03.09.2024, 16:33 ✶
- To zależy, gdzie chciałabyś postawić granicę zgorszenia i dewiacji - spojrzał uważnie na Geraldine. - Kiedy tak właściwie bestia staje się bestią a przestaje być człowiekiem robiącym wszystko, aby przetrwać? - Spytał retorycznie.
Dla niego to była bardzo krucha granica. Przyrównałby ją do cienkiej linii narysowanej kredą na piasku. Czy chodziło o poczucie satysfakcji z wyrządzania krzywdy? A może o niezdolność do czynienia bezinteresownego dobra? Jego pacjenci robili różne straszne rzeczy. Nie zadawał żadnych pytań, ale nie potrzebował wiedzieć, żeby widzieć. Ci sami ludzie z nie tylko swoją krwią na rękach wzywali go do opatrzenia ran, myli się i szli pocałować córki na dobranoc. Kupowali dzieciom miniaturowe kucyki i chodzili na recitale. Wychodzili ukradkiem, załatwiali szemrane interesy, żeby wrócić przed końcem drugiego aktu. I najgłośniej bili brawo, choć ich knykcie spuchły od rzeczy, które robili, gdy nikt nie patrzył.
Byli dobrymi rodzicami. Świetnymi małżonkami. Troskliwymi dziećmi. Wspaniałymi przyjaciółmi. Wzorowymi sąsiadami. Szanowali wszystkie normy społeczne. Pojawiali się na takich wydarzeniach jak ten bal. Ściskali dłonie i dorzucali galeony do puli w zbiórce na biedne dzieci. Niektórzy posuwali się tak daleko, by budować wizerunek postępowych, dorzucając do tego okazjonalne napomnienie, że te mugolaki były zadziwiająco przyzwoitymi asystentami w sklepie lub pomocnikami porządkowymi w szpitalu. Nowocześnie, ale bez przesady. Nic, co przysporzyłoby im kłopotów albo naraziło na złe spojrzenia.
Ambroise ich nie oceniał. Budował karierę na dyskrecji. Im więcej oni mieli za uszami, tym częściej potrzebowali jego pomocy. Walutą nie zawsze były galeony. W znacznej większości przypadków chodziło o mniej mierzalne benefity. Tu wkraczała lojalność i dotrzymywanie słowa. Zdarzało się, że musiał odpuścić, ale prędzej bądź później dostawał swoje korzyści. Moralność zostawała w domu, w szpitalu, na ulicy Pokątnej w jednym świetle dnia.
Przed dyżurem oddawał szaty do pralni i prasowalni (tam też mugolaki były bardzo przyzwoite), żeby nie przynosić brudów do domu. Po prywatnej praktyce z tego samego powodu podrzucał ubrania do podobnego miejsca w innej części magicznego Londynu. Nigdy, przenigdy nie przynosił swoich brudów w miejsce, w którym żyła jego rodzina. W żadnym razie nie sugerował, że musiał na to uważać. W tej chwili naturalnie uniósł górną wargę w wyćwiczonym, luzackim uśmiechu i parsknął.
- Kto by pomyślał, że tak łatwo dasz się wkręcić - jeśli miała jakieś spostrzeżenia, właśnie je dementował, popijając ognistą. - Co prawda, do Munga trafiają bardzo różni ludzie i na ogół nie odmawiamy im pomocy, ale w przypadku dzisiejszego wieczoru liczę na stróży prawa, którzy są tu jeszcze liczniejsi - powiedział gładko.
Oto on: Ambroise Greengrass, światły człowiek święcie zawierzający prawu. Od czasu do czasu rzeczywiście wzywający Brygadę Uderzeniową na miejsce problemu, choć zawsze robiący to cudzymi rękami. Nie był głupi. Zgłoszenia były monitorowane a on i tak mógł potulnie porozmawiać ze stróżami porządku, przejmując inicjatywę i zapewniając sobie ich zaufanie, bo chętnie współpracował w przypadku pomniejszych kłopotów w szpitalu. Był bardzo zapracowanym uzdrowicielem, nie zawsze miał oczy dookoła głowy, ale nie wzbraniał się przed rozmową.
