02.09.2024, 11:36 ✶
Ambroise Greengrass nie był fanatykiem wydarzeń społecznych. Szczególnie takich, podczas których należało się zachowywać, jakby każdy połknął co najmniej kij od małej miotełki. Mimo że macocha wychowała go na światłego, kulturalnego człowieka, takie spędy wymagały od niego znacznie więcej energii niż chciałby im dać.
Oczywiście, nie mógł nie doceniać wszystkich niewątpliwych zalet przyjęć i balów. Wkład organizatorów w stworzenie wyjątkowej atmosfery zimowego raju był nie do podważenia. Wszystkie przygotowania do tego jednego wieczoru musiały zająć dłużej niż niejeden mógłby założyć. Już sam stopień dopracowania dekoracji daleko wyprzedzał wszystko, co przedtem widział. Miał wrażenie, że z roku na rok, z wydarzenia na wydarzenie czystokrwiste rody prześcigały się w tym, kto zorganizuje bardziej pompatyczne wydarzenie. Ironicznie, im bardziej napięta była sytuacja na zewnątrz na co dzień, tym bardziej wystawnie prezentowały się bale. Stoły gięły się od ilości jedzenia, którego różnorodność mogła jednocześnie oburzyć i zaskoczyć. To było wprost niemoralnie imponujące. Dokładnie tak samo jak wszystko inne.
Ilość zaczarowanych dekoracji? Niemoralnie imponujące. Liczba skrzatów domowych i innych dyskretnych służących? Niemoralnie imponujące. Wszystkie te nowe strojne kreacje do jednokrotnego założenia? Niemoralnie imponujące. Zachowanie jedynej osoby, z którą tu przyszedł i która sprawiła, że niemal spocił się w swoim ciemnozielonym, niemal czarnym stroju? Właśnie. Niemoralnie imponujące.
- Margaux - sapnął, sam nie wiedział, który raz tego wieczoru. - M a r g a u x - niemal był skłonny zrezygnować z obowiązku pilnowania wspomnianej czarownicy, bo odnosił wrażenie, że specjalnie znikała mu z oczu. Jednocześnie była ubrana w tak krzykliwie modny sposób, że zwracała na siebie uwagę jak latarnia morska nocą. Szczególnie, kiedy światła świec odbijały się w bogato zdobionej opasce na jej głowie. A równocześnie posiadła zdolność błyskawicznego ulatniania się w tłumie i nieprzewidywalności tego, gdzie się pojawi. Tym razem mignęła mu jak różowa bojka między ludźmi przy barze.
- Cholera, Margaux - ni to sarknął ni to jęknął do wysokiej brunetki, która skwitowała to miodowosłodkim, wytrenowanym uśmiechem niewiniątka.
O tak. Margaux Auclair została wyuczona sposobu zachowania, który zazwyczaj dawał jej to, czego pragnęła. W tym wypadku dwóch wysokich szklanek z grubego szkła wypełnionych czymś, co równie prawdopodobnie mogło być grzanym likierem jajecznym jak i czymś zupełnie innym. Nie wiedział, ale niewątpliwie przesadnie ustrojono to laską cynamonu i jadalnymi gałązkami z cukru z listkami rozmarynu. Jego towarzyszka była bezwstydnie bezczelna, perfidnie pewna siebie i wszystkie konwenanse traktowała z dużą dozą nonszalancji. Ambroise doskonale zdawał sobie sprawę z uciechy, jaką to jej sprawiało. Jego kuzynka nauczyła się wszystkich reguł społecznych. Tylko po to, żeby łamać je po kolei i bez skrępowania, gdy tylko mogła. Wiedziała, że roztaczana aura niewiniątka umożliwi jej wyjście lekką ręką w razie jakiejkolwiek sprzeczki. W swoich rejonach była aniołkiem o głośnym, śpiewnym głosie z akcentem powalającym czystokrwistych kawalerów z Wielkiej Brytanii na kolana.
