01.09.2024, 22:43 ✶
Nie martw się słodki ptaszku, nie zdążysz osiwieć...
Mógł powiedzieć, mógł przekręcić te sztylety, które wbijali w siebie aż do gardł, patrząc jak złota krew uchodzi z poszarpanych latami żył. Nie można było wybrać najprostszej drogi, nie można było wybrać tej najbezpieczniejszej. Nie można było być szczerym, bezpośrednim, nigdy, przenigdy nie można było mówić wprost.
To byłoby dziwne, nienaturalne, Anthony tęsknił za tym jak za krystaliczną wodą z górskiego strumienia, jednocześnie racząc się hiszpańskim winem, dopatrując się w nim tysięcy wyimaginowanych znaczeń, tkwiąc w opowieści, zamiast dotknąć życia, zatopić się w nim i doświadczyć go w końcu, chociaż raz - prawdziwie.
– Też żałuję, że porzucił karierę aurorską. Do dziś nie mogę pojąć decyzji o powrocie do kraju. Zwłaszcza teraz w czasie konfliktu. Tam mieli wypracowaną pozycję, tu... wiesz jak jest. – Nigdy nie kwestionował decyzji matrymonialnej Lorien. Był przy niej, uśmiechał się, gratulował w kilku prostych, zgrzebnych słowach. Niektórzy lubili wina tak wytrawne, że ich twarz wykrzywiała gorycz istnienia. Schował wtedy dumę w kieszeń, gdy poprosiła go o świadkowanie na pięć minut przed ceremonią. Schował dumę obok goryczy odmowy, którą pielęgnował czasami, przechadzając się po wschodnim skrzydle swojej rezydencji w Little Hangleton, w skrzydle, które miało specjalną komnatę wypełnioną srebrzystymi łyżeczkami i kopertowymi zegarkami. Uważał, że to najlepszy prezent jaki może jej dać wtedy. Do dziś kładł płaszcz milczenia na swoją opinię. Nie musiała pytać, nie musiał mówić. Czy ta strategia komukolwiek zapewniła szczęście? Czy ta strategia miała jakiekolwiek szansę przynieść szczęście im?
Aura błądzącego w dusznych zakochaniem ciasnych korytarzach umysłu Anthony'ego mogła i trącić pomarańczowym szczęściem, mógł nie spać tej nocy, rozpamiętując ciepło ciała i głosu, rozpamiętując gwiezdne układy na szkockim niebie, mógł w końcu roztaczać przed nią opowieść o słonecznym bożku nie mającym szacunku do własnego obuwia, ale jej cierpienie przemilczane, było i jego ołtarzem żalu i niemocy. Braku kontroli. Braku wpływu.
Nie mógł prosić. Nie mógł błagać. Nie mógł kazać.
Milczał więc.
W pewnym sensie.
– Nastroje są jakie są, było kilka bójek ale wszystko i tak gaśnie przy incydentach z Beltane. – "Incydentach", eufemizm wypełzł gładko z jego ust, to co wydarzyło się wiosną znał tylko z opowieści wiedział, że "incydent" to zdecydowanie za mało powiedziane. – Życzę sobie jednak takich właśnie problemów na kolejnych miejskich spędach. Pod względem aktywności terrorystycznej był rozkosznie nudny, musisz przyznać. – Jeszcze nie wiedział, jeszcze kilka dni musiało upłynąć, by ów lekki ton stanął mu gulą w gardle, paraliżującym lękiem o kolejne istnienia które umiłował i których szczęście modliłby się, gdyby był bardziej religijną osobą. – Chciałbym powiedzieć, że to dorośli ludzie i wiedzą co robią, ale patrząc na moją chrześniaczkę i jej rodzeństwo... cóż możemy jednak zrobić? Muszą płynąć, wyznaczać swoje kursy. Są skazani na nasze błędy. – W przeciwieństwie do niej, sączył wino dalej, choć sięgnął po białe, cytrusowe, lżejsze, łagodniejsze w odbiorze.
