30.08.2024, 09:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.08.2024, 09:32 przez Lorien Mulciber.)
Tak bardzo chciała mu powiedzieć.
Wytłumaczyć, że ból na który skazała ich oboje był tylko namiastką tego jakie cierpienie przyniosłaby klątwa. Aktualny układ dawał im namiastkę wolności, bo choć związani nierozerwalnymi nićmi, zdawało się, że żyli obok siebie. Znikając i powracając do życia tego drugiego, gdy następował odpowiedni moment; ona nie robiła mu problemów gdy podróżował Merlin sam jeden wie po jakich bezkresach; on nie robił jej wyrzutów, gdy zabijała lęk pracując coraz więcej i więcej. Nie mieli do siebie żadnych praw.
I nawet jeśli teraz klątwa tkwiła uśpiona, słowa Prewett'a nie dawały jej spokoju.
Jeśli będziesz dalej tak funkcjonować możesz nie doczekać wiosny.
Jak długo można odwlekać randez-vous z przeznaczeniem? Pewnego dnia będzie zbyt słaba, aby wyjść z domu czy podnieść się z łóżka. W lepszych dniach chwilach będzie snuć się po korytarzach przy zasłoniętych oknach jak mara lękająca się zasnąć – bo każdy ze snów może okazać się tym ostatnim; w gorszych - będzie tylko śnić na jawie. Klątwa odbierze wszystko. Najpierw zniknie uroda, gdy ciało przestanie przyjmować pokarm inny niż woda i nasiona. Kości osłabną i każdy krok stanie się boleśniejszy niż poprzedni jakby tańczyła na ostrzach noża, głos ugrzęźnie na wieki w gardle. A potem umrze umysł - ucichną myśli i jedyne co pozostanie to wspomnienia zebrane w szklanych buteleczkach. Aż wreszcie ulegnie szaleństwu i Śmierci szepczącej czułe słówka niczym stęskniona kochanka. Odejdzie w ciszy, nie pozostawiając na ziemi po sobie nic poza portretem tragicznej sędzi Wizengamotu.
A jednak milczała, bo milczenie było czymś co działało tak długo jak nie otwierali przed sobą duszy, racząc się cierpkim winem.
Działo to kiedyś – bo głęboko wierzyła, że Anthony w całej swojej naiwności próbowałby ją przekonać, że mu nie zależy na utracie tych ośmiu może nawet i dziesięciu lat z życia. I miałby zapewne rację – to Lorien zależało, aby mógł spędzać czas otoczony pięknem świata. Przykucie się ślubnym kontraktem do kreatury martwej już za życia było poświęceniem na które nie mogła mu pozwolić.
Musiało działać i teraz, bo wytłumaczenie tego chorego aktu łaski i decyzji podjętych przed laty, gdy widziała jego szczęście było po prostu niemożliwe.
Zniszczyła jedyną szansę na szczerą spowiedź, gdy wyszła za Mulcibera. Kolejna dziwaczna roszada pionków na szachownicy Lorien Crouch.
Słowa Anthony’ego spotkały się z czystym niezrozumieniem, które odbiło się na całym ciele czarownicy. W jej ruchach. Mimice. Cichym westchnięciu. Zacisnęła w nerwowym geście palce na przodzie spódnicy, przez dłuższą chwilę wodząc wzrokiem gdzieś ponad ramieniem swojego towarzysza. Nawet spojrzenie na niego sprawiało ból.
Ofiarowała mu dar cenniejszy niż kiedykolwiek wcześniej – wgląd w miniaturowy świat pełen czystej miłości młodej panny Crouch, nim ta zapieczętowała ją raz na zawsze w buteleczce wspomnień.