W tej chwili jego czcigodna towarzyszka najwidoczniej bez ceregieli wcięła się w kolejkę przy barze a oczarowany barman dał się owinąć wokół małego paluszka. Greengrass powstrzymał westchnienie i dał sobie wcisnąć pękatą szklanicę napitku. Wysoką i grubą a jednak po brzegi wypełnioną alkoholowym napojem. Był niemal przekonany, że czarodziej za barem standardowo wydawał pół porcji, natomiast ich szklanki prawie się przelewały. Puścił dźwięczny śmiech Margaux mimo uszu, mając nadzieję, że przyjęcie skończy się przedwcześnie. Zazwyczaj lubił spędzać razem czas, ale ich ostatnie spotkanie miało miejsce dwa czy trzy lata temu. Mógłby przysiąc, że Auclair nie była wtedy aż taką kokietką.
Powoli zaczynał rozumieć czemu wuj posłał ją w jego towarzystwie. Nie chodziło o ich swaty. Byli na to stanowczo zbyt spokrewnieni, nawet jak na czystokrwistych czarodziejów. Rodzice Margaux wiedzieli, że córka potrzebowała całych pokładów zainteresowania, żeby poradzić sobie z uwagą, jakiej pragnęła a na którą nie była przygotowywana. Mógłby przysiąc, że mentalnie była młodsza niż podczas ich ostatniego spotkania. Nie potrzebowała alkoholu, żeby upajać się życiem towarzyskim.
Tymczasem on dla konieczności upił łyczek zbyt słodkiego likieru z dodatkami, ponieważ nie chciał dawać kuzynce możliwości trajkotania o tym jak bardzo musiał tego spróbować, żeby zrozumieć dlaczego potrzebowała napić się tu i teraz. I dlaczego nie mogła spokojnie poczekać na swoją kolej. Natomiast, jeśli o to chodziło...
... to Ambroise zlustrował spojrzeniem najbliższe otoczenie. Był gotów przeprosić za zachowanie kuzynki, gdy ta zajmie się czymś innym i nie będzie mieć możliwości wcięcia się ze swoim "ależ przecież nic się nie stało", które niechybnie wypłynęłoby spod pomalowanych usteczek wygiętych w niewinny łuk. Na jego szczęście, nikt nie wyglądał na specjalnie oburzonego. Jedynie wysoka blondynka z paroma luźnymi włosami na twarzy mogła być bezpośrednią ofiarą wcięcia się w kolejkę. Greengrass westchnął i zrobił mały krok w tamtym kierunku, zastygając w połowie ruchu.
- Geraldine - stwierdził z niemałym zaskoczeniem, instynktownie się uśmiechając, ale za sekundę przenosząc wzrok w dalszy kąt sali.
Miał sto procent skuteczności w nazywaniu kobiet po imieniu. Praktycznie tylko to robił. Kręcił się po sali i nazywał ludzi ich imionami, co stanowiło klasyczną formę przywitania. Gdy nie witał się z innymi czarodziejami, nadal przedzierał się przez tłum, raz po raz wypowiadając imię kuzynki, która gdzieś mu umknęła. Właśnie tak jak teraz.
- Poczekaj, proszę - odezwał się, posyłając spojrzenie w kierunku blondynki i trochę zbyt mocno odstawiając niemal pełną szklankę na blat baru. Napój zakołysał się, ale jakimś cudem nie wylał. - Za sekundę wracam - zapewnił. Oczywiście, liczył się z tym, że mogła go nie posłuchać i odejść. Nie byłby wielce zdziwiony z tego powodu. Mimo to miał nadzieję, że zdoła poprawić wydźwięk całej sytuacji zanim barman wyda Yaxley jej napitek i kobieta zniknie w tłumie.
Była pewna nerwowość w tym, w jaki sposób oddalił się od kolejki, znowu szukając swojej kuzynki. A gdy tylko zlokalizował ją na samym środku parkietu, faktycznie obrócił się na pięcie. O dziwo, zajmując swoje wcześniejsze miejsce, które nadal było puste.
