29.08.2024, 22:14 ✶
Południowe Stragany
Wyroby Pani Zamfir > Kadzidła i świece
Wyroby Pani Zamfir > Kadzidła i świece
Jeden mówił “tyś moja”, drugi mówił “jak Bóg da!”, a trzeci mówił “moja najmilejsza… Czemuś jest mi tak smutna?"
Oboje byli siebie warci, ukryci warstwa za warstwą uśmiechu, tańca i gładkich ruchów. Oboje odnaleźli siebie lata temu, dojmująco samotni w perfekcyjnie zawoalowanej aurze wystudiowanych gestów, słodkich słówek tkanych pośród żerowiska piranii spragnionych władzy i pieniędzy.
Nie rozumiał czemu tka przed nim baśń, skoro nie był żadnym z tych trzech ptaków. Nigdy nie rościł sobie do niej prawa. Nie modlił się o zmianę jej decyzji. Kiedyś... kiedyś może pytał o powody jej smutku, lecz teraz jego usta milczały. W imię wolności, w imię niepisanej umowy pozwalającej im utrzymać tę relację na w miarę bliskim poziomie wiedział, że nie należy pytać, ponieważ ani Lorien, ani ptasi duch w niej nie udzielą odpowiedzi na tematy bolesne czy trudne dla jego przyjaciółki. Na tematy, które interesowały go o tyleż bardziej niż smak wina, czy kolejne pierwsze wydanie, które trafiło na jego półkę. Ale cisza, która miałaby nastąpić po pytaniu byłaby gorsza niż najgorsza prawda. Kłamstwo okraszone perlistym śmiechem i zbywaniem go, byłoby gorsze niż gorycz odmowy. Więc nie pytał, a ona sama z siebie nigdy nie zaczynała. Zatem słowa, które najprawdopodobniej miały go uspokoić, które być może miały być cichymi przeprosinami drobnej kobietki, stawały się bardziej karą, wskazaniem miejsca w szeregu, na gałęzi, która nawet nie była w kadrze jej opowiastki.
Przełknął to, jak zawsze, karcąc się w duchu, że wciąż, mimo upływu lat szukał w niej kogoś, kto dawno temu umarł.
– Nie spodziewałem się, że to powiem, ale bardzo Ci pasuje. Soczyste kolory, dzikość taboru. Jeszcze moment i zacznę się zastanawiać, czy na najbliższe urodziny nie sprezentować Ci talii tarota? – zaśmiał się serdecznie, lekko, wyobrażając sobie, że jest kimś innym, że nie przesypał się przez nich piasek jordańskiej pustyni, a jedyne co wypili razem to słodkie musujące wino, niezobowiązujących rozmów o niczym na angielskich bankietach. – Wybaczcie drogie panie, Jonathan muszę kogoś Ci przedstawić... – podjął rozglądając się za jakimkolwiek portem, ucieczką od odpowiedzi dzieweczki zasłuchanej w śpiew trzech ptaków. – Spotkajmy się może przy słodkościach Nory? Ma doskonałe cynamonki i liczę na podwójne espresso, ten dzień jest już i tak za długi... A jeśliby się nie udało, Lorien... jesteśmy umówieni na jutro, pamiętaj proszę. – prewencyjnie pożegnał się z damami i kradnąc Selwyna ruszył w kierunku kadzideł, nie zamierzając bynajmniej zwierzać mu się, ale traktując jego osobę, jako dobrą tarczę odwracającą od niego samego uwagę, jakby cokolwiek ze skołtunionych myśli miało znaleźć swoje odbicie w wahaniu głosu, czy niekontrolowanym grymasie. Już w drodze oceniał, czy przyjdzie mu rozmawiać z jednym, czy drugim z bliźniaków. Zachowanie Charlesa dużo jednak mogło zdradzić. W końcu Anthony wiedział jak młodzik zachowuje się przy swoim ojcu.
