Morpheus westchnął ciężko. Westchnienie nie było skierowane na Isaaca czy funkcjonariuszkę ani nawet starożytnych magów, którzy ułożyli zaklęcia zabezpieczające. Oddech zmarnował na frustrację, bowiem ciężar przeznaczenia miecza dosłownie ciążył nad nim i zdawał się coraz silniejszy. Drażniły go określenia po mieczu i po kądzieli bo zbyt personalnie dotykały jego życia. Ojciec-wojownik za sprawę, dawny szef biura aurorów, ten, który nosi imię jednego z fundatorów Hogwartu i trzyma w swojej pieczy jego miecz, miecz Gryffindora. Matka, sarniooka naukowczyni, która przędła przyszłość w swoich długich palcach, obdarzając go całym koszem wełny czasu.
Nie chciał walczyć, chciał badać.
Musiał jednak odpowiedzieć na wołanie tego, co czekało w podziemiach. Wygląd twarzy Morpheusa nie okazywał jednak zwątpienia w los, bo szybo wstąpiła w niego ekscytacja i fascynacja tym, czego jest częścią. Oczywiście, że chciał wiedzieć wszystko. Nawet jeśli miałby wyrwać krwawo wiedzę ze szponów strażników.
— Czeka nas przygoda, moi mili! — błysnął do panny Moss i Bagshota czarującym uśmiechem, nie aż tak pięknym, jak ten należący do młodszego czarodzieja, niosącym pod sobą jakiś cień szaleństwa i uniósł różdżkę.
Akcja nieudana
Sukces!