15.01.2023, 14:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2023, 10:38 przez Sauriel Rookwood.)
Heurystyka reprezentatywności opisała to spotkanie. Trudne słowo, co? A nawet - dwa słowa. Można by je było ukrócić do bardziej zrozumiałej formy: błędu poznawczego. Paradoks pierwszych spotkań polegał na tym, że dopasowujemy ludzi na podstawie ich aparycji, sposobu mówienia czy nawet tego, w jaki sposób stał do znanych nam form. Jakbyśmy byli fabryką, która ma gotowe odlewy i każdego próbowali wpasować w jeden z nich. Udawało się to. Zazwyczaj się to udawało i dopiero z biegiem czasu odkrywaliśmy, że nie no, to nie to - jakieś pokraczne, nie taka to bryła, trzy ręce zamiast dwóch, nos długi a miał być krótki. Na początku jednak to ma sens. Tymczasem z drugiej strony ktoś widział siebie samego zupełnie inaczej. I zapewne właśnie inny był, za to nie na darmo się mówiło, że jak cię widzą, tak cię piszą. W zależności od zamierzonego celu mogliśmy swoim oglądem osiągnąć różne cele. Co chciał swoją postawą osiągnąć pan Mulciber? Bo jeśli było to wzbudzenie szacunku, strachu, to robił to dobrze. Wynikało to [względem Sauriela] z kilku prostych składni, jaką było to, że Robert Mulciber nie był pierwszym lepszym Śmierciożercą, jak zostało powiedziane z paroma elementami jego charakteru, które do tej pory zostały przez Rookwooda poznane. Koroną, czy też wisienką na torcie, była jego postura i wygląd. Przypominała mu ojca. A tam, gdzie cokolwiek przypominało mu ojca, była już wystarczająco duża pula strachu, żeby Sauriel chodził jak ten wspomniany szwajcarski zegarek.
Czyli dokładnie tak, jak od niego oczekiwano.
Uzyskana odpowiedź mu w pełni wystarczyła, bo tak - logicznie nasuwało się, że w takim wypadku chodzi o psychologiczną zagrywkę. Sauriel zdawał sobie sprawę z tego, jak działał na większość ludzi - że naprawdę wystarczyło, żeby był. Nawet był trochę ciekaw, gdzie dokładnie się udadzą i kogo odwiedzą w bardzo, hmm, nieoficjalnej wizycie, skoro obędzie się bez przebieranek, masek i innych tych pierdu pierdu.
Dom wiele mówił o człowieku. Jeśli więc mowa o wrażeniach poznawczych, to te kładące się na ścianach długie cienie, pustka i cisza mówiły same za siebie... na przykład o tym, że żona mogła być na zakupach, a dziecko - w Hogwarcie. Na przykład. Albo o tym, że był to kolejny przykład smutnego, zatrutego niepoprawnymi ideami czystokrwistego. Sauriel to odnotował, ale nie zrobiło to na nim wrażenia - ta pustka. Dokładnie taką samą pamiętał i wyciągał z własnego domu. Odgłos kroków i krzątaniny był bardziej przerażający od milczącego zastoju. Gdyby miał wybierać - poszedłby drogą Roberta. Lub nie, wróć - gdyby MÓGŁ wybierać. Bo na razie jego wybory były raczej ograniczone.
Pojawił się zaraz po Robercie w rzeczonym miejscu i tylko przez moment powiódł spojrzeniem po otoczeniu - kolejne miejsce do wyceny, ale już nie pod względem zamieszkalności. Raczej pod względem tego, gdzie się znajdują, ile jest tu przestrzeni i czy w razie przepychanki przyjdzie sobie łokcie smarować o ścianę. Koniec końców i tak wszystko można zrzucić na karby ciekawości. Nieznajomego obdarzył przeciągłym spojrzeniem, ale nie odezwał się ani słowem na powitanie, ani na pożegnanie, kiedy Robert ruszył - a on za nim. Niech gadają mądrzejsi od niego.
