04.09.2024, 00:28 ✶
Mógł sprowokować Geraldine. Wystarczyłoby coś na miarę:
"A kto jest tak naprawdę bezbronny?", żeby podsycić ich dyskusję.
Jego zdaniem nie było zbyt wiele takich osób. Chyba tylko niektóre dzieci mogły liczyć na tę ulgę. Nie wszystkie i nie zawsze. Sam dorósł do robienia głupich, czasami krzywdzących rzeczy już w bardzo młodym wieku. Jako dorosły był świadkiem niezliczonych ran zadawanych przez pozornie nieszkodliwych. Bezbronni czarodzieje wiedząc o tym, że nie mają czym się bronić ani atakować potrafili zamieniać się w dwunożne zwierzęta. Bywało, że zadawali pierwszy cios zanim doszło do otwartej konfrontacji.
Oczywiście, nie bronił degeneratów, którzy z satysfakcją gnietli małe kotki i odcinali dłonie ich właścicieli. Jedynie kwestionował, czy istniał ktokolwiek, kto nie mógł się bronić. Nie nie chciał, nie mógł. W żaden sposób. Zgadzał się z drugą częścią wypowiedzi Geraldine, ale nie z tą. Miewał trudne, wypaczone poglądy. Nie ukrywał tego aż tak, jeśli nie były ostentacyjnie kontrowersyjne, a u czystokrwistych mało co takiego było. Wyłączając miłość do mugoli, oczywiście.
- Jeśli tak to przedstawiasz - odrzekł obserwując jej mimikę. Starał się odczytać wyraz twarzy blondynki i to, co kryło się pod dzisiejszą maską założoną na okoliczność eleganckiego balu. Nie lubiła magipolicji. To już wiedział. - Niemożliwe, abyś tak bardzo nie wierzyła w system - zadziwił się z przekąsem, wkładając w to otwarty sarkazm.
Alkohol powoli rozluźniał języki i ciała. Wieczór postępował, bal rozkręcał się, ale nie było swobodnie. Jeszcze nie.
- Grupa martwych czarodziejów i czarownic? - Zasugerował bezbłędnie. - Mógłbym wymyślić coś na poczekaniu, ale historia magii to moja kolejna słaba strona - skwitował, jakby mówił jej coś w stylu: widzisz? Masz już dwie rzeczy, którymi możesz ze mną grać!
Nie był taką nogą z wiedzy o przeszłości czarodziejów jak o magicznych zwierzętach, ale z obu przespał większość wykładów w Hogwarcie. Na ONMS było trudniej, ale i tak dał radę. Z historii magii pamiętał głównie to, czego potrzebował, żeby nie być niewykształconym ignorantem. W większości to była wiedza z ostatniego stulecia.
- Większość ludzi to materialiści - to była wyłącznie realistyczna uwaga. - Sądzą, że nie mogliby żyć tak jak chcą, jeśli rodziny wykluczą ich również z fortuny? - Tak właściwie to nie było pytanie. Większość musiała się tego bać. To było bardzo proste. Biedni martwili się o przetrwanie, więc nie mieli czasu na wymarzone życie. Nie mówiąc o środkach. Wykluczeni z towarzystwa nie cieszyli się wpływami i kontaktami. To raczej proste. Brutalna prawda. Zawsze miało im czegoś brakować. Wybierali, czego. W przypadku na przykład pani Rosier to była miłość.
- Romantyczne - osądził krótko. Wyjątkowo cholernie słodkie. Małżeństwo, które coraz bardziej się nienawidzi a jednocześnie regularnie spędza razem czas w niedoli. Odnosił wrażenie, że niektórzy pomijali tę część o zdrowiu i dobrej doli. Od razu przechodzili do niedoli, nieszczęścia i licznych chorób. Genetycznych, przynajmniej w przypadku niektórych rodów mających swoje chimeryczne zasady.
