05.09.2024, 19:57 ✶
- Niepokoi cię, co będzie, jeśli zrobisz to raz za dużo? - Uniósł brew, drapiąc się po brodzie. Tym razem specjalnie elegancko przystrzyżonej na okoliczność eleganckiego wydarzenia. - Za bardzo przywyknę, że zawsze mam rację. Co zrobisz w takim wypadku? - Miał ciekawską naturę.
Zazwyczaj dobrze rozgryzał charakter innych ludzi. Uważał się za spostrzegawczego i uważnego, tym bardziej, że w pracy zadawał wiele pytań. Musiał być dociekliwy dla dobra pacjentów a oni nie zawsze mówili prawdę podczas wywiadów z personelem pomocniczym. Często próbowali oszukać lekarzy, ale wykładali się na drobnych pomyłkach w historii. Jaka była ta Geraldine?
- Musiałabyś zamieszkać w głuszy. Setki mil od cywilizacji - zawyrokował ponuro. - Wciąż nie miałabyś pewności, że będziesz tam całkiem sama. To tyle w temacie całkowitej niezależności - wzruszył ramionami, dając jej obraz nie tego, o czym mówiła, ale czegoś, co dla niego byłoby niezależnością. W każdym innym wypadku kręcili się wokół definicji wolności. - Wyobrażasz ich sobie w głuszy, polujących i zbierających korzonki? - Luźno wskazał na wystrojonych uczestników balu. Tego dnia byli bardziej...
...wystrojeni.
...wyperfumowani (część na brudne ciało, nie dało się ukryć).
...sztywni i oficjalni.
...pozbawieni kręgosłupa moralnego, wymieniając uprzejmości z rywalami i wrogami.
...i do przesady.
- Na pewno jej pragną, ale zawsze będą elitą. To ich definiuje od urodzenia do śmierci - wzruszył ramionami. Tu się prawdopodobnie znów zgadzali. Nie było inaczej. - Jedyny wybór to ten, czy mają na tym korzystać czy to ma im przeszkadzać, bo zachciało im się wątpliwej jakości niezależności - Ambroise miał na to bardzo sztywne poglądy.
Twierdził, że nie było zbytnio innej możliwości poza tymi dwiema. Nawet po wydziedziczeniu byli zależni od opinii na ten temat i tego, co mówiła ich rodzina. W gruncie rzeczy całe życie było jedną wielką zależnością. Tylko z ruchomymi granicami. Aczkolwiek im bardziej o tym myślał, tym bardziej nachodziła go koncepcja, że może to na tym polegała niepisana zasada bycia niezależnym w ich środowisku. Na wyczuciu i świadomym przesuwaniu granicy. Powoli ku celowi, nic na szybko. Niecierpliwość była zwodnicza. Tak samo jak niemal wszystkie gwałtowne uczucia.
- Nihilizm w najczystszej postaci? Nieszczęśliwa miłość? - Uniósł brew. Powstrzymał głębokie parsknięcie, które niemalże wydostało się mu z ust, gdy Geraldine powiedziała to co powiedziała. Był zaskoczony. Nie spodziewał się, że kobieta w jej wieku (nadal nie do końca wiedział jakim) będzie mieć tak realistyczne poglądy. Może nawet pesymistyczne? Pełne rozgoryczenia, które chciałby zrozumieć, gdyby tylko lepiej się znali. Im dłużej z nią rozmawiał, tym bardziej złożona się okazywała.
- Śmiały strzał. Nietrafiony? - Spytał, nie wydając się specjalnie niezadowolony. Jeśli nie miał racji i Geraldine wykazywała niezdrowe nawyki, tym ciekawsze mogły być ich rozmowy w przyszłości. Już teraz zachowywali się jak starzy znajomi znad kieliszka a butelka opróżniała się w regularnym tempie. Alkohol wyraźnie łączył ludzi ich typu. Otwierał umysły, rozwiązywał języki.
- Jestem przydupasem wilkołaków - prychnął na swoją obronę. - Spytaj mnie o różnice w smaku waleriany i kocimiętki, nie o nuty smakowe krwi.
Skoro już konwersowali w zgodzie z plotkami na ich temat, mogła przynajmniej dać mu fory i nie wymagać od niego wiedzy na temat krwiożerczych bestii. Ustalili, że miał w tym temacie stanowczo zbyt duże braki, żeby nadrobić je w jednej lub dwóch rozmowach. Jeśli chciała go czegoś nauczyć, musiała się bardziej postarać.
