02.09.2024, 16:18 ✶
Nie trudno było założyć, że Greengrass nie należał do wielbicieli wystawnych przyjęć w tak szerokim gronie. Od przesadnych uprzejmości, ściskania dłoni i całowania zasuszonych rąk starszych dam zaczynał czuć nadchodzący ból głowy. Pudrowy zapach wymieszany z wonią więdnących kwiatów, parafiną i lawendowymi kulkami na mole (jednorodna nuta zapachowa niemal każdej podstarzałej czarownicy) przyprawiał go o szczypanie nozdrzy. Szykowne stroje i drogie perfumy nie maskowały narastającego swądu spoconych, niedokładnie umytych ciał. Poza przyjemnymi, ale krótkimi podmuchami lodowatego wiatru wdzierającego się do sali, gdy ktoś wychodził zapalić na balkonie (nie było to wymogiem, niektórzy palili w jednym z pomieszczeń, szczególnie upodobawszy sobie boczną salkę niemal po brzegi wypełnioną gęstym dymem) powietrze już zaczynało stać. Niebawem ktoś z obsługi musiał podjąć jakieś kroki w celu wywietrzenia pomieszczenia. Wtedy miało się zrobić przyjemniej. To było pewne, ale ten moment jeszcze nie nadszedł.
Ambroise dałby wiele, żeby ulotnić się przed dodatkowymi atrakcjami, jakie niechybnie miały mieć miejsce po przewietrzeniu pomieszczenia. Znał Macmillanów, więc wiedział, że nic na ich przyjęciach nie działo się bez potrzeby. Zaduch na sali miał być najpewniej jakąś zawoalowaną alegorią do niemal dwudziestolecia uwolnienia od ucisku czarodziejskiej wojny. W każdym razie, gdyby nie celowość, odpowiednie czary wspomagane przez skrzaty już dawno zapewniłyby skuteczną wentylację. Tymczasem musieli jeszcze poczekać, szczególnie że wyjście w tym momencie byłoby raczej niewskazane. Ku niewielkiemu niezadowoleniu, Greengrass zdawał sobie sprawę, że był odrobinę zależny od zabawy kuzynki. Nawet jeśli pozwolił sobie oddalić potrzebę towarzyszenia jej na każdym kroku, bo zdecydowanie wolał spełnić obietnicę daną Geraldine. Skoro już ponownie na siebie wpadli, szczególnie w okolicznościach teoretycznie idealnych towarzysko, postanowił nawiązać rozmowę. Kto wie, może nawet oboje mogli lepiej się tu bawić?
Nie zarejestrował momentu, kiedy samoistnie zaakceptował myśl, że może ten wieczór nie miał być aż tak bezowocny. Oczywiście, nawet w samym wydarzeniu chodziło o nawiązanie interakcji z innymi istotnymi osobistościami (szczególnie ważnymi dla siebie samych) i pokazanie się od jak najlepszej strony. Nie raz uczestniczył w takich spędach, więc dobrze wiedział, jak powinien się zachowywać i ile czasu było dostateczne, żeby móc ulotnić się do domu.
Bez wątpienia wolałby spędzać czas w zaciszu Doliny Godryka, która o tej porze roku wyglądała naprawdę sielsko. Kominek w domu był dużo bardziej zapraszający niż te w wielkim pomieszczeniu, którym brakowało tego specyficznego ciepła. Nie chodziło o grzanie (zaduch i tak zaczynał wdzierać się pod ubrania, a jeśli Ambroise mylił się co do wietrzenia, pod koniec wieczoru miał być nie do zniesienia), lecz o ogień, którego trzaskający dźwięk nie miał szans przebić się przez gwar rozmów.
Ileż by dał, żeby znaleźć się we własnym zaciszu, pijąc tam dokładnie to samo, ale swobodniej. Kto wie, może nawet w tym samym towarzystwie? Wątpił, ale pokusiłby się o stwierdzenie, że nie byłoby to znowu takie niemiłe. Nieprawdopodobne? Pewnie tak. Ale nie niemiłe.
- Wyrozumiałe założenie - skomentował z niewielką aprobatą, nie poprzestając na braku wyjaśnienia - że jest co nadrabiać. Niemniej jednak dziękuję, twoje zdrowie - może to była ich pierwsza wspólna kolejka, ale zdecydowanie nie jedyna tego wieczoru.
Otaczając się wszystkimi tymi ludźmi i świadcząc usługi obstawy nadaktywnej kuzyki musiał przedtem coś wypić. Lawirowanie między starymi plotkarami i Najbardziej Męskimi z Czystokrwistych Mężczyzn (™) rządziło się swoimi prawami. Wymagało trzeźwego, ale nie zbyt trzeźwego umysłu. Raz na jakiś czas należało uzupełniać uciekające procenty, aby utrzymać odpowiedni poziom intoksykacji. Co prawda wieczór był jeszcze całkiem młody, ale Ambroise zdążył zauważyć, że w tej całej pompatyczności i popisowym przepychu Macmillanowie najprawdopodobniej chrzcili swoje najdroższe alkohole. Zresztą, nie mógł ich nie rozumieć. Czyż nie o to chodziło w tych czasach? Niemal każdy balansował na cienkiej granicy między zachowaniem pozorów a ich kompletnym zatraceniem. Utrata przywilejów była bliżej niż kiedykolwiek. Każdy tu trochę grał, wszyscy brali udział w wielkiej maskaradzie, która trwała dopóty dopóki nikt nie mówił o niej głośno.
- Margaux ma ku temu naturalny dar - skwitował wzruszeniem ramion. Możliwe, że powinien pójść za nią, ale miał tego po dziurki w nosie. Był równorzędnym uczestnikiem wydarzenia, nie czyimś ochroniarzem. Szczerze wątpił, aby dziewczyna nie poradziła sobie sama przez kilka minut. Jego kuzynka była dużo sprytniejsza niż zakładano.
- Znajdzie się, gdy odczuje potrzebę wypicia więcej tego - kiwnął palcem w kierunku szklanki, czymkolwiek to było. Wyglądało i smakowało jak coś sprzedawanego nieletnim w zimowych kurortach, gdy nie można było całkiem odmówić im alkoholu. Obrzydliwie słodkie, otępiające kubki smakowe, ale bardzo ładnie wpisujące się w klimat świątecznego raju.
- Dobrze się bawisz? - spytał niezobowiązująco, postukując palcami o drewniany blat w rytmie, którego nawet nie skojarzył. Tym samym, który dotarł do niego kilka minut temu. - W tym roku zdaje się nie szczędzili atrakcji - machnął ręka, nie wskazywał nic konkretnego, ale gdzie by nie spojrzeli z pewnością coś by się znalazło. - Normalnie nie jest taka zła - dodał nieoczekiwanie, jakby na swoje usprawiedliwienie. - Margaux. To dobre dziecko - sam nie wiedział, czemu odczuł potrzebę, aby to zaznaczyć. Dla niego nadal była dzieciakiem.
Ambroise dałby wiele, żeby ulotnić się przed dodatkowymi atrakcjami, jakie niechybnie miały mieć miejsce po przewietrzeniu pomieszczenia. Znał Macmillanów, więc wiedział, że nic na ich przyjęciach nie działo się bez potrzeby. Zaduch na sali miał być najpewniej jakąś zawoalowaną alegorią do niemal dwudziestolecia uwolnienia od ucisku czarodziejskiej wojny. W każdym razie, gdyby nie celowość, odpowiednie czary wspomagane przez skrzaty już dawno zapewniłyby skuteczną wentylację. Tymczasem musieli jeszcze poczekać, szczególnie że wyjście w tym momencie byłoby raczej niewskazane. Ku niewielkiemu niezadowoleniu, Greengrass zdawał sobie sprawę, że był odrobinę zależny od zabawy kuzynki. Nawet jeśli pozwolił sobie oddalić potrzebę towarzyszenia jej na każdym kroku, bo zdecydowanie wolał spełnić obietnicę daną Geraldine. Skoro już ponownie na siebie wpadli, szczególnie w okolicznościach teoretycznie idealnych towarzysko, postanowił nawiązać rozmowę. Kto wie, może nawet oboje mogli lepiej się tu bawić?