Właśnie dlatego nie planował się żenić. Nie teraz ani w bliskiej przyszłości. Nie widział się idącego w ślady ojca. Nie miał głowy do przejmowania roku głowy rodziny. Prawdę mówiąc był na tyle postępowy, że znacznie bardziej widział tam Roselyn (kto wie, może mieli doczekać tych zmian). Mimo młodego wieku wykazywała większe predyspozycje ku pchaniu interesów Greengrassów ku świetlanej przyszłości. On czuł się okay z byciem w cieniu. Miał królestwo w Mungu, kręcił interesy z różnymi czarodziejami. Nie ciągnęło go do aranżowanych układów i korzystnych związków. Tym samym wybierał życie na obrzeżach złotej klatki. Musiał stosować się reguł, ale nie czuł duszącej uprzęży. Może kiedyś miał zmienić zdanie, było to wątpliwe, ale nie nieprawdopodobne.
- Uprzedzam cię. Moja krew smakuje paskudnie - zagroził podtrzymując kontakt wzrokowy. - Nie dość, że jestem niemoralny, wbrew temu co sądzisz. To palę naprawdę ohydne zioła, które psują cały aromat, jaki by tam został - nie wierzył w jej wampiryzm, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Co nie? Bawiło go insynuowanie, że mogłaby widzieć w nim nie tylko konkurencję a pokarm.
- Okay, okay. Nie stworzę nieuczciwej konkurencji. W porządku? - Zapewnił z rozbawieniem. - A te trumny masz wyściełane zielonym atłasem? - Nie wiedzieć czemu założył, że ciemnozielony był jej ulubionym kolorem i jak u małej dziewczynki, miała w pokoju tylko odcienie tego koloru.
Był w stanie sobie wyobrazić, że miała wiele różnych dziwactw, do których nikomu się nie przyznawała. Kilka plakatów magicznych boysbandów na kawałku ściany za szafą. Poduszka w kształcie smoka kupiona w tandetnym sklepie z pamiątkami, przez co ten biedak nie przypominał żadnej konkretnej rasy. Był generycznym smokiem i przez to go uwielbiała. Swoje narzędzia pracy podpisywała z przewróconym serduszkiem zamiast "a" i nigdy przenigdy nie spuszczała ich z oka ani nie pożyczała, żeby ten sekret się nie wydał. Tak je sobie wyobrażał. Wszystkie te rzeczy, które zaprzeczyłyby plotkom o byciu lodowatą księżną wampirów. Lub które (po namyśle) mogłyby zmuszać ją do wymazywania pamięci ludzi.
- Wrogowie do grobowej deski - powiedział poważnie. Takim tonem, jakby oczekiwał od niej złożenia podobnej przysięgi. - Oczywiście, mojej. Nie twojej. Osikowe kołki działają? - Wtedy mogli na to spojrzeć w innym, rozszerzonym zakresie.
- Jak ten - zmarszczył brwi - jak mu było? - Naprawdę usiłował sobie przypomnieć, aby nie popsuć tego porównania. - Fenisk? - Z jakiegoś powodu wiedział, że mogło rymować się z menisk, więc w to poszedł. - Fenisk z popiołów. Ładna wizja, bardzo dramatyczna, szczególnie dla wszystkich twoich wrogów - o ile jakichś miała, a nie wątpił, że tak było. Ludzie, którzy nie trzymali języka za zębami na ogół mieli w życiu pod górkę. Geraldine udowodniła, że była taką osobą. W nim to rozbudziło ciekawość, ale w innych?
- Waham się pomiędzy to dobrze, bo nie chcę być pyszny a okay, jesteś ładna i bystra, ale mogłabyś przestać się garbić, bo zasłaniasz niezłe cycki - powiedział prowokacyjnie, taksując ją wzrokiem człowieka, który już trochę wypił, stąd był tak bezbłędnie przezabawny. - A to już nie jest bystre, zważywszy na to, że dla tych tam nawiązujemy płomienny romans - zauważył.