Zamknięta w mikrokosmosie wiedziała, że gdy ją odnajdą – dziwaczny twór natury – owiną jej małe, ptasie ciało w atłasy o kolorze czerni i złota. Zaniosą do rodzinnego mauzoleum i nikt nigdy nie zapłacze nad jej grobem. Ale dziś, gdy pod półprzymkniętymi powiekami malował się pejzaż bezkresnej, niekończącej się nocy – Lorien nadal żyła. W powietrzu unosił się słodki zapach sierpniowego wieczoru, księżyc tkwił zawieszony nad malowniczym polem, a gwiazd zdawało się być niemal dwukrotnie więcej niż zwykle. Umierały z nastaniem poranka, wracały po zachodzie słońca. Nagle poczuła, że ktoś kto kochał słońce ponad wszystko nie był w stanie dostrzec jak to zabija wszystko po drodze swoim blaskiem.
- Szczęśliwie.- Powtórzyła za Anthony’m beznamiętnie, czystą angielszczyzną. Czyżby opacznie ją zrozumiał? Czy wiedział kto krył się maską nędzarza z opowieści, a może… to nie miało żadnego znaczenia? Tak czy inaczej, Shafiq otrzymał to czego tak potrzebował. Lorien się całkowicie wycofała. Jak zraniona ptaszyna zabrała swój mały świat pełen umierających gwiazd i bezgłośnych modlitw. Zrozumiała swoją pozycję w szeregu.
Oddała mu przestrzeń czując w ustach gorycz pogardy wobec maski salonowego lwa, którą dostrzegała zamiast prawdziwej twarzy przyjaciela. Chciał rozmawiać o Lammas? O pieprzonym festynie żenady, ckliwych szarf za strzelectwo i idiotycznych wyskoków prawie-że-jej-pociech.
- Lammas było…- Westchnęła zamykając w umyśle drzwi do ich małego świata pachnącego piaskami pustyni i na dobre powracając do rzeczywistości. Nie znalazła odpowiednich słów.-... Cieszę się, że udało nam się spotkać. Mój mąż źle się poczuł, szwagier był… wiesz jaki jest.- Przewróciła oczami w fałszywej nonszalancji, rozsiadając się wygodniej w fotelu.- W dodatku te dzieci! Aż mi ręce opadły jak usłyszałam o świeczkach Charles’a. Sophie nawet nie raczyła poinformować, że się wystawi. A Leonard, powinien być najmądrzejszy - ponoć wdał się w jakąś awanturę. Osiwieję przez nie!
Wytłumaczyć, że ból na który skazała ich oboje był tylko namiastką tego jakie cierpienie przyniosłaby klątwa. Aktualny układ dawał im namiastkę wolności, bo choć związani nierozerwalnymi nićmi, zdawało się, że żyli obok siebie. Znikając i powracając do życia tego drugiego, gdy następował odpowiedni moment; ona nie robiła mu problemów gdy podróżował Merlin sam jeden wie po jakich bezkresach; on nie robił jej wyrzutów, gdy zabijała lęk pracując coraz więcej i więcej. Nie mieli do siebie żadnych praw.
I nawet jeśli teraz klątwa tkwiła uśpiona, słowa Prewett'a nie dawały jej spokoju.
Jeśli będziesz dalej tak funkcjonować możesz nie doczekać wiosny.
Jak długo można odwlekać randez-vous z przeznaczeniem? Pewnego dnia będzie zbyt słaba, aby wyjść z domu czy podnieść się z łóżka. W lepszych dniach chwilach będzie snuć się po korytarzach przy zasłoniętych oknach jak mara lękająca się zasnąć – bo każdy ze snów może okazać się tym ostatnim; w gorszych - będzie tylko śnić na jawie. Klątwa odbierze wszystko. Najpierw zniknie uroda, gdy ciało przestanie przyjmować pokarm inny niż woda i nasiona. Kości osłabną i każdy krok stanie się boleśniejszy niż poprzedni jakby tańczyła na ostrzach noża, głos ugrzęźnie na wieki w gardle. A potem umrze umysł - ucichną myśli i jedyne co pozostanie to wspomnienia zebrane w szklanych buteleczkach. Aż wreszcie ulegnie szaleństwu i Śmierci szepczącej czułe słówka niczym stęskniona kochanka. Odejdzie w ciszy, nie pozostawiając na ziemi po sobie nic poza portretem tragicznej sędzi Wizengamotu.