- No tak, łowna wampirzyca - skwitował, bezczelnie nazywając ją określeniem zarezerwowanym dla zwierząt domowych.
Na przykład kotów. Koty były łowne, Geraldine najwyraźniej też była łowna. Powoli gubił się w określeniach, jakie powinien stosować wobec niej. Była smokiem (jednym z dwóch specyficznych gatunków, których już nie pamiętał), wampirem, łowcą, a teraz kotowatym. Im bardziej ją poznawał, tym bardziej interesowała go złożoność jej charakteru. Nie poznał wielu czystokrwistych panien, których ulubionym zajęciem nie był haft.
- Nie zapominaj, że jestem przydupasem wilkołaków. My umiemy się kryć - poruszył brwiami, robiąc zadowoloną minę. - Szczególnie w mrokach jasnej nocy - stwierdził, bo to brzmiało bardzo poetycko. Podobało mu się brzmienie tych słów. Był całkiem zadowolony z tego jak wypadło.
- Nie dowiesz się, czy to zadziałało - kontynuował poważnie, cały czas patrząc w oczy Geraldine - dopóki z nim nie przyjdę. Moją bronią będzie... lub nie będzie... element zaskoczenia - poruszył brwiami, nachylając się po szklaneczkę i opróżniając ją solidnym łykiem.
Tak naprawdę nie widział się w roli łowcy. Ani ofiary, szczerze mówiąc. Był całkiem zachowawczym człowiekiem. Nawet we wszystkich głupich i nielegalnych rzeczach, jakie robił. Nie pchał się w problemy tam, gdzie umiał je wyczuć. Jeśli potrzebował zejść z obranej ścieżki, nadrabiał kilka mil, żeby nie ryzykować bez potrzeby. W kłopoty plątał się (w miarę możliwości) na swoich własnych zasadach. Tak się składało, że wszystko, o czym rozmawiali było z tym zgodne. Świadomie plątał się w te wszystkie wymiany zdań i spostrzeżeń. Im więcej pili, prowadząc coraz bardziej zawiłe dyskusje, tym bardziej kolorowy robił się ten wieczór.
- Próbujesz mi mydlić oczy czy uważasz, że bywam przydatny? - spytał z rozbawieniem, rozlewając im kolejną kolejkę. Jeszcze kilka i butelka miała być pusta.
- Kto wie - wzruszył ramionami - może dzięki tobie uda mi się rozpoznać mamrotka, kiedy go zobaczę - niczego nie wykluczał, jeśli chodziło o ich znajomość. W przypadku rzeczywistej nauki nazewnictwa i wyglądów magicznych zwierząt, nie był już tego taki pewien. Nie zastanawiał się również nad tym, czy nawet teraz nie popełnia maluteńkich błędów. Czy fenisk nie powinien być feniksem a mamrotek memortkiem. Dla niego nie było żadnej różnicy.
Jednakże jeśli Geraldine uważała się za tę odpowiednią osobę, dzięki której mógł zauważać swoje przejęzyczenia i nie wychodzić na ignoranta, na ten moment był skłonny zaakceptować to i przyjemnie spędzić czas w towarzystwie damy.
- Starsze panie mają do mnie słabość - zapewnił susząc zęby w uśmiechu. - Ciebie za to nie lubią. Wszystkie stawiają na ciebie, krwiopijczą wampirzycę, a jest ich więcej niż starszych panów, którzy uważają, że to ja cię wykorzystam. Mogę to zagwarantować. Żadna stara zawistna baba nie jest tak stara i zawistna jak stara zawistna baba - to miało sens.
Faceci mu kibicowali. Niektórzy pewnie zazdrościli. Inni byli zawistni. Rozmawiał z ładną, elegancką panną, która raczej nie obdarzała każdego swą uwagą.
Ponadto z daleka musieli wyglądać na bardzo spoufalonych. Czuł się w obowiązku jeszcze bardziej utwierdzić ich w tym przekonaniu, z zadowoleniem przyjmując, że Geraldine nie odmówiła tym planom. Równie dobrze mogli pokazać tym wszystkim ludziom, jak to się robiło. Eleganckim ruchem poprowadził ją w lukę na parkiecie.
Zazwyczaj dobrze rozgryzał charakter innych ludzi. Uważał się za spostrzegawczego i uważnego, tym bardziej, że w pracy zadawał wiele pytań. Musiał być dociekliwy dla dobra pacjentów a oni nie zawsze mówili prawdę podczas wywiadów z personelem pomocniczym. Często próbowali oszukać lekarzy, ale wykładali się na drobnych pomyłkach w historii. Jaka była ta Geraldine?