"A kto jest tak naprawdę bezbronny?", żeby podsycić ich dyskusję.
Jego zdaniem nie było zbyt wiele takich osób. Chyba tylko niektóre dzieci mogły liczyć na tę ulgę. Nie wszystkie i nie zawsze. Sam dorósł do robienia głupich, czasami krzywdzących rzeczy już w bardzo młodym wieku. Jako dorosły był świadkiem niezliczonych ran zadawanych przez pozornie nieszkodliwych. Bezbronni czarodzieje wiedząc o tym, że nie mają czym się bronić ani atakować potrafili zamieniać się w dwunożne zwierzęta. Bywało, że zadawali pierwszy cios zanim doszło do otwartej konfrontacji.
Oczywiście, nie bronił degeneratów, którzy z satysfakcją gnietli małe kotki i odcinali dłonie ich właścicieli. Jedynie kwestionował, czy istniał ktokolwiek, kto nie mógł się bronić. Nie nie chciał, nie mógł. W żaden sposób. Zgadzał się z drugą częścią wypowiedzi Geraldine, ale nie z tą. Miewał trudne, wypaczone poglądy. Nie ukrywał tego aż tak, jeśli nie były ostentacyjnie kontrowersyjne, a u czystokrwistych mało co takiego było. Wyłączając miłość do mugoli, oczywiście.
- Jeśli tak to przedstawiasz - odrzekł obserwując jej mimikę. Starał się odczytać wyraz twarzy blondynki i to, co kryło się pod dzisiejszą maską założoną na okoliczność eleganckiego balu. Nie lubiła magipolicji. To już wiedział. - Niemożliwe, abyś tak bardzo nie wierzyła w system - zadziwił się z przekąsem, wkładając w to otwarty sarkazm.
Alkohol powoli rozluźniał języki i ciała. Wieczór postępował, bal rozkręcał się, ale nie było swobodnie. Jeszcze nie.
- Grupa martwych czarodziejów i czarownic? - Zasugerował bezbłędnie. - Mógłbym wymyślić coś na poczekaniu, ale historia magii to moja kolejna słaba strona - skwitował, jakby mówił jej coś w stylu: widzisz? Masz już dwie rzeczy, którymi możesz ze mną grać!
Nie był taką nogą z wiedzy o przeszłości czarodziejów jak o magicznych zwierzętach, ale z obu przespał większość wykładów w Hogwarcie. Na ONMS było trudniej, ale i tak dał radę. Z historii magii pamiętał głównie to, czego potrzebował, żeby nie być niewykształconym ignorantem. W większości to była wiedza z ostatniego stulecia.
- Większość ludzi to materialiści - to była wyłącznie realistyczna uwaga. - Sądzą, że nie mogliby żyć tak jak chcą, jeśli rodziny wykluczą ich również z fortuny? - Tak właściwie to nie było pytanie. Większość musiała się tego bać. To było bardzo proste. Biedni martwili się o przetrwanie, więc nie mieli czasu na wymarzone życie. Nie mówiąc o środkach. Wykluczeni z towarzystwa nie cieszyli się wpływami i kontaktami. To raczej proste. Brutalna prawda. Zawsze miało im czegoś brakować. Wybierali, czego. W przypadku na przykład pani Rosier to była miłość.
- Romantyczne - osądził krótko. Wyjątkowo cholernie słodkie. Małżeństwo, które coraz bardziej się nienawidzi a jednocześnie regularnie spędza razem czas w niedoli. Odnosił wrażenie, że niektórzy pomijali tę część o zdrowiu i dobrej doli. Od razu przechodzili do niedoli, nieszczęścia i licznych chorób. Genetycznych, przynajmniej w przypadku niektórych rodów mających swoje chimeryczne zasady.