–Dzień dobry! Bardzo liczyłem na to spotkanie, gdy tylko dostałem list, ale nie spodziewałem się, że nastąpi w takich okolicznościach! – podjął po Norwesku, uśmiechając się szeroko, odzyskując rezon i kontrolę nad sobą i sytuacją.
Oboje byli siebie warci, ukryci warstwa za warstwą uśmiechu, tańca i gładkich ruchów. Oboje odnaleźli siebie lata temu, dojmująco samotni w perfekcyjnie zawoalowanej aurze wystudiowanych gestów, słodkich słówek tkanych pośród żerowiska piranii spragnionych władzy i pieniędzy.
Nie rozumiał czemu tka przed nim baśń, skoro nie był żadnym z tych trzech ptaków. Nigdy nie rościł sobie do niej prawa. Nie modlił się o zmianę jej decyzji. Kiedyś... kiedyś może pytał o powody jej smutku, lecz teraz jego usta milczały. W imię wolności, w imię niepisanej umowy pozwalającej im utrzymać tę relację na w miarę bliskim poziomie wiedział, że nie należy pytać, ponieważ ani Lorien, ani ptasi duch w niej nie udzielą odpowiedzi na tematy bolesne czy trudne dla jego przyjaciółki. Na tematy, które interesowały go o tyleż bardziej niż smak wina, czy kolejne pierwsze wydanie, które trafiło na jego półkę. Ale cisza, która miałaby nastąpić po pytaniu byłaby gorsza niż najgorsza prawda. Kłamstwo okraszone perlistym śmiechem i zbywaniem go, byłoby gorsze niż gorycz odmowy. Więc nie pytał, a ona sama z siebie nigdy nie zaczynała. Zatem słowa, które najprawdopodobniej miały go uspokoić, które być może miały być cichymi przeprosinami drobnej kobietki, stawały się bardziej karą, wskazaniem miejsca w szeregu, na gałęzi, która nawet nie była w kadrze jej opowiastki.
Przełknął to, jak zawsze, karcąc się w duchu, że wciąż, mimo upływu lat szukał w niej kogoś, kto dawno temu umarł.
– Nie spodziewałem się, że to powiem, ale bardzo Ci pasuje. Soczyste kolory, dzikość taboru. Jeszcze moment i zacznę się zastanawiać, czy na najbliższe urodziny nie sprezentować Ci talii tarota? – zaśmiał się serdecznie, lekko, wyobrażając sobie, że jest kimś innym, że nie przesypał się przez nich piasek jordańskiej pustyni, a jedyne co wypili razem to słodkie musujące wino, niezobowiązujących rozmów o niczym na angielskich bankietach. – Wybaczcie drogie panie, Jonathan muszę kogoś Ci przedstawić... – podjął rozglądając się za jakimkolwiek portem, ucieczką od odpowiedzi dzieweczki zasłuchanej w śpiew trzech ptaków. – Spotkajmy się może przy słodkościach Nory? Ma doskonałe cynamonki i liczę na podwójne espresso, ten dzień jest już i tak za długi... A jeśliby się nie udało, Lorien... jesteśmy umówieni na jutro, pamiętaj proszę. – prewencyjnie pożegnał się z damami i kradnąc Selwyna ruszył w kierunku kadzideł, nie zamierzając bynajmniej zwierzać mu się, ale traktując jego osobę, jako dobrą tarczę odwracającą od niego samego uwagę, jakby cokolwiek ze skołtunionych myśli miało znaleźć swoje odbicie w wahaniu głosu, czy niekontrolowanym grymasie. Już w drodze oceniał, czy przyjdzie mu rozmawiać z jednym, czy drugim z bliźniaków. Zachowanie Charlesa dużo jednak mogło zdradzić. W końcu Anthony wiedział jak młodzik zachowuje się przy swoim ojcu.
–Dzień dobry! Bardzo liczyłem na to spotkanie, gdy tylko dostałem list, ale nie spodziewałem się, że nastąpi w takich okolicznościach! – podjął po Norwesku, uśmiechając się szeroko, odzyskując rezon i kontrolę nad sobą i sytuacją.