15.01.2023, 05:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.01.2023, 06:26 przez Elliott Malfoy.)
Samotność była cierniem. Nie taka, w której odgradzał się od głosów lepiej znanych mu ludzi, a wewnętrzna, rozpościerająca się po organiźmie czernią demotywacji, utknięcia w punkcie, gdzie jedyne zrozumienie, jakie się dostaje pochodzi tylko i wyłącznie od czytanych w książkach słów i swoich własnych myśli w kolejne, bezsenne noce. Szarość Londynu i ciężkość przesuwajacych sie, i cofajacych do domów o wyznaczonych godzinach tłumów, niczym fale z ozdobnymi okryciami głów, zamiast białych grzyw, przyprawiały go o mdłości; powodowały, że połykał sól, jakby egzystancja nieznajomych faktycznie była oceanem, krztusił się jej słoną wodą i nie dośc, że nie mógł oddychać to jeszcze czuł, jak pragnienie zwrócenia zawartości żołądka wbija się igiełkami w każdy minimetr skóry.
Małżeństwo było tylko ładnym opakowaniem, zaakceptowaniem kolejnego ciosu we własne 'ja', w jakiekolwiek, nikłe nadzieje na szczęście, które zniknęły wraz ze złością i smutkiem, które pochował w swoich myślach, tak samo jak wiele razy wyobrażał sobie, że chowałby siostrę bliźniaczkę. Różnica była jedna - nad swoimi nadziejami faktycznie płakał, a nad Eden wydusiłby parę słonych kropel, aby te ozdobiły trumne i wyryły w niej dominację, zwycięstwo. Ale właściwie nad czym? Podważał swoje młodzieńcze decyzje i, chociaż stemperowanie siostry wyszło mu ostatecznie na dobre, bo nie żalował rzuconej klątwy, tak wszystkie motywy, jakie go do tego pchały odeszly w zapomnenie, przynajmniej podczas wykonywania codziennych czynności. Nie uciekał już w ramiona mężczyzn, aby czuć się sobą, aby czuć odrobinę ciepła. Teraz był zdecydowany, a cienie pod oczami znikneły wraz z wczesniejszym niezdecydowaniem i emocjonalnością - tak mu się przynajmniej wydawało, a w gruncie rzeczy po prostu używał lepszych i mocniejszych specyfików, aby je maskować oraz zamknąć pod marmurową maską pozoru satysfakcji.
Przekształcił mieszkanie, w którym kiedyś, podczas upojeń winem czy innym ginem, frywolnie nazywał się najczęśliwszym człowiekiem na świecie licząc oddechy drugiej duszy, która zaplatała wianki ze wszystkich nieprzyjemności dnia, aby rzucać je w nurt rzeki. Teraz było zaledwie wspomnieniem świetności, słonecznych poranków i ciepłych wieczorów przy kominku. Sypialnia zmieniła się nie do poznania, bo nie był w stanie przetrawiać swojej złości, gdy zjawiał się tu po zniknięciu Perseusa. Nie potrafił mu wybaczyć. Myślenie o tym, w jaki sposób odciął się od niego, wprawiało go w irytacje, wciąż powodowało, że włoski na karku stawały dęba, a dłonie pociły sie, gdy w głowie układał obelgi, jakimi powitałby dawnego przyjaciela, kochanka, kompana, przeminioną miłość.
Jak głośno chciał krzyczeć, gdy pięć lat temu został postawiony przed faktem dokonanym - zamiast tego milczał. Wyszedł nastepnego dnia na ulice, jak gdyby nic się nie stało. Pojawił się w pracy, a nikt nie pytał go jak sie czuje, bo przecież, dlaczego ktokolwiek by miał? Chowali swoje szczęście w cieniu, w czterech ścianach niewielkiego, pierwszopietrowego mieszkania w kamienicy. Mogliby tak naprawdę nigdy nie istnieć, słowa jakie wyszeptywali sobie do ucha, mogły być tylko złudzeniem, a gesty, jakimi się raczyli obłudą skażonego nieszczęściem umysłu. Wszystko wydało się nagle nieprawdziwe, jakby kłamstwa, którymi posługiwał się zawsze na swoja korzyść, odwróciły się w końcu przeciwko niemu, wbijajac ciernie głęboko w serce, powodując, że te przestało bić, że pograzyło się w czerni, zaschło i już nie trzepotało z każdym dźwiękiem znajomego głosu. Miłość była obusiecznym mieczem, tak samo jak nienawiść, to dlatego starał się tak mocno odgrodzić od odczuwania, a ono nie chciało go opuścić, zupełnie jakby w momencie narodzin podpisali umowę, że nie opuszczą się aż do śmierci - umowę, której nie chciał podpisywać z żadną kobietą, a jaką najchętniej zawarłby z Perseusem, ale nie tylko słownie, bo te były ulotne, mógł porwać je wiatr, tak samo jak zrobił to z Blackiem, gdy ten zniknął pare lat temu. To był początek końca, ale... czego? Skoro tak naprawdę to, co opłakiwał nigdy nie istniało, bo nie miało prawa bytu.