- Musiałabyś zamieszkać w głuszy. Setki mil od cywilizacji - zawyrokował ponuro. - Wciąż nie miałabyś pewności, że będziesz tam całkiem sama. To tyle w temacie całkowitej niezależności - wzruszył ramionami, dając jej obraz nie tego, o czym mówiła, ale czegoś, co dla niego byłoby niezależnością. W każdym innym wypadku kręcili się wokół definicji wolności. - Wyobrażasz ich sobie w głuszy, polujących i zbierających korzonki? - Luźno wskazał na wystrojonych uczestników balu. Tego dnia byli bardziej...
...wystrojeni.
...wyperfumowani (część na brudne ciało, nie dało się ukryć).
...sztywni i oficjalni.
...pozbawieni kręgosłupa moralnego, wymieniając uprzejmości z rywalami i wrogami.
...i do przesady.
- Na pewno jej pragną, ale zawsze będą elitą. To ich definiuje od urodzenia do śmierci - wzruszył ramionami. Tu się prawdopodobnie znów zgadzali. Nie było inaczej. - Jedyny wybór to ten, czy mają na tym korzystać czy to ma im przeszkadzać, bo zachciało im się wątpliwej jakości niezależności - Ambroise miał na to bardzo sztywne poglądy.
Twierdził, że nie było zbytnio innej możliwości poza tymi dwiema. Nawet po wydziedziczeniu byli zależni od opinii na ten temat i tego, co mówiła ich rodzina. W gruncie rzeczy całe życie było jedną wielką zależnością. Tylko z ruchomymi granicami. Aczkolwiek im bardziej o tym myślał, tym bardziej nachodziła go koncepcja, że może to na tym polegała niepisana zasada bycia niezależnym w ich środowisku. Na wyczuciu i świadomym przesuwaniu granicy. Powoli ku celowi, nic na szybko. Niecierpliwość była zwodnicza. Tak samo jak niemal wszystkie gwałtowne uczucia.
- Nihilizm w najczystszej postaci? Nieszczęśliwa miłość? - Uniósł brew. Powstrzymał głębokie parsknięcie, które niemalże wydostało się mu z ust, gdy Geraldine powiedziała to co powiedziała. Był zaskoczony. Nie spodziewał się, że kobieta w jej wieku (nadal nie do końca wiedział jakim) będzie mieć tak realistyczne poglądy. Może nawet pesymistyczne? Pełne rozgoryczenia, które chciałby zrozumieć, gdyby tylko lepiej się znali. Im dłużej z nią rozmawiał, tym bardziej złożona się okazywała.
- Śmiały strzał. Nietrafiony? - Spytał, nie wydając się specjalnie niezadowolony. Jeśli nie miał racji i Geraldine wykazywała niezdrowe nawyki, tym ciekawsze mogły być ich rozmowy w przyszłości. Już teraz zachowywali się jak starzy znajomi znad kieliszka a butelka opróżniała się w regularnym tempie. Alkohol wyraźnie łączył ludzi ich typu. Otwierał umysły, rozwiązywał języki.
- Jestem przydupasem wilkołaków - prychnął na swoją obronę. - Spytaj mnie o różnice w smaku waleriany i kocimiętki, nie o nuty smakowe krwi.
Skoro już konwersowali w zgodzie z plotkami na ich temat, mogła przynajmniej dać mu fory i nie wymagać od niego wiedzy na temat krwiożerczych bestii. Ustalili, że miał w tym temacie stanowczo zbyt duże braki, żeby nadrobić je w jednej lub dwóch rozmowach. Jeśli chciała go czegoś nauczyć, musiała się bardziej postarać.
- No tak, łowna wampirzyca - skwitował, bezczelnie nazywając ją określeniem zarezerwowanym dla zwierząt domowych.
Na przykład kotów. Koty były łowne, Geraldine najwyraźniej też była łowna. Powoli gubił się w określeniach, jakie powinien stosować wobec niej. Była smokiem (jednym z dwóch specyficznych gatunków, których już nie pamiętał), wampirem, łowcą, a teraz kotowatym. Im bardziej ją poznawał, tym bardziej interesowała go złożoność jej charakteru. Nie poznał wielu czystokrwistych panien, których ulubionym zajęciem nie był haft.
- