Dobrze było usłyszeć, że syn postanowił poważniej podejść do znajomości z osobami, jakie przed chwilą opuściły ich stoisko. Szczególnie, jeżeli chodziło o towarzysza Prewetta. Od niego nalepiej byłoby trzymać się z daleka. Charles przyznał mu rację. Przecież Richard nie chciał źle dla swojego syna.
Chętnie Richard dowiedziałby się jak doszło do ich spotkania czy zaś gdzie miało miejsce, ale jego syn nie dokończył swojej wypowiedzi. Znajomy im głos, odwrócił uwagę. W dodatku, w mowie Norweskiej. "Zatłukę go kiedyś." – westchnął odwracając się w stronę Anthony’ego, który nie był sam. Nie musiał przy nim afiszować się językiem skandynawskim, aby zwrócić na siebie uwagę. Nie musiał tego robić w Anglii i przy jego dzieciach. Prosił nie raz, aby zachować język ojczysty, tego kraju. To był Shafiq. Czego mógł po nim oczekiwać innego, jak zabawnego podejścia do kwestii powitań?
- Anthony. Sam jestem tym zaskoczony.Odezwał się z lekkim uśmiechem, z gestem skinienia głową w przywitaniu. Z różnicą, że Richard nie przechodził na język norweski, ale pozostał przy angielskim. Co jednak, zrozumiał mowę Shafiqa. Najpewniej nie zdążyliby uścisnąć sobie dłonie, kiedy Charles z dużym entuzjazmem wystrzelił ze stoiska aby… przytulić się do swojego ulubionego wuja. Tym samym, wołając Leonarda.
Dzieci...
- Rodzinne.
Wyjaśnił krótko towarzyszowi Anthony’emu, który mimo sytuacji rodzinnego powitania, chciał dokonać zakupu. Widocznie to Richard musiał obsłużyć klienta.
- Oczywiście. Już podaję.
Zgodnie z prośbą, Richard do jednego opakowania włożył święcę rytualną oraz wskazane w barwach ciepłych: czerwoną, żółtą i pomarańczową. Zapakował tak, aby nie wypadły czy się nie połamały. Podał Selwynowi i przedstawił kwotę do zapłaty.