzchu dłoni żyły zdradzały zdenerwowanie.
- Jeśli kosztem tego zaufania jest zagrożenie twojego życia to tak, żałuję. - po tych słowach skrzyżował z nim wzrok. Bolało to i jego, ale to była gorzka prawda. Czy ją udźwigną?
Słowa Fergusa przez chwilę zbiły go z pantałyku. Uniósł brwi w zaskoczeniu kiedy powrócił wspomnieniem do tamtych słów. Ledwie je pamiętał. Ba, miał nadzieję, że Fergus o nich zapomni. Oczywiście nic nie może iść po jego myśli.
- Postaw się na moim miejscu, do jasnej cholery. Daję ci moje zaufanie a ty je depczesz i podchodzisz do artefaktu, który cię prawie zabił a za który JA ODPOWIADAM. - te ostatnie dwa słowa bardzo wyraźnie zaakcentował, cedził je podnosząc też trochę głos. Trzymał dłoń na oparciu krzesła na którym dotychczas siedział.
Jednak kiedy Fergus wspomniał co opowiadał innym to był... to przeważyło szalę.
- Co, kurwa? Co rozpowiadasz? - pobladł i gwałtownie do niego podszedł, zmniejszając dystans do pół metra. Nigdy nie miał tak wściekłego wzroku, nawet względem arogancji Sophie.
- Nie, to chyba jakiś żart. - ręce mu się trzęsły. - Dziękuję ci bardzo, właśnie mnie pogrążyłeś zawodowo! - już głos podniesiony, zrobił dwa kroki w tył, obrócił się, zacisnął palce na swojej głowie i tłumił przekleństwa. Nie wierzył własnym uszom.
- Powiedz mi jeszcze, że Brenna to zapisała i wyśle to do Banku Gringrotta... kurwa, Fergus, nie mogłeś mówić, że nie wiem, potknąłeś się i upadłeś na biurko? Właśnie rozpowiadasz wszystkim, że jestem durnym klątwołamaczem, który zapomina o zaklęciach ochronnych przeciwko wpływowi na umysł... czyli PODSTAWY. Teraz to już jak nic mnie wywalą z pracy.- jęknął z przerażeniem bo nie wyobrażał sobie siebie w innej roli.
- Na gacie Merlina, Fergus, a ja myślałem, że to, co do ciebie czuję ma mnie uszczęśliwiać. - nie kontrolował już słów, pieklił się. Nie był przyzwyczajony do okazywania gniewu dlatego ręce mu się trzęsły, nerwowo spacerował po tym małym obszarze salki i mamrotał pod nosem soczystą wiązankę przekleństw. Chciało mu się krzyczeć, wyładować, uderzyć, umniejszyć tej impulsywności która wpędzała jego organizm w palpitacje. Oto człowiek, w którym się zakochał doprowadza do utraty ukochanej pracy.