- Wybacz - oparł się o blat, aby zwrócić uwagę barmana. - To samo, co pani, poproszę. Tak właściwie to dwa razy - równie dobrze mógł zaoferować jej już gotową drugą kolejkę. Miał nadzieję, że nie odmówi.
Oczywiście, nie mógł nie doceniać wszystkich niewątpliwych zalet przyjęć i balów. Wkład organizatorów w stworzenie wyjątkowej atmosfery zimowego raju był nie do podważenia. Wszystkie przygotowania do tego jednego wieczoru musiały zająć dłużej niż niejeden mógłby założyć. Już sam stopień dopracowania dekoracji daleko wyprzedzał wszystko, co przedtem widział. Miał wrażenie, że z roku na rok, z wydarzenia na wydarzenie czystokrwiste rody prześcigały się w tym, kto zorganizuje bardziej pompatyczne wydarzenie. Ironicznie, im bardziej napięta była sytuacja na zewnątrz na co dzień, tym bardziej wystawnie prezentowały się bale. Stoły gięły się od ilości jedzenia, którego różnorodność mogła jednocześnie oburzyć i zaskoczyć. To było wprost niemoralnie imponujące. Dokładnie tak samo jak wszystko inne.
Ilość zaczarowanych dekoracji? Niemoralnie imponujące. Liczba skrzatów domowych i innych dyskretnych służących? Niemoralnie imponujące. Wszystkie te nowe strojne kreacje do jednokrotnego założenia? Niemoralnie imponujące. Zachowanie jedynej osoby, z którą tu przyszedł i która sprawiła, że niemal spocił się w swoim ciemnozielonym, niemal czarnym stroju? Właśnie. Niemoralnie imponujące.
- Margaux - sapnął, sam nie wiedział, który raz tego wieczoru. - M a r g a u x - niemal był skłonny zrezygnować z obowiązku pilnowania wspomnianej czarownicy, bo odnosił wrażenie, że specjalnie znikała mu z oczu. Jednocześnie była ubrana w tak krzykliwie modny sposób, że zwracała na siebie uwagę jak latarnia morska nocą. Szczególnie, kiedy światła świec odbijały się w bogato zdobionej opasce na jej głowie. A równocześnie posiadła zdolność błyskawicznego ulatniania się w tłumie i nieprzewidywalności tego, gdzie się pojawi. Tym razem mignęła mu jak różowa bojka między ludźmi przy barze.
- Cholera, Margaux - ni to sarknął ni to jęknął do wysokiej brunetki, która skwitowała to miodowosłodkim, wytrenowanym uśmiechem niewiniątka.
O tak. Margaux Auclair została wyuczona sposobu zachowania, który zazwyczaj dawał jej to, czego pragnęła. W tym wypadku dwóch wysokich szklanek z grubego szkła wypełnionych czymś, co równie prawdopodobnie mogło być grzanym likierem jajecznym jak i czymś zupełnie innym. Nie wiedział, ale niewątpliwie przesadnie ustrojono to laską cynamonu i jadalnymi gałązkami z cukru z listkami rozmarynu. Jego towarzyszka była bezwstydnie bezczelna, perfidnie pewna siebie i wszystkie konwenanse traktowała z dużą dozą nonszalancji. Ambroise doskonale zdawał sobie sprawę z uciechy, jaką to jej sprawiało. Jego kuzynka nauczyła się wszystkich reguł społecznych. Tylko po to, żeby łamać je po kolei i bez skrępowania, gdy tylko mogła. Wiedziała, że roztaczana aura niewiniątka umożliwi jej wyjście lekką ręką w razie jakiejkolwiek sprzeczki. W swoich rejonach była aniołkiem o głośnym, śpiewnym głosie z akcentem powalającym czystokrwistych kawalerów z Wielkiej Brytanii na kolana.