Nie zarejestrował momentu, kiedy samoistnie zaakceptował myśl, że może ten wieczór nie miał być aż tak bezowocny. Oczywiście, nawet w samym wydarzeniu chodziło o nawiązanie interakcji z innymi istotnymi osobistościami (szczególnie ważnymi dla siebie samych) i pokazanie się od jak najlepszej strony. Nie raz uczestniczył w takich spędach, więc dobrze wiedział, jak powinien się zachowywać i ile czasu było dostateczne, żeby móc ulotnić się do domu.
Bez wątpienia wolałby spędzać czas w zaciszu Doliny Godryka, która o tej porze roku wyglądała naprawdę sielsko. Kominek w domu był dużo bardziej zapraszający niż te w wielkim pomieszczeniu, którym brakowało tego specyficznego ciepła. Nie chodziło o grzanie (zaduch i tak zaczynał wdzierać się pod ubrania, a jeśli Ambroise mylił się co do wietrzenia, pod koniec wieczoru miał być nie do zniesienia), lecz o ogień, którego trzaskający dźwięk nie miał szans przebić się przez gwar rozmów.
Ileż by dał, żeby znaleźć się we własnym zaciszu, pijąc tam dokładnie to samo, ale swobodniej. Kto wie, może nawet w tym samym towarzystwie? Wątpił, ale pokusiłby się o stwierdzenie, że nie byłoby to znowu takie niemiłe. Nieprawdopodobne? Pewnie tak. Ale nie niemiłe.
- Wyrozumiałe założenie - skomentował z niewielką aprobatą, nie poprzestając na braku wyjaśnienia - że jest co nadrabiać. Niemniej jednak dziękuję, twoje zdrowie - może to była ich pierwsza wspólna kolejka, ale zdecydowanie nie jedyna tego wieczoru.
Otaczając się wszystkimi tymi ludźmi i świadcząc usługi obstawy nadaktywnej kuzyki musiał przedtem coś wypić. Lawirowanie między starymi plotkarami i Najbardziej Męskimi z Czystokrwistych Mężczyzn (™) rządziło się swoimi prawami. Wymagało trzeźwego, ale nie zbyt trzeźwego umysłu. Raz na jakiś czas należało uzupełniać uciekające procenty, aby utrzymać odpowiedni poziom intoksykacji. Co prawda wieczór był jeszcze całkiem młody, ale Ambroise zdążył zauważyć, że w tej całej pompatyczności i popisowym przepychu Macmillanowie najprawdopodobniej chrzcili swoje najdroższe alkohole. Zresztą, nie mógł ich nie rozumieć. Czyż nie o to chodziło w tych czasach? Niemal każdy balansował na cienkiej granicy między zachowaniem pozorów a ich kompletnym zatraceniem. Utrata przywilejów była bliżej niż kiedykolwiek. Każdy tu trochę grał, wszyscy brali udział w wielkiej maskaradzie, która trwała dopóty dopóki nikt nie mówił o niej głośno.
- Margaux ma ku temu naturalny dar - skwitował wzruszeniem ramion. Możliwe, że powinien pójść za nią, ale miał tego po dziurki w nosie. Był równorzędnym uczestnikiem wydarzenia, nie czyimś ochroniarzem. Szczerze wątpił, aby dziewczyna nie poradziła sobie sama przez kilka minut. Jego kuzynka była dużo sprytniejsza niż zakładano.
- Znajdzie się, gdy odczuje potrzebę wypicia więcej tego - kiwnął palcem w kierunku szklanki, czymkolwiek to było. Wyglądało i smakowało jak coś sprzedawanego nieletnim w zimowych kurortach, gdy nie można było całkiem odmówić im alkoholu. Obrzydliwie słodkie, otępiające kubki smakowe, ale bardzo ładnie wpisujące się w klimat świątecznego raju.
- Dobrze się bawisz? - spytał niezobowiązująco, postukując palcami o drewniany blat w rytmie, którego nawet nie skojarzył. Tym samym, który dotarł do niego kilka minut temu. - W tym roku zdaje się nie szczędzili atrakcji - machnął ręka, nie wskazywał nic konkretnego, ale gdzie by nie spojrzeli z pewnością coś by się znalazło. - Normalnie nie jest taka zła - dodał nieoczekiwanie, jakby na swoje usprawiedliwienie. - Margaux. To dobre dziecko - sam nie wiedział, czemu odczuł potrzebę, aby to zaznaczyć. Dla niego nadal była dzieciakiem.