Mógł powiedzieć, mógł przekręcić te sztylety, które wbijali w siebie aż do gardł, patrząc jak złota krew uchodzi z poszarpanych latami żył. Nie można było wybrać najprostszej drogi, nie można było wybrać tej najbezpieczniejszej. Nie można było być szczerym, bezpośrednim, nigdy, przenigdy nie można było mówić wprost.
To byłoby dziwne, nienaturalne, Anthony tęsknił za tym jak za krystaliczną wodą z górskiego strumienia, jednocześnie racząc się hiszpańskim winem, dopatrując się w nim tysięcy wyimaginowanych znaczeń, tkwiąc w opowieści, zamiast dotknąć życia, zatopić się w nim i doświadczyć go w końcu, chociaż raz - prawdziwie.
– Też żałuję, że porzucił karierę aurorską. Do dziś nie mogę pojąć decyzji o powrocie do kraju. Zwłaszcza teraz w czasie konfliktu. Tam mieli wypracowaną pozycję, tu... wiesz jak jest. – Nigdy nie kwestionował decyzji matrymonialnej Lorien. Był przy niej, uśmiechał się, gratulował w kilku prostych, zgrzebnych słowach. Niektórzy lubili wina tak wytrawne, że ich twarz wykrzywiała gorycz istnienia. Schował wtedy dumę w kieszeń, gdy poprosiła go o świadkowanie na pięć minut przed ceremonią. Schował dumę obok goryczy odmowy, którą pielęgnował czasami, przechadzając się po wschodnim skrzydle swojej rezydencji w Little Hangleton, w skrzydle, które miało specjalną komnatę wypełnioną srebrzystymi łyżeczkami i kopertowymi zegarkami. Uważał, że to najlepszy prezent jaki może jej dać wtedy. Do dziś kładł płaszcz milczenia na swoją opinię. Nie musiała pytać, nie musiał mówić. Czy ta strategia komukolwiek zapewniła szczęście? Czy ta strategia miała jakiekolwiek szansę przynieść szczęście im?
Aura błądzącego w dusznych zakochaniem ciasnych korytarzach umysłu Anthony'ego mogła i trącić pomarańczowym szczęściem, mógł nie spać tej nocy, rozpamiętując ciepło ciała i głosu, rozpamiętując gwiezdne układy na szkockim niebie, mógł w końcu roztaczać przed nią opowieść o słonecznym bożku nie mającym szacunku do własnego obuwia, ale jej cierpienie przemilczane, było i jego ołtarzem żalu i niemocy. Braku kontroli. Braku wpływu.
Nie mógł prosić. Nie mógł błagać. Nie mógł kazać.
Milczał więc.
W pewnym sensie.
– Nastroje są jakie są, było kilka bójek ale wszystko i tak gaśnie przy incydentach z Beltane. – "Incydentach", eufemizm wypełzł gładko z jego ust, to co wydarzyło się wiosną znał tylko z opowieści wiedział, że "incydent" to zdecydowanie za mało powiedziane. – Życzę sobie jednak takich właśnie problemów na kolejnych miejskich spędach. Pod względem aktywności terrorystycznej był rozkosznie nudny, musisz przyznać. – Jeszcze nie wiedział, jeszcze kilka dni musiało upłynąć, by ów lekki ton stanął mu gulą w gardle, paraliżującym lękiem o kolejne istnienia które umiłował i których szczęście modliłby się, gdyby był bardziej religijną osobą. – Chciałbym powiedzieć, że to dorośli ludzie i wiedzą co robią, ale patrząc na moją chrześniaczkę i jej rodzeństwo... cóż możemy jednak zrobić? Muszą płynąć, wyznaczać swoje kursy. Są skazani na nasze błędy. – W przeciwieństwie do niej, sączył wino dalej, choć sięgnął po białe, cytrusowe, lżejsze, łagodniejsze w odbiorze.