A jednak milczała, bo milczenie było czymś co działało tak długo jak nie otwierali przed sobą duszy, racząc się cierpkim winem.
Działo to kiedyś – bo głęboko wierzyła, że Anthony w całej swojej naiwności próbowałby ją przekonać, że mu nie zależy na utracie tych ośmiu może nawet i dziesięciu lat z życia. I miałby zapewne rację – to Lorien zależało, aby mógł spędzać czas otoczony pięknem świata. Przykucie się ślubnym kontraktem do kreatury martwej już za życia było poświęceniem na które nie mogła mu pozwolić.
Musiało działać i teraz, bo wytłumaczenie tego chorego aktu łaski i decyzji podjętych przed laty, gdy widziała jego szczęście było po prostu niemożliwe.
Zniszczyła jedyną szansę na szczerą spowiedź, gdy wyszła za Mulcibera. Kolejna dziwaczna roszada pionków na szachownicy Lorien Crouch.
Słowa Anthony’ego spotkały się z czystym niezrozumieniem, które odbiło się na całym ciele czarownicy. W jej ruchach. Mimice. Cichym westchnięciu. Zacisnęła w nerwowym geście palce na przodzie spódnicy, przez dłuższą chwilę wodząc wzrokiem gdzieś ponad ramieniem swojego towarzysza. Nawet spojrzenie na niego sprawiało ból.
Ofiarowała mu dar cenniejszy niż kiedykolwiek wcześniej – wgląd w miniaturowy świat pełen czystej miłości młodej panny Crouch, nim ta zapieczętowała ją raz na zawsze w buteleczce wspomnień.
Zamknięta w mikrokosmosie wiedziała, że gdy ją odnajdą – dziwaczny twór natury – owiną jej małe, ptasie ciało w atłasy o kolorze czerni i złota. Zaniosą do rodzinnego mauzoleum i nikt nigdy nie zapłacze nad jej grobem. Ale dziś, gdy pod półprzymkniętymi powiekami malował się pejzaż bezkresnej, niekończącej się nocy – Lorien nadal żyła. W powietrzu unosił się słodki zapach sierpniowego wieczoru, księżyc tkwił zawieszony nad malowniczym polem, a gwiazd zdawało się być niemal dwukrotnie więcej niż zwykle. Umierały z nastaniem poranka, wracały po zachodzie słońca. Nagle poczuła, że ktoś kto kochał słońce ponad wszystko nie był w stanie dostrzec jak to zabija wszystko po drodze swoim blaskiem.
- Szczęśliwie.- Powtórzyła za Anthony’m beznamiętnie, czystą angielszczyzną. Czyżby opacznie ją zrozumiał? Czy wiedział kto krył się maską nędzarza z opowieści, a może… to nie miało żadnego znaczenia? Tak czy inaczej, Shafiq otrzymał to czego tak potrzebował. Lorien się całkowicie wycofała. Jak zraniona ptaszyna zabrała swój mały świat pełen umierających gwiazd i bezgłośnych modlitw. Zrozumiała swoją pozycję w szeregu.
Oddała mu przestrzeń czując w ustach gorycz pogardy wobec maski salonowego lwa, którą dostrzegała zamiast prawdziwej twarzy przyjaciela. Chciał rozmawiać o Lammas? O pieprzonym festynie żenady, ckliwych szarf za strzelectwo i idiotycznych wyskoków prawie-że-jej-pociech.
- Lammas było…- Westchnęła zamykając w umyśle drzwi do ich małego świata pachnącego piaskami pustyni i na dobre powracając do rzeczywistości. Nie znalazła odpowiednich słów.-... Cieszę się, że udało nam się spotkać. Mój mąż źle się poczuł, szwagier był… wiesz jaki jest.- Przewróciła oczami w fałszywej nonszalancji, rozsiadając się wygodniej w fotelu.- W dodatku te dzieci! Aż mi ręce opadły jak usłyszałam o świeczkach Charles’a. Sophie nawet nie raczyła poinformować, że się wystawi. A Leonard, powinien być najmądrzejszy - ponoć wdał się w jakąś awanturę. Osiwieję przez nie!