03.09.2024, 01:00 ✶
- Wiem - przytaknął, jakby chciał się z nią zgodzić, jeśli jednak oczekiwała pochwały, szybko sprowadził to do prostego komentarza. - Dlatego piję alkohol od niego, nie od ciebie - jak na początek rozmowy, całkiem bezczelnie sugerował, że pamiętał ostatnie konsekwencje dbania o towarzyszy według słownika Geraldine. Napoić kogoś eliksirem, żeby nie mógł uciekać o własnych siłach. Dziękuje, postoi. Na własnych nogach. Lekko rozbawiony, troszeczkę pijany, ale wieczór dopiero się zaczynał. Mógł to jeszcze nadrobić, skoro przez chwilę nie musiał pałętać się za Margaux.
- Nie sądzę, żeby ktokolwiek tutaj mógł wyrządzić jej większą krzywdę - uprościł tak bardzo jak tylko mógł. Nie poczuwał się do tego, żeby określić, co kryło się pod pojęciem większej krzywdy.
Margaux zdecydowanie nie wyglądała na przesadnie skrzywdzoną, zastraszoną i straumatyzowaną. Była od tego tak daleka jak tylko mogła, ale nie o to chodziło uzdrowicielowi. Mógłby to rozwinąć, wyjaśnić coś o tym, że jego kuzynka bardzo płaczliwie zareagowała na wiadomość, że miała mieć przyzwoitkę (albo przyzwoitka, jak zwał tak zwał)... że chciała zabrać ze sobą którąś z najlepszych koleżanek i oburzyła się, gdy ojciec nie zgodził się na ufundowanie grupowego wyjazdu... że kiedy wreszcie zaakceptowała i doceniła możliwość pójścia na bal z Greengrassem, to zezłościła się, że nie pozwolił się ubrać jak jakaś żywa lalka... że szybko nazwała go nudnym i zachowawczym... że... że... że... że... że może to wszystko było jednym wielkim planem, żeby popsuć jej wakacje w Wielkiej Brytanii! Margaux twierdziła, że przeżyła wszystko, co najgorszego mogło się wydarzyć. Przy takim nastawieniu i z tym stanem mentalności to ona stanowiła największe zagrożenie dla tego, kto próbowałby wyrządzić jej coś złego. A jeśli ktoś spróbowałby ją porwać, niechybnie miał porzucić swoje plany zaledwie po opuszczeniu budynku.
Gładko mówiąc, Ambroise nie przejmował się chwilowym zniknięciem kuzynki. Była jak magiczny bumerang napędzany małymi dawkami alkoholu i dużą ilością cukru. Jeśli chodzi o jego obecność, stanowczo wyczerpał zapas kroków, jakie mógł zrobić jako cień dziewczyny. Mając okazję, aby milej spędzić część wieczoru, postanowił z tego skorzystać. Planował od czasu do czasu rozejrzeć się za Margaux. W ramach obowiązku, nie przyjemności. Najgroźniejsza była prawdopodobnie intoksykacja, ale w tej kwestii nie mógł wiele poradzić, skoro sam nie zaprotestował przeciw całej butelce ognistej, która pojawiła się przed nim i Geraldine.
- Nie wiem czy ktokolwiek jest na to gotowy - groźba zakamuflowana w wypowiedzianych słowach w rzeczywistości wcale nie była groźbą, lecz drobną uszczypliwością wobec tego, co mogło być skutkiem posłuchania Geraldine.
Prawdopodobnie ostatnią atrakcją, jakiej chcieli podczas wypełnionego atrakcjami balu była upita nastolatka. Już teraz zachowywała się jak nieodpowiedzialne dziecko w sklepie ze słodyczami a zapoznanie ją z mocniejszymi trunkami byłoby jak otwarcie portalu do skrytki pełnej galeonów. Z drugiej strony, odcięcie jej od nieludzkich ilości cukru nie było aż tak głupie.
- Mogłaś ostrzec mnie wcześniej - uniósł brwi, obdarzył ją nieco niepoważnym, niemalże spoufalonym uśmieszkiem i nachylił się bliżej. - Jeśli na początku byłaś obiektem plotek, bo przyszłaś sama, to wyobraź sobie, co teraz dzieje się w tych wszystkich głowach - szepnął porozumiewawczo, po czym haustem wychylił kolejkę. - Jesteśmy na językach, więc nie mogę bawić się lepiej - przynajmniej kilka osób musiało zauważyć ich alkoholową interakcję a także to, że chwilę wcześniej porzucił młodą kobietę, by teraz pić z Yaxleyówną. Nie znając faktów, można było sklecić z tego niezłą ploteczkę. Jedną z takich, dla których niezliczone stare ciotki krążyły po budynku jak sępy.
Jak zdążyła zauważyć Geraldine, wcale nie chodziło o uczestnictwo w wydarzeniu, aby zainspirować się przed własnym przyjęciem. Od lat nikt nawet nie próbował dorównać przepychowi wydarzeń towarzyskich organizowanych przez Macmillanów. Nie podejmowano prób detronizacji nieoficjalnych królów wydarzeń towarzyskich. Konkurencja praktycznie nie istniała, zatem czystokrwiste panie domu musiały zająć się czymś innym. Było tym szukanie pożywki w cudzych interakcjach.
- Spójrz na to z drugiej strony. Może nie mają konkurencji, bo rok w rok wyprzedzają sami siebie? - zasugerował nadal nie wracając do dystansu, jaki dzielił ich przed chwilą. Celowo zostawił go takim jaki był, odkąd skrócił go, żeby szepnąć do Geraldine. Teraz już nie szeptał, ale świadomie karmił drapieżców. Im więcej szklanek wychylał, tym bardziej go to bawiło. Przyjemny rauszyk był tylko kwestią czasu.
- Pomyśl... co możesz zrobić, jeśli nie wiesz, co oni zrobią, żeby wyprzedzić siebie sprzed roku? - Niewiele. Odpowiedzią musiało być niewiele. Jeśli jego teorie były prawdziwe, to było naprawdę genialne posunięcie. Jeśli nie, to Macmillanowie nadal zasługiwali na specjalne oklaski. Stworzyli królestwo z mirażu i pozorów, które stało trwałej niż jakiekolwiek wymurowane z kamienia. Wszyscy tutaj (a było ich wielu) musieli być tego świadomi. Pozory były wszystkim nawet wtedy, gdy wszystko inne było niczym. Takie były reguły gry, w którą od wieków grały ich rody.
- Eskortą - poprawił ją między łykami ognistej, wzruszywszy ramionami. - Albo faktycznie niańką. Jak zwał, tak zwał. Tylko, że mi za to nie płacą - w przeciwieństwie do wszelkich zawodów, on robił to w ramach rodzinnego obowiązku. Daleka, bo daleka, rodzina wiązała się z wymianą przysług. On właśnie pracował na swoją.
- Nie sądzę, żeby ktokolwiek tutaj mógł wyrządzić jej większą krzywdę - uprościł tak bardzo jak tylko mógł. Nie poczuwał się do tego, żeby określić, co kryło się pod pojęciem większej krzywdy.
Margaux zdecydowanie nie wyglądała na przesadnie skrzywdzoną, zastraszoną i straumatyzowaną. Była od tego tak daleka jak tylko mogła, ale nie o to chodziło uzdrowicielowi. Mógłby to rozwinąć, wyjaśnić coś o tym, że jego kuzynka bardzo płaczliwie zareagowała na wiadomość, że miała mieć przyzwoitkę (albo przyzwoitka, jak zwał tak zwał)... że chciała zabrać ze sobą którąś z najlepszych koleżanek i oburzyła się, gdy ojciec nie zgodził się na ufundowanie grupowego wyjazdu... że kiedy wreszcie zaakceptowała i doceniła możliwość pójścia na bal z Greengrassem, to zezłościła się, że nie pozwolił się ubrać jak jakaś żywa lalka... że szybko nazwała go nudnym i zachowawczym... że... że... że... że... że może to wszystko było jednym wielkim planem, żeby popsuć jej wakacje w Wielkiej Brytanii! Margaux twierdziła, że przeżyła wszystko, co najgorszego mogło się wydarzyć. Przy takim nastawieniu i z tym stanem mentalności to ona stanowiła największe zagrożenie dla tego, kto próbowałby wyrządzić jej coś złego. A jeśli ktoś spróbowałby ją porwać, niechybnie miał porzucić swoje plany zaledwie po opuszczeniu budynku.
Gładko mówiąc, Ambroise nie przejmował się chwilowym zniknięciem kuzynki. Była jak magiczny bumerang napędzany małymi dawkami alkoholu i dużą ilością cukru. Jeśli chodzi o jego obecność, stanowczo wyczerpał zapas kroków, jakie mógł zrobić jako cień dziewczyny. Mając okazję, aby milej spędzić część wieczoru, postanowił z tego skorzystać. Planował od czasu do czasu rozejrzeć się za Margaux. W ramach obowiązku, nie przyjemności. Najgroźniejsza była prawdopodobnie intoksykacja, ale w tej kwestii nie mógł wiele poradzić, skoro sam nie zaprotestował przeciw całej butelce ognistej, która pojawiła się przed nim i Geraldine.
- Nie wiem czy ktokolwiek jest na to gotowy - groźba zakamuflowana w wypowiedzianych słowach w rzeczywistości wcale nie była groźbą, lecz drobną uszczypliwością wobec tego, co mogło być skutkiem posłuchania Geraldine.
Prawdopodobnie ostatnią atrakcją, jakiej chcieli podczas wypełnionego atrakcjami balu była upita nastolatka. Już teraz zachowywała się jak nieodpowiedzialne dziecko w sklepie ze słodyczami a zapoznanie ją z mocniejszymi trunkami byłoby jak otwarcie portalu do skrytki pełnej galeonów. Z drugiej strony, odcięcie jej od nieludzkich ilości cukru nie było aż tak głupie.
- Mogłaś ostrzec mnie wcześniej - uniósł brwi, obdarzył ją nieco niepoważnym, niemalże spoufalonym uśmieszkiem i nachylił się bliżej. - Jeśli na początku byłaś obiektem plotek, bo przyszłaś sama, to wyobraź sobie, co teraz dzieje się w tych wszystkich głowach - szepnął porozumiewawczo, po czym haustem wychylił kolejkę. - Jesteśmy na językach, więc nie mogę bawić się lepiej - przynajmniej kilka osób musiało zauważyć ich alkoholową interakcję a także to, że chwilę wcześniej porzucił młodą kobietę, by teraz pić z Yaxleyówną. Nie znając faktów, można było sklecić z tego niezłą ploteczkę. Jedną z takich, dla których niezliczone stare ciotki krążyły po budynku jak sępy.
Jak zdążyła zauważyć Geraldine, wcale nie chodziło o uczestnictwo w wydarzeniu, aby zainspirować się przed własnym przyjęciem. Od lat nikt nawet nie próbował dorównać przepychowi wydarzeń towarzyskich organizowanych przez Macmillanów. Nie podejmowano prób detronizacji nieoficjalnych królów wydarzeń towarzyskich. Konkurencja praktycznie nie istniała, zatem czystokrwiste panie domu musiały zająć się czymś innym. Było tym szukanie pożywki w cudzych interakcjach.
- Spójrz na to z drugiej strony. Może nie mają konkurencji, bo rok w rok wyprzedzają sami siebie? - zasugerował nadal nie wracając do dystansu, jaki dzielił ich przed chwilą. Celowo zostawił go takim jaki był, odkąd skrócił go, żeby szepnąć do Geraldine. Teraz już nie szeptał, ale świadomie karmił drapieżców. Im więcej szklanek wychylał, tym bardziej go to bawiło. Przyjemny rauszyk był tylko kwestią czasu.
- Pomyśl... co możesz zrobić, jeśli nie wiesz, co oni zrobią, żeby wyprzedzić siebie sprzed roku? - Niewiele. Odpowiedzią musiało być niewiele. Jeśli jego teorie były prawdziwe, to było naprawdę genialne posunięcie. Jeśli nie, to Macmillanowie nadal zasługiwali na specjalne oklaski. Stworzyli królestwo z mirażu i pozorów, które stało trwałej niż jakiekolwiek wymurowane z kamienia. Wszyscy tutaj (a było ich wielu) musieli być tego świadomi. Pozory były wszystkim nawet wtedy, gdy wszystko inne było niczym. Takie były reguły gry, w którą od wieków grały ich rody.
- Eskortą - poprawił ją między łykami ognistej, wzruszywszy ramionami. - Albo faktycznie niańką. Jak zwał, tak zwał. Tylko, że mi za to nie płacą - w przeciwieństwie do wszelkich zawodów, on robił to w ramach rodzinnego obowiązku. Daleka, bo daleka, rodzina wiązała się z wymianą przysług. On właśnie pracował na swoją.