Kiedy usłyszał ploteczki o Stanleyu i jego obecności na widowisku randkowym, uznał to za zabawne. Właściwie to kurewsko zabawne, bo chodzić na dupy mając za sobą wystawiony list gończy, było niezwykle brawurowe w swojej bezczelności. Nawet Louvaina raczej nie byłoby stać na taką grandę, a przecież tak uwielbiał robić wokół siebie zamieszanie. Bo kiedy przychodziło zaczepiać się o śmierciożercze tematy to Lestrange nagle stawał się wręcz nienaturalnie poważny. I właśnie od tej strony miał ochotę napluć Borginowi do dupy, żeby przypadkiem noga mu tam nie utkwiła kiedy sprzedałby mu ciężkiego kopa na anus. Przecież idiota narażał nie tylko swoją własną wolność, ale bezpieczeństwo całej organizacji. Skrajny debilizm. Lepiej żeby po prostu siedział w tej swojej mordowni i nie wychylał z niej nawet nosa.
Bo jego lipiec, zresztą tak samo jak czerwiec, był nieco nudnawy. Bo nie działo się w nim nic czym mógłby się teraz bez obaw podzielić. Wszak spędził go w głównej mierze rekrutując kolejnych naśladowców i popleczników. No i przy okazji próbował porządkować kilka spraw prywatnych, co wychodziło mu dość dwojako. Przede wszystkim jako Louvain starał się żyć jak stonka i nie rzucać w oczy. Chociaż organizowanie widowiska z własnym pojedynkiem w roli głównej raczej nie zaliczało się do powściągliwych działań, ale nie mógł też w pełni zrezygnować z bycia sobą, czyż nie? Gdyby tak nagle, raptem w jedno lato, przestał być nieznośnym i pyszałkowatym cynikiem, wzbudziłoby to wśród bliskich i przyjaciół jeszcze większe wątpliwości, niż zwyczajne zamknięcie mordy. No i nie było co ukrywać, że nawet zimny jak trup, jego przerośnięte ego było już na tyle duże, że właściwie mogłoby już się wyprowadzić i zacząć samemu się utrzymywać. Miał pewne rachunki do wyrównania z Nottem. Do tego Loretta po Baltane zniknęła jak kamień w wodzie, co ani trochę mu w niczym nie pomagało.
Złośliwości powinny być zawsze wliczane w cenę znajomości z Lestrangem. Właściwie to uszczypliwości, bo mniej więcej tak właśnie brzmiał jego love speech. Nie obrażać, tylko delikatnie irytować. Mała prowokacja zawsze dodawała czegoś świeżego w konwersacji, no i przynajmniej zabijała nudę.
Dlatego skupioną minę przerwał zadziorny uśmiech na jego twarzy, kiedy żadne z zaklęć Atreusa nie przebiło się przez jego zasłonę. Jedno chyba nawet w ogóle nie doleciało do niego. - No jak z taką werwą łapałeś naszego przyjaciela, to nic dziwnego, że Ci spierdolił, blondasku. - odrzucił, a szydercza poza jakoś intuicyjnie wkradła mu się do tego zdania. Praktyka magi rozpraszającej była konieczna do nauki oklumencji na której tak bardzo zależało Lestrangowi. Sam mógłby przyznać, że defensywny styl gry nie bardzo pasował do jego osobowości. No cóż, pozory jednak bywają momentami mylne. Jednak zasłony i tarcze to nie jedyny mocny aspekt jego zaklęć, miał też inne predyspozycje.
- Ale niech będzie! - zawołał nagle z drugiego końca podestu. - Jeśli wygrasz możesz wymyślić dla mnie karę, wyzwanie albo pytaj o co tam chcesz. Cokolwiek sobie wymyślisz, nie ważne. - zaczął przekładać swój świeżutki pomysł z ewidentnym zadowoleniem na twarzy. - Ale jeśli ja Cię rozłożę, to powiesz mi WSZYSTKO co teraz wiesz o Stanleyu. Co Ty na to? - dokończył wreszcie, gestykulując przy tym nieznacznie. Dobrze wiedział, że Atreus nie przepuści żadnego zakładu, nawet tego najbardziej chujowego. Dlatego nawet nie czekał zbyt długo na aprobatę tego pomysłu, po prostu znowu wrócił do pojedynku. Tym razem miał zamiar pokazać kumplowi, że nie tylko solidne tarcze miał w swoim skarbczyku. Najpierw przyjął pozę, tym razem tak aby mieć szeroki zakres do gestykulacji nadgarskiem wiodącej ręki. Odliczył do trzech w głowie, zgodnie z pojedynkowym savoir vivre, tak aby oponent mógł również się przyszykować do kolejnej wymiany zaklęć. Machnął różdżką z zamiarem wyrwania owej z rąk rywala, z drugiej strony areny.
translokacja i wyrywanie różdżki atreusa
Sukces!
Akcja nieudana