- Czy ja wiem? - Zakwestionował. - Zauważ, że mało kto spośród tych ludzi może sobie pozwolić na swobodne zachowania już w pierwszej chwili. Robienie ich ukradkiem to niemal jak nie robienie wcale - złota klatka to wciąż klatka. Ucieczka na chwilę, jeśli się zdarzała, nie była warta utraty przywilejów. Przywileje usidlały tych wszystkich ludzi, ale na koniec dnia nikt nie kwapił się do tego, żeby z nich zrezygnować dla wolności. W teorii zawsze był wybór.
Nawet te wszystkie piękne, smutne córki, siostry i żony mogły znaleźć ucieczkę, gdyby rzeczywiście chciały. Owszem. Poniosłyby bardzo duży koszt. Często niebotyczny i okropny. Czasami byłoby nim ich własne życie lub konieczność trwałej zmiany miejsca zamieszkania. Byłyby wydziedziczone i wyklęte. Straciłyby pieniądze, sławę, może urodę. To wszystko, ale byłyby wolne. Tak samo jak synowie, bracia i mężowie nie zgadzający się z wolą rodzin. Oni mieli równie, jeśli nie więcej możliwości wyboru. Tymczasem mało kto decydował o porzuceniu bezpiecznej niedoli. Kobieta w futrze tego nie zrobiła.
- Szaleństwem jest porzucanie snu zimowego, żeby snuć się za mężem anemikiem - zaoponował, plotkując jak rozchichotana dziewuszka, ale robiąc to znacznie ciszej i ukradkiem. - Może ona nosi gigantyczne futro, ale to on rusza się jak mucha w smole. Przewróci się i nie wstanie a żona nie da rady go podnieść, tylko sama zaplącze się w swoim płaszczu. Będą jak dwa żuki w różnym stadium rozkładu - zażartował, mając oczywiście na myśli długie włosie na futrze matrony, które w odpowiednich warunkach mogło nasuwać na myśl meszek na pleśni.
Całkiem podobało mu się, że mogli po cichu zachować się jak dwoje dzieci. Sprawiło mu to większą przyjemność niż cokolwiek dotychczas tego wieczoru.
- To zależy, czy jesteś skłonna je przyjąć - uniósł brew. Zdecydowanie rzucał Geraldine wyzwanie. Tym bardziej głupie, że bardzo niedojrzałe i nie pasujące do tej oficjalnej aury wieczoru. Czyli idealne.
Słysząc słowa Geraldine, Ambroise parsknął szczerym, szczekliwym i trochę za głośnym śmiechem, bez wątpienia zwracając na nich uwagę kilku osób w otoczeniu. Nie przejął się tym. Odwzajemnił je i ponownie spojrzał na blondynkę, kładąc sobie dłoń na piersi.
- Jak dobrze, że nie jestem młody i moralny, i dałem ci o tym drugim znać - westchnął z "ulgą", nadal podśmiewając się z niedowierzaniem. - To jaka grupa krwi jest najsmaczniejsza? Wiesz, moglibyśmy trochę zarobić na dostawach, gdybyśmy znali preferencje klientów - w gruncie rzeczy to było nawet lepsze od teorii o tym, że była smoczym animagiem. - I kto ci robił trumnę na wymiar? Kiedyś dasz mojej rodzinie namiary - potrząsnął łbem, rozkoszując się tą małą ploteczką, która brzmiała tak nieprawdopodobnie, co prawdopodobnie.
- Niestety, to oznacza, że nasza przyjaźń nie wypali - zacmokał niezadowolony. - Wiesz. Nasza rodzina jest przydupasami wilkołaków. Kryjemy ich w Kniei, sprzątamy odchody po pełni, przed pełnią rozstawiamy miski z wodą. Celowo zatrudniłem się w Mungu, żeby dostarczać im pokarm, bo tam nie mamy zbyt wielu turystów - mogła sobie wyobrazić, co wywołało ten stan rzeczy. - Oczywiście, eksperymentujemy z eliksirami, żeby kiedyś stać się jak oni, ale bez ryzyka poharatania tej pięknej buźki - wskazał na siebie i łyknął porcję alkoholu. Dla kurażu, oczywiście, żeby mierzyć się ze swoim naturalnym wrogiem. Mroczną, krwiożerczą wampirzycą z prawdziwego transylwańskiego lasu.
- Do krwiożerczości dopisz żądze upadku płonącego świata - skomentował jej przemyślenia, z którymi zaskakująco się zgadzał. Nie będąc na tonącym okręcie, można było z fascynacją obserwować jego koniec. Kąt zderzenia z górą lodową (jakże to pasowało do bieżącego tematu przewodniego balu!), stopień zniszczeń, tempo zatonięcia. Nie przeczył, że wielu chciałoby zobaczyć upadek Macmillanów i to, co zamierzali wtedy zrobić. Czy odwróciliby się od nich nawet najwierniejsi przyjaciele?
Chwilowo przedstawienie trwało.
Wzniósł toast wodząc wzrokiem za spojrzeniem Geraldine. Nie wiedział, co chodziło jej po myślach. Nawet jeśli miał swoje podejrzenia, to nie był jeszcze ten moment, w którym był gotowy opuścić towarzystwo niemal pustej butelki. Jeszcze chwila i mogło się wydarzyć, że zmieni zdanie. Ale to nie był jeszcze ten moment.
- Piękna i bystra - mruknął, uśmiechając się pod nosem i wzruszając ramionami. Mogła to odebrać jak chciała. Czy zaczął pić z nią, bo była tylko ładna a to jej spostrzeżenie świadczyło o bystrości? Czy pił z nią, bo była bystra a przy okazji mile cieszyła oczy? Oba na raz? Coś pomiędzy? Milczał jak grób. Bawiło go to.
Dla niego to była bardzo krucha granica. Przyrównałby ją do cienkiej linii narysowanej kredą na piasku. Czy chodziło o poczucie satysfakcji z wyrządzania krzywdy? A może o niezdolność do czynienia bezinteresownego dobra? Jego pacjenci robili różne straszne rzeczy. Nie zadawał żadnych pytań, ale nie potrzebował wiedzieć, żeby widzieć. Ci sami ludzie z nie tylko swoją krwią na rękach wzywali go do opatrzenia ran, myli się i szli pocałować córki na dobranoc. Kupowali dzieciom miniaturowe kucyki i chodzili na recitale. Wychodzili ukradkiem, załatwiali szemrane interesy, żeby wrócić przed końcem drugiego aktu. I najgłośniej bili brawo, choć ich knykcie spuchły od rzeczy, które robili, gdy nikt nie patrzył.
Byli dobrymi rodzicami. Świetnymi małżonkami. Troskliwymi dziećmi. Wspaniałymi przyjaciółmi. Wzorowymi sąsiadami. Szanowali wszystkie normy społeczne. Pojawiali się na takich wydarzeniach jak ten bal. Ściskali dłonie i dorzucali galeony do puli w zbiórce na biedne dzieci. Niektórzy posuwali się tak daleko, by budować wizerunek postępowych, dorzucając do tego okazjonalne napomnienie, że te mugolaki były zadziwiająco przyzwoitymi asystentami w sklepie lub pomocnikami porządkowymi w szpitalu. Nowocześnie, ale bez przesady. Nic, co przysporzyłoby im kłopotów albo naraziło na złe spojrzenia.
Ambroise ich nie oceniał. Budował karierę na dyskrecji. Im więcej oni mieli za uszami, tym częściej potrzebowali jego pomocy. Walutą nie zawsze były galeony. W znacznej większości przypadków chodziło o mniej mierzalne benefity. Tu wkraczała lojalność i dotrzymywanie słowa. Zdarzało się, że musiał odpuścić, ale prędzej bądź później dostawał swoje korzyści. Moralność zostawała w domu, w szpitalu, na ulicy Pokątnej w jednym świetle dnia.
Przed dyżurem oddawał szaty do pralni i prasowalni (tam też mugolaki były bardzo przyzwoite), żeby nie przynosić brudów do domu. Po prywatnej praktyce z tego samego powodu podrzucał ubrania do podobnego miejsca w innej części magicznego Londynu. Nigdy, przenigdy nie przynosił swoich brudów w miejsce, w którym żyła jego rodzina. W żadnym razie nie sugerował, że musiał na to uważać. W tej chwili naturalnie uniósł górną wargę w wyćwiczonym, luzackim uśmiechu i parsknął.
- Kto by pomyślał, że tak łatwo dasz się wkręcić - jeśli miała jakieś spostrzeżenia, właśnie je dementował, popijając ognistą. - Co prawda, do Munga trafiają bardzo różni ludzie i na ogół nie odmawiamy im pomocy, ale w przypadku dzisiejszego wieczoru liczę na stróży prawa, którzy są tu jeszcze liczniejsi - powiedział gładko.
Oto on: Ambroise Greengrass, światły człowiek święcie zawierzający prawu. Od czasu do czasu rzeczywiście wzywający Brygadę Uderzeniową na miejsce problemu, choć zawsze robiący to cudzymi rękami. Nie był głupi. Zgłoszenia były monitorowane a on i tak mógł potulnie porozmawiać ze stróżami porządku, przejmując inicjatywę i zapewniając sobie ich zaufanie, bo chętnie współpracował w przypadku pomniejszych kłopotów w szpitalu. Był bardzo zapracowanym uzdrowicielem, nie zawsze miał oczy dookoła głowy, ale nie wzbraniał się przed rozmową.
- Czy ja wiem? - Zakwestionował. - Zauważ, że mało kto spośród tych ludzi może sobie pozwolić na swobodne zachowania już w pierwszej chwili. Robienie ich ukradkiem to niemal jak nie robienie wcale - złota klatka to wciąż klatka. Ucieczka na chwilę, jeśli się zdarzała, nie była warta utraty przywilejów. Przywileje usidlały tych wszystkich ludzi, ale na koniec dnia nikt nie kwapił się do tego, żeby z nich zrezygnować dla wolności. W teorii zawsze był wybór.
Nawet te wszystkie piękne, smutne córki, siostry i żony mogły znaleźć ucieczkę, gdyby rzeczywiście chciały. Owszem. Poniosłyby bardzo duży koszt. Często niebotyczny i okropny. Czasami byłoby nim ich własne życie lub konieczność trwałej zmiany miejsca zamieszkania. Byłyby wydziedziczone i wyklęte. Straciłyby pieniądze, sławę, może urodę. To wszystko, ale byłyby wolne. Tak samo jak synowie, bracia i mężowie nie zgadzający się z wolą rodzin. Oni mieli równie, jeśli nie więcej możliwości wyboru. Tymczasem mało kto decydował o porzuceniu bezpiecznej niedoli. Kobieta w futrze tego nie zrobiła.
- Szaleństwem jest porzucanie snu zimowego, żeby snuć się za mężem anemikiem - zaoponował, plotkując jak rozchichotana dziewuszka, ale robiąc to znacznie ciszej i ukradkiem. - Może ona nosi gigantyczne futro, ale to on rusza się jak mucha w smole. Przewróci się i nie wstanie a żona nie da rady go podnieść, tylko sama zaplącze się w swoim płaszczu. Będą jak dwa żuki w różnym stadium rozkładu - zażartował, mając oczywiście na myśli długie włosie na futrze matrony, które w odpowiednich warunkach mogło nasuwać na myśl meszek na pleśni.
Całkiem podobało mu się, że mogli po cichu zachować się jak dwoje dzieci. Sprawiło mu to większą przyjemność niż cokolwiek dotychczas tego wieczoru.
- To zależy, czy jesteś skłonna je przyjąć - uniósł brew. Zdecydowanie rzucał Geraldine wyzwanie. Tym bardziej głupie, że bardzo niedojrzałe i nie pasujące do tej oficjalnej aury wieczoru. Czyli idealne.
Słysząc słowa Geraldine, Ambroise parsknął szczerym, szczekliwym i trochę za głośnym śmiechem, bez wątpienia zwracając na nich uwagę kilku osób w otoczeniu. Nie przejął się tym. Odwzajemnił je i ponownie spojrzał na blondynkę, kładąc sobie dłoń na piersi.
- Jak dobrze, że nie jestem młody i moralny, i dałem ci o tym drugim znać - westchnął z "ulgą", nadal podśmiewając się z niedowierzaniem. - To jaka grupa krwi jest najsmaczniejsza? Wiesz, moglibyśmy trochę zarobić na dostawach, gdybyśmy znali preferencje klientów - w gruncie rzeczy to było nawet lepsze od teorii o tym, że była smoczym animagiem. - I kto ci robił trumnę na wymiar? Kiedyś dasz mojej rodzinie namiary - potrząsnął łbem, rozkoszując się tą małą ploteczką, która brzmiała tak nieprawdopodobnie, co prawdopodobnie.
- Niestety, to oznacza, że nasza przyjaźń nie wypali - zacmokał niezadowolony. - Wiesz. Nasza rodzina jest przydupasami wilkołaków. Kryjemy ich w Kniei, sprzątamy odchody po pełni, przed pełnią rozstawiamy miski z wodą. Celowo zatrudniłem się w Mungu, żeby dostarczać im pokarm, bo tam nie mamy zbyt wielu turystów - mogła sobie wyobrazić, co wywołało ten stan rzeczy. - Oczywiście, eksperymentujemy z eliksirami, żeby kiedyś stać się jak oni, ale bez ryzyka poharatania tej pięknej buźki - wskazał na siebie i łyknął porcję alkoholu. Dla kurażu, oczywiście, żeby mierzyć się ze swoim naturalnym wrogiem. Mroczną, krwiożerczą wampirzycą z prawdziwego transylwańskiego lasu.
- Do krwiożerczości dopisz żądze upadku płonącego świata - skomentował jej przemyślenia, z którymi zaskakująco się zgadzał. Nie będąc na tonącym okręcie, można było z fascynacją obserwować jego koniec. Kąt zderzenia z górą lodową (jakże to pasowało do bieżącego tematu przewodniego balu!), stopień zniszczeń, tempo zatonięcia. Nie przeczył, że wielu chciałoby zobaczyć upadek Macmillanów i to, co zamierzali wtedy zrobić. Czy odwróciliby się od nich nawet najwierniejsi przyjaciele?
Chwilowo przedstawienie trwało.
Wzniósł toast wodząc wzrokiem za spojrzeniem Geraldine. Nie wiedział, co chodziło jej po myślach. Nawet jeśli miał swoje podejrzenia, to nie był jeszcze ten moment, w którym był gotowy opuścić towarzystwo niemal pustej butelki. Jeszcze chwila i mogło się wydarzyć, że zmieni zdanie. Ale to nie był jeszcze ten moment.
- Piękna i bystra - mruknął, uśmiechając się pod nosem i wzruszając ramionami. Mogła to odebrać jak chciała. Czy zaczął pić z nią, bo była tylko ładna a to jej spostrzeżenie świadczyło o bystrości? Czy pił z nią, bo była bystra a przy okazji mile cieszyła oczy? Oba na raz? Coś pomiędzy? Milczał jak grób. Bawiło go to.