Zignorował pierwsze stuknięcie skupiajac się na raporcie, który właśnie kończył. Cyfry na pergaminie prezentowały się nieskazitelnie, równiotko wpisane w odpowiednie rubryczki. Drugie stuknięcie sprawiło, że zmarszczył brwi i spojrzał w kierunku holu, a potem okna, aby sprawdzić czy to przypadkiem nie angielski deszcz płatał mu figle. Dopiero trzeci i czwarty odgłos uderzenia palcami o drzwi wprawił go w osłupienie. Przełknął ślinę odkładając pióro na blat sekretarzyka i zasuwając klapę, aby, w razie czego nikt nie dostrzegł dokumentów, nad jakimi pracował. Przygaszone światło sprawiało, że samotność zakleszczała go w swoich szponach, a cisza sprawiała, że uszy się zatykały. Nawet jeżeli miał nikogo nie zastać za drzwiami, nie chciał zignorować potencjalnego niebezpieczeństwa. Chwycił za różdżke, to mógłby być czysty przypadek, że ktoś użył tego samego 'kodu', jakim posługiwali się z Perseusem. Fakt, że w ogóle o nim pomyślał wprawiał go w irytację. Najchętniej wyrzuciłby go ze swoich mysli, wymazał, tak samo jak Blackowie robili to z tymi członkami na gobelinie, których wydziedziczali z rodziny. Postawił pare kroków w kierunku drzwi, niespiesznie, delikatnie, jakby bojąc się, że ktoś je zaraz wyważy, mimo że byli w samym centrum Londynu, że sam budynek miał na sobie zapezpieczenia.
Spojrzał przez przeszkloną dziurkę, ale zobaczył tylko ciemność. Wiedział, że dopóki nie zaprosi nikogo do środka, ta osoba nie będzie mogła wejść, magia miała dużo plusów, zaklęcia ochronne były jednymi z nich, więc otworzył drzwi, może nie zdecydowanie, ale też nie tak, jakby wydawał się być przestraszonym. Twarz miał bez wyrazu, neutralną. Niebieskie oczy pozostawały skute lodem, nie zapraszały, a powodowały, że osobie, która pojawiała się przed Elliottem można było strzepywać szron z ramion, ubrania i rzęs. Nic nie powiedział stając twarzą w twarz z byłym kochankiem, milczał dłuższą chwilę. Obydwaj wyglądali dla siebie znajomo, choć wiele się w nich zmieniło. Na wcześniej wiecznie wesołej lub roześmianej twarzy Perseusa, teraz można było dostrzec bruzdy zmarszczek sugerujących złość czy rozgoryczenie. Twarz Malfoya pozostawała maską, ukazującą jedynie rozczarowanie i wyższość, wyuczone w domu wyrazy, które już w młodości powodowały, że mniej znający blondyna ludzie starali się nie znajdywać w trajektorii jego spojrzenia. Teraz to się jedynie pogłębiło, doszła pewność siebie i fakt, że obecność Elliotta w pomieszczeniu była bardzo odczuwalna, spoczywała na barkach przyszłych rozmówców albo wisiała nad nimi, przypominając o tym, kto wiedzie prym. Malfoy pozwolił sobie zmarszczyć odrobinę brwi, zupełnie jakby patrzył właśnie na muchę, która pływała w jego świeżo zaparzonej herbacie.