Ruszyli w prawo korytarzem, który zakończony był tylko jedną parą drzwi - ze wszystkich pozostałych, które rozbiegały się w innych kierunkach. Te jedne zostały wskazane. Nic ich nie wyróżniało, jeśli w ogóle było to oczekiwane. Takie same jak inne, które zobaczyć można było wcześniej, przeciętne, żadnych łańcuchów, kłódek. Zabezpieczeń na pierwszy rzut oka. Ale wystarczyło dotknąć klamki, złapać za nią i pchnąć. Powietrze zdawało się delikatnie zafalować, jak po kaczce puszczonej przez taflę jeziora. Nic nie przeszkodziło jednak temu, żeby drzwi zostały otworzone, a oni weszli do środka. Sauriel je za nimi zamknął, spoglądając jeszcze dłuższy moment na wystraszonego - i zaszczutego - osobnika. Tylko przez moment.
Pomieszczenie, do którego weszli, było ewidentnie pomieszczeniem gospodarczym dla knajpy. Z naciskiem na "był". Zostało tu wszystko uprzatnięte, a przede wszystkim maksymalnie poodsuwane do ścian. Takim sposobem - środek był pusty. I było na nim całkiem dużo przestrzeni. Wizerunku tego, że nie będzie przyjemnie uzupełniał fakt, że właściciel bardzo zapobiegawczo pokrył podłogę rozłożonymi kartonami. Kamienną, szorstką - na pewno kiepsko by się z niej zmywało... krew. I zbierało ewentualne zęby. GDYBY, rzecz jasna, te wypadły. Bo przecież Sauriel nigdy by tak nie zrobił.
Przyglądanie się otoczeniu jednak miało ograniczone możliwości z bardzo prostego powodu - jakkolwiek więzień ewidentnie był spętany, być może nawet unieruchomiony zaklęciem czy eliksirem, tak krzesło, na którym był wcześniej posadzony, huknęło przed progiem. W miejscu, w którym przed chwilą stał Robert. Przed chwilą, bo Sauriel odepchnął go na bok. Mebel trzasnął, drewno zaskrzypiało. Wytrzymało. I chociaż czarnowłosy miał stać i po prostu dobrze wyglądać, to rzecz potoczyła się bardzo szybko. Nie było w tym chaosu i niezrozumiałej plątaniny ciał, za to jak na tendencje czarodziejów - było zadziwiająco... pierwotnie. Mężczyzna uniósł swoją broń - nie miał różdżki, a ponoć potrzeba matką wynalazków. A Sauriel, zamiast sięgnąć po swoją, wyszedł dwa kroki do przodu i kopnął w prowizoryczną broń jegomościa, posyłając go w tył. Ten odzyskał równowagę, krzesło poleciało, rzucone teraz w Sauriela i z pięściami skoczył do przodu. Osłabiony walką z więzami i wcześniejszym eliksirem dla czarnych oczu poruszał się wręcz ślamazarnie. Krok w bok wystarczył, żeby krzesło upadło na ziemię i przejechało w kierunku otworzonych drzwi, potem złapał mężczyznę i podciął mu nogę, wywalając go na ten przysłowiowy głupi ryj. I dla pewności - usiadł mu na plecach, łapiąc jego rączki i dociskając go do ziemi.
- No nie wierzgaj tyle, gościu... - Mruknął.
Szybki oddech mężczyzny wskazywał albo na gniew, albo na strach. Ewentualnie - oba.
Czyli dokładnie tak, jak od niego oczekiwano.
Uzyskana odpowiedź mu w pełni wystarczyła, bo tak - logicznie nasuwało się, że w takim wypadku chodzi o psychologiczną zagrywkę. Sauriel zdawał sobie sprawę z tego, jak działał na większość ludzi - że naprawdę wystarczyło, żeby był. Nawet był trochę ciekaw, gdzie dokładnie się udadzą i kogo odwiedzą w bardzo, hmm, nieoficjalnej wizycie, skoro obędzie się bez przebieranek, masek i innych tych pierdu pierdu.
Dom wiele mówił o człowieku. Jeśli więc mowa o wrażeniach poznawczych, to te kładące się na ścianach długie cienie, pustka i cisza mówiły same za siebie... na przykład o tym, że żona mogła być na zakupach, a dziecko - w Hogwarcie. Na przykład. Albo o tym, że był to kolejny przykład smutnego, zatrutego niepoprawnymi ideami czystokrwistego. Sauriel to odnotował, ale nie zrobiło to na nim wrażenia - ta pustka. Dokładnie taką samą pamiętał i wyciągał z własnego domu. Odgłos kroków i krzątaniny był bardziej przerażający od milczącego zastoju. Gdyby miał wybierać - poszedłby drogą Roberta. Lub nie, wróć - gdyby MÓGŁ wybierać. Bo na razie jego wybory były raczej ograniczone.
Pojawił się zaraz po Robercie w rzeczonym miejscu i tylko przez moment powiódł spojrzeniem po otoczeniu - kolejne miejsce do wyceny, ale już nie pod względem zamieszkalności. Raczej pod względem tego, gdzie się znajdują, ile jest tu przestrzeni i czy w razie przepychanki przyjdzie sobie łokcie smarować o ścianę. Koniec końców i tak wszystko można zrzucić na karby ciekawości. Nieznajomego obdarzył przeciągłym spojrzeniem, ale nie odezwał się ani słowem na powitanie, ani na pożegnanie, kiedy Robert ruszył - a on za nim. Niech gadają mądrzejsi od niego.
Ruszyli w prawo korytarzem, który zakończony był tylko jedną parą drzwi - ze wszystkich pozostałych, które rozbiegały się w innych kierunkach. Te jedne zostały wskazane. Nic ich nie wyróżniało, jeśli w ogóle było to oczekiwane. Takie same jak inne, które zobaczyć można było wcześniej, przeciętne, żadnych łańcuchów, kłódek. Zabezpieczeń na pierwszy rzut oka. Ale wystarczyło dotknąć klamki, złapać za nią i pchnąć. Powietrze zdawało się delikatnie zafalować, jak po kaczce puszczonej przez taflę jeziora. Nic nie przeszkodziło jednak temu, żeby drzwi zostały otworzone, a oni weszli do środka. Sauriel je za nimi zamknął, spoglądając jeszcze dłuższy moment na wystraszonego - i zaszczutego - osobnika. Tylko przez moment.
Pomieszczenie, do którego weszli, było ewidentnie pomieszczeniem gospodarczym dla knajpy. Z naciskiem na "był". Zostało tu wszystko uprzatnięte, a przede wszystkim maksymalnie poodsuwane do ścian. Takim sposobem - środek był pusty. I było na nim całkiem dużo przestrzeni. Wizerunku tego, że nie będzie przyjemnie uzupełniał fakt, że właściciel bardzo zapobiegawczo pokrył podłogę rozłożonymi kartonami. Kamienną, szorstką - na pewno kiepsko by się z niej zmywało... krew. I zbierało ewentualne zęby. GDYBY, rzecz jasna, te wypadły. Bo przecież Sauriel nigdy by tak nie zrobił.
Przyglądanie się otoczeniu jednak miało ograniczone możliwości z bardzo prostego powodu - jakkolwiek więzień ewidentnie był spętany, być może nawet unieruchomiony zaklęciem czy eliksirem, tak krzesło, na którym był wcześniej posadzony, huknęło przed progiem. W miejscu, w którym przed chwilą stał Robert. Przed chwilą, bo Sauriel odepchnął go na bok. Mebel trzasnął, drewno zaskrzypiało. Wytrzymało. I chociaż czarnowłosy miał stać i po prostu dobrze wyglądać, to rzecz potoczyła się bardzo szybko. Nie było w tym chaosu i niezrozumiałej plątaniny ciał, za to jak na tendencje czarodziejów - było zadziwiająco... pierwotnie. Mężczyzna uniósł swoją broń - nie miał różdżki, a ponoć potrzeba matką wynalazków. A Sauriel, zamiast sięgnąć po swoją, wyszedł dwa kroki do przodu i kopnął w prowizoryczną broń jegomościa, posyłając go w tył. Ten odzyskał równowagę, krzesło poleciało, rzucone teraz w Sauriela i z pięściami skoczył do przodu. Osłabiony walką z więzami i wcześniejszym eliksirem dla czarnych oczu poruszał się wręcz ślamazarnie. Krok w bok wystarczył, żeby krzesło upadło na ziemię i przejechało w kierunku otworzonych drzwi, potem złapał mężczyznę i podciął mu nogę, wywalając go na ten przysłowiowy głupi ryj. I dla pewności - usiadł mu na plecach, łapiąc jego rączki i dociskając go do ziemi.
- No nie wierzgaj tyle, gościu... - Mruknął.
Szybki oddech mężczyzny wskazywał albo na gniew, albo na strach. Ewentualnie - oba.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.