Właśnie dlatego nie planował się żenić. Nie teraz ani w bliskiej przyszłości. Nie widział się idącego w ślady ojca. Nie miał głowy do przejmowania roku głowy rodziny. Prawdę mówiąc był na tyle postępowy, że znacznie bardziej widział tam Roselyn (kto wie, może mieli doczekać tych zmian). Mimo młodego wieku wykazywała większe predyspozycje ku pchaniu interesów Greengrassów ku świetlanej przyszłości. On czuł się okay z byciem w cieniu. Miał królestwo w Mungu, kręcił interesy z różnymi czarodziejami. Nie ciągnęło go do aranżowanych układów i korzystnych związków. Tym samym wybierał życie na obrzeżach złotej klatki. Musiał stosować się reguł, ale nie czuł duszącej uprzęży. Może kiedyś miał zmienić zdanie, było to wątpliwe, ale nie nieprawdopodobne.
- Uprzedzam cię. Moja krew smakuje paskudnie - zagroził podtrzymując kontakt wzrokowy. - Nie dość, że jestem niemoralny, wbrew temu co sądzisz. To palę naprawdę ohydne zioła, które psują cały aromat, jaki by tam został - nie wierzył w jej wampiryzm, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Co nie? Bawiło go insynuowanie, że mogłaby widzieć w nim nie tylko konkurencję a pokarm.
- Okay, okay. Nie stworzę nieuczciwej konkurencji. W porządku? - Zapewnił z rozbawieniem. - A te trumny masz wyściełane zielonym atłasem? - Nie wiedzieć czemu założył, że ciemnozielony był jej ulubionym kolorem i jak u małej dziewczynki, miała w pokoju tylko odcienie tego koloru.
Był w stanie sobie wyobrazić, że miała wiele różnych dziwactw, do których nikomu się nie przyznawała. Kilka plakatów magicznych boysbandów na kawałku ściany za szafą. Poduszka w kształcie smoka kupiona w tandetnym sklepie z pamiątkami, przez co ten biedak nie przypominał żadnej konkretnej rasy. Był generycznym smokiem i przez to go uwielbiała. Swoje narzędzia pracy podpisywała z przewróconym serduszkiem zamiast "a" i nigdy przenigdy nie spuszczała ich z oka ani nie pożyczała, żeby ten sekret się nie wydał. Tak je sobie wyobrażał. Wszystkie te rzeczy, które zaprzeczyłyby plotkom o byciu lodowatą księżną wampirów. Lub które (po namyśle) mogłyby zmuszać ją do wymazywania pamięci ludzi.
- Wrogowie do grobowej deski - powiedział poważnie. Takim tonem, jakby oczekiwał od niej złożenia podobnej przysięgi. - Oczywiście, mojej. Nie twojej. Osikowe kołki działają? - Wtedy mogli na to spojrzeć w innym, rozszerzonym zakresie.
- Jak ten - zmarszczył brwi - jak mu było? - Naprawdę usiłował sobie przypomnieć, aby nie popsuć tego porównania. - Fenisk? - Z jakiegoś powodu wiedział, że mogło rymować się z menisk, więc w to poszedł. - Fenisk z popiołów. Ładna wizja, bardzo dramatyczna, szczególnie dla wszystkich twoich wrogów - o ile jakichś miała, a nie wątpił, że tak było. Ludzie, którzy nie trzymali języka za zębami na ogół mieli w życiu pod górkę. Geraldine udowodniła, że była taką osobą. W nim to rozbudziło ciekawość, ale w innych?
- Waham się pomiędzy to dobrze, bo nie chcę być pyszny a okay, jesteś ładna i bystra, ale mogłabyś przestać się garbić, bo zasłaniasz niezłe cycki - powiedział prowokacyjnie, taksując ją wzrokiem człowieka, który już trochę wypił, stąd był tak bezbłędnie przezabawny. - A to już nie jest bystre, zważywszy na to, że dla tych tam nawiązujemy płomienny romans - zauważył.