W tej chwili jego czcigodna towarzyszka najwidoczniej bez ceregieli wcięła się w kolejkę przy barze a oczarowany barman dał się owinąć wokół małego paluszka. Greengrass powstrzymał westchnienie i dał sobie wcisnąć pękatą szklanicę napitku. Wysoką i grubą a jednak po brzegi wypełnioną alkoholowym napojem. Był niemal przekonany, że czarodziej za barem standardowo wydawał pół porcji, natomiast ich szklanki prawie się przelewały. Puścił dźwięczny śmiech Margaux mimo uszu, mając nadzieję, że przyjęcie skończy się przedwcześnie. Zazwyczaj lubił spędzać razem czas, ale ich ostatnie spotkanie miało miejsce dwa czy trzy lata temu. Mógłby przysiąc, że Auclair nie była wtedy aż taką kokietką.
Powoli zaczynał rozumieć czemu wuj posłał ją w jego towarzystwie. Nie chodziło o ich swaty. Byli na to stanowczo zbyt spokrewnieni, nawet jak na czystokrwistych czarodziejów. Rodzice Margaux wiedzieli, że córka potrzebowała całych pokładów zainteresowania, żeby poradzić sobie z uwagą, jakiej pragnęła a na którą nie była przygotowywana. Mógłby przysiąc, że mentalnie była młodsza niż podczas ich ostatniego spotkania. Nie potrzebowała alkoholu, żeby upajać się życiem towarzyskim.
Tymczasem on dla konieczności upił łyczek zbyt słodkiego likieru z dodatkami, ponieważ nie chciał dawać kuzynce możliwości trajkotania o tym jak bardzo musiał tego spróbować, żeby zrozumieć dlaczego potrzebowała napić się tu i teraz. I dlaczego nie mogła spokojnie poczekać na swoją kolej. Natomiast, jeśli o to chodziło...
... to Ambroise zlustrował spojrzeniem najbliższe otoczenie. Był gotów przeprosić za zachowanie kuzynki, gdy ta zajmie się czymś innym i nie będzie mieć możliwości wcięcia się ze swoim "ależ przecież nic się nie stało", które niechybnie wypłynęłoby spod pomalowanych usteczek wygiętych w niewinny łuk. Na jego szczęście, nikt nie wyglądał na specjalnie oburzonego. Jedynie wysoka blondynka z paroma luźnymi włosami na twarzy mogła być bezpośrednią ofiarą wcięcia się w kolejkę. Greengrass westchnął i zrobił mały krok w tamtym kierunku, zastygając w połowie ruchu.
- Geraldine - stwierdził z niemałym zaskoczeniem, instynktownie się uśmiechając, ale za sekundę przenosząc wzrok w dalszy kąt sali.
Miał sto procent skuteczności w nazywaniu kobiet po imieniu. Praktycznie tylko to robił. Kręcił się po sali i nazywał ludzi ich imionami, co stanowiło klasyczną formę przywitania. Gdy nie witał się z innymi czarodziejami, nadal przedzierał się przez tłum, raz po raz wypowiadając imię kuzynki, która gdzieś mu umknęła. Właśnie tak jak teraz.
- Poczekaj, proszę - odezwał się, posyłając spojrzenie w kierunku blondynki i trochę zbyt mocno odstawiając niemal pełną szklankę na blat baru. Napój zakołysał się, ale jakimś cudem nie wylał. - Za sekundę wracam - zapewnił. Oczywiście, liczył się z tym, że mogła go nie posłuchać i odejść. Nie byłby wielce zdziwiony z tego powodu. Mimo to miał nadzieję, że zdoła poprawić wydźwięk całej sytuacji zanim barman wyda Yaxley jej napitek i kobieta zniknie w tłumie.
Była pewna nerwowość w tym, w jaki sposób oddalił się od kolejki, znowu szukając swojej kuzynki. A gdy tylko zlokalizował ją na samym środku parkietu, faktycznie obrócił się na pięcie. O dziwo, zajmując swoje wcześniejsze miejsce, które nadal było puste.
- Wybacz - oparł się o blat, aby zwrócić uwagę barmana. - To samo, co pani, poproszę. Tak właściwie to dwa razy - równie dobrze mógł zaoferować jej już gotową drugą kolejkę. Miał nadzieję, że nie odmówi.