- Musiałeś pomylić adresy, burdel jest dwie przecznice dalej, jeżeli szukasz szybkiego wkupienia się w czyjeś łaski. - nie zawahał się nawet na sekundę wypowiadając te słowa, a złość, która nim targała teraz znajdowała upust w jadowitości sentencji. Pomimo irytacji oraz pukajacej od spodu rozpaczy, nic w mimice Elliotta nie świadczyłoby, że darzy swojego aktualnego rozmówce jakimiś ciepłymi uczuciami. Jedynie w oczach, coś jakby zaczeło się tlić, powoli topiąc lodową powłokę, w jakiej uwił sobie gniazdo w ostatnich latach, zapominając, co może zdziałać dotyk faktycznej troski.
Małżeństwo było tylko ładnym opakowaniem, zaakceptowaniem kolejnego ciosu we własne 'ja', w jakiekolwiek, nikłe nadzieje na szczęście, które zniknęły wraz ze złością i smutkiem, które pochował w swoich myślach, tak samo jak wiele razy wyobrażał sobie, że chowałby siostrę bliźniaczkę. Różnica była jedna - nad swoimi nadziejami faktycznie płakał, a nad Eden wydusiłby parę słonych kropel, aby te ozdobiły trumne i wyryły w niej dominację, zwycięstwo. Ale właściwie nad czym? Podważał swoje młodzieńcze decyzje i, chociaż stemperowanie siostry wyszło mu ostatecznie na dobre, bo nie żalował rzuconej klątwy, tak wszystkie motywy, jakie go do tego pchały odeszly w zapomnenie, przynajmniej podczas wykonywania codziennych czynności. Nie uciekał już w ramiona mężczyzn, aby czuć się sobą, aby czuć odrobinę ciepła. Teraz był zdecydowany, a cienie pod oczami znikneły wraz z wczesniejszym niezdecydowaniem i emocjonalnością - tak mu się przynajmniej wydawało, a w gruncie rzeczy po prostu używał lepszych i mocniejszych specyfików, aby je maskować oraz zamknąć pod marmurową maską pozoru satysfakcji.
Przekształcił mieszkanie, w którym kiedyś, podczas upojeń winem czy innym ginem, frywolnie nazywał się najczęśliwszym człowiekiem na świecie licząc oddechy drugiej duszy, która zaplatała wianki ze wszystkich nieprzyjemności dnia, aby rzucać je w nurt rzeki. Teraz było zaledwie wspomnieniem świetności, słonecznych poranków i ciepłych wieczorów przy kominku. Sypialnia zmieniła się nie do poznania, bo nie był w stanie przetrawiać swojej złości, gdy zjawiał się tu po zniknięciu Perseusa. Nie potrafił mu wybaczyć. Myślenie o tym, w jaki sposób odciął się od niego, wprawiało go w irytacje, wciąż powodowało, że włoski na karku stawały dęba, a dłonie pociły sie, gdy w głowie układał obelgi, jakimi powitałby dawnego przyjaciela, kochanka, kompana, przeminioną miłość.
Jak głośno chciał krzyczeć, gdy pięć lat temu został postawiony przed faktem dokonanym - zamiast tego milczał. Wyszedł nastepnego dnia na ulice, jak gdyby nic się nie stało. Pojawił się w pracy, a nikt nie pytał go jak sie czuje, bo przecież, dlaczego ktokolwiek by miał? Chowali swoje szczęście w cieniu, w czterech ścianach niewielkiego, pierwszopietrowego mieszkania w kamienicy. Mogliby tak naprawdę nigdy nie istnieć, słowa jakie wyszeptywali sobie do ucha, mogły być tylko złudzeniem, a gesty, jakimi się raczyli obłudą skażonego nieszczęściem umysłu. Wszystko wydało się nagle nieprawdziwe, jakby kłamstwa, którymi posługiwał się zawsze na swoja korzyść, odwróciły się w końcu przeciwko niemu, wbijajac ciernie głęboko w serce, powodując, że te przestało bić, że pograzyło się w czerni, zaschło i już nie trzepotało z każdym dźwiękiem znajomego głosu. Miłość była obusiecznym mieczem, tak samo jak nienawiść, to dlatego starał się tak mocno odgrodzić od odczuwania, a ono nie chciało go opuścić, zupełnie jakby w momencie narodzin podpisali umowę, że nie opuszczą się aż do śmierci - umowę, której nie chciał podpisywać z żadną kobietą, a jaką najchętniej zawarłby z Perseusem, ale nie tylko słownie, bo te były ulotne, mógł porwać je wiatr, tak samo jak zrobił to z Blackiem, gdy ten zniknął pare lat temu. To był początek końca, ale... czego? Skoro tak naprawdę to, co opłakiwał nigdy nie istniało, bo nie miało prawa bytu.
Zignorował pierwsze stuknięcie skupiajac się na raporcie, który właśnie kończył. Cyfry na pergaminie prezentowały się nieskazitelnie, równiotko wpisane w odpowiednie rubryczki. Drugie stuknięcie sprawiło, że zmarszczył brwi i spojrzał w kierunku holu, a potem okna, aby sprawdzić czy to przypadkiem nie angielski deszcz płatał mu figle. Dopiero trzeci i czwarty odgłos uderzenia palcami o drzwi wprawił go w osłupienie. Przełknął ślinę odkładając pióro na blat sekretarzyka i zasuwając klapę, aby, w razie czego nikt nie dostrzegł dokumentów, nad jakimi pracował. Przygaszone światło sprawiało, że samotność zakleszczała go w swoich szponach, a cisza sprawiała, że uszy się zatykały. Nawet jeżeli miał nikogo nie zastać za drzwiami, nie chciał zignorować potencjalnego niebezpieczeństwa. Chwycił za różdżke, to mógłby być czysty przypadek, że ktoś użył tego samego 'kodu', jakim posługiwali się z Perseusem. Fakt, że w ogóle o nim pomyślał wprawiał go w irytację. Najchętniej wyrzuciłby go ze swoich mysli, wymazał, tak samo jak Blackowie robili to z tymi członkami na gobelinie, których wydziedziczali z rodziny. Postawił pare kroków w kierunku drzwi, niespiesznie, delikatnie, jakby bojąc się, że ktoś je zaraz wyważy, mimo że byli w samym centrum Londynu, że sam budynek miał na sobie zapezpieczenia.
Spojrzał przez przeszkloną dziurkę, ale zobaczył tylko ciemność. Wiedział, że dopóki nie zaprosi nikogo do środka, ta osoba nie będzie mogła wejść, magia miała dużo plusów, zaklęcia ochronne były jednymi z nich, więc otworzył drzwi, może nie zdecydowanie, ale też nie tak, jakby wydawał się być przestraszonym. Twarz miał bez wyrazu, neutralną. Niebieskie oczy pozostawały skute lodem, nie zapraszały, a powodowały, że osobie, która pojawiała się przed Elliottem można było strzepywać szron z ramion, ubrania i rzęs. Nic nie powiedział stając twarzą w twarz z byłym kochankiem, milczał dłuższą chwilę. Obydwaj wyglądali dla siebie znajomo, choć wiele się w nich zmieniło. Na wcześniej wiecznie wesołej lub roześmianej twarzy Perseusa, teraz można było dostrzec bruzdy zmarszczek sugerujących złość czy rozgoryczenie. Twarz Malfoya pozostawała maską, ukazującą jedynie rozczarowanie i wyższość, wyuczone w domu wyrazy, które już w młodości powodowały, że mniej znający blondyna ludzie starali się nie znajdywać w trajektorii jego spojrzenia. Teraz to się jedynie pogłębiło, doszła pewność siebie i fakt, że obecność Elliotta w pomieszczeniu była bardzo odczuwalna, spoczywała na barkach przyszłych rozmówców albo wisiała nad nimi, przypominając o tym, kto wiedzie prym. Malfoy pozwolił sobie zmarszczyć odrobinę brwi, zupełnie jakby patrzył właśnie na muchę, która pływała w jego świeżo zaparzonej herbacie.
- Musiałeś pomylić adresy, burdel jest dwie przecznice dalej, jeżeli szukasz szybkiego wkupienia się w czyjeś łaski. - nie zawahał się nawet na sekundę wypowiadając te słowa, a złość, która nim targała teraz znajdowała upust w jadowitości sentencji. Pomimo irytacji oraz pukajacej od spodu rozpaczy, nic w mimice Elliotta nie świadczyłoby, że darzy swojego aktualnego rozmówce jakimiś ciepłymi uczuciami. Jedynie w oczach, coś jakby zaczeło się tlić, powoli topiąc lodową powłokę, w jakiej uwił sobie gniazdo w ostatnich latach, zapominając, co może zdziałać dotyk faktycznej troski.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