01.09.2024, 11:20 ✶
Stoisko pani Zamfir
Oczy pani Mulciber rzadko jaśniały tak czystym i pięknym uczuciem, jak teraz gdy wpatrywała się w czerwoną chustę. Jakby błądziła myślami wśród pięknych łąk i łanów zbóż w świecie, który nigdy nie należał do niej.
Łatwo było sobie tą drobną istotkę wyobrazić w roli mitycznej Esmeraldy. Ubrać w kolorowe suknie, brzęczące bransoletki i obserwować jak tańczy na boso do taktu do romskiej muzyki, gdy każdy kolejny krok był niczym stąpanie po ostrzu noża.
Skupiła swoją pełną uwagę na pani Zamfir, wyrwana z głębokich rozmyślań przez coś tak trywialnego jak zapłata. Och tak, oczywiście. Nasunęła na twarz maskę uprzejmego uśmiechu.
- Nie, dziękuję.- Odpowiedziała kobiecie na propozycję zapakowania chusty. Zamiast tego wręczyła jej odpowiednią kwotę z galeonów, które miała schowane w kieszeni szaty. Jeśli była jakaś reszta do wydania to tylko machnęła delikatnie dłonią na znak, że nie trzeba.- Jest piękna, droga Pani. Dziękuję. - Powiedziała jeszcze, wyjątkowo zajęta przyglądaniem się swojemu nowemu nabytkowi. Nie planowała nic więcej kupować, więc pozwoliła Zamfir wrócić do swoich obowiązków i obsługi innych.
Gdy Anthony skomentował jej zakupu uniosła lekko brew. Gdzie jej tam do taborów? Gdzie do porzucenia monochromu czerni, złota i smutnych-nudnych-beży. Albo co gorsza do tarociarstwa.
Co miałaby zrobić z taką talią? Wysyłać Alexandrowi jedną każdego dnia niczym dziwaczny pakiet kolekcjonerski. Niegdyś widziała taką gazetę w mugolskim kiosku – dołączyli do niej zaledwie maszt z jakiegoś słynnego żaglowca, o którym nigdy nie słyszała. Zaskakująco przemiły sklepikarz próbował jej wytłumaczyć, że to taka „gratka dla wielbicieli składania modeli” – w każdym tygodniu mogli dokupić kolejną część okrętu, który składało się przez rok w szklanej butelce.
Pani Mulciber nie potrzebowała głupich kart, aby wiedzieć co przyniesie jej przyszłość. Wszystko zostało już dawno zaplanowane, bez miejsca na margines błędu.
Nie odpowiedziała, gdy przyjaciel zręcznie się wymigał od jej towarzystwa. Grzecznie. Z taktem. Zaciśnięte usta Lorien wyrażały teraz więcej niż setki słów. Pamiętała. Przecież wiedział, że akurat o ich spotkaniach nie zdarzało się czarownicy zapomnieć.
Czasu niewiele, jeszcze dwie niedziele mogę miły z tobą być.- Dokończyła opowiastkę w myślach jeszcze przez moment wpatrując się w plecy odchodzącego Anthony’ego. Przytuliła do piersi nowo kupioną chustę, jakby ta miała jej przynieść ukojenie w tym niewypowiedzianym smutku. Jak często musiała sobie powtarzać, że tak będzie lepiej – nieważne do jakiej muzyki przychodziło im w danej chwili tańczyć i czy wabili wzrok innych tą pozorną namiętnością, cisza zapadała między nimi coraz częściej. Lorien ukrywała w swoich powiastkach i baśniach wszystko to o co Anthony nie chciał pytać – całą swoją przeszłość zapisaną nie tylko w jordańskich piaskach. Tą która pachniała ciężkim papierosowym dymem w kasynach Prewettów czy bryzą osamotnionej wyspy na Morzu Północnym.
Wystarczyło tylko, by wreszcie zaczął ich słuchać.
Pokręciła z niedowierzaniem głową, kiedy zabrał ze sobą Jonathana. Jeśli ten się odwrócił w jej stronę - pomachała mu lekko na pożegnanie. Ot na wypadek, gdyby rzeczywiście nie udało im się spotkać u Nory.
- Wybacz Lysso za ten nasz mały detour.- Powiedziała wreszcie podchodząc do młodszej panny Mulciber. Przystanęła obok dziewczyny, jeszcze chwilę poświęcając na owinięcie sobie wokół ramion chusty. Sierpniowy wieczór nawet jeśli ciepły i pogodny - wciąż nie był odpowiednią porą na tak delikatne szaty jak te, które nosiła Lorien.- Czy masz ochotę odwiedzić ze mną stoisko Potterów? Z pewnością będzie mniej… folwarczne niż to co widziałyśmy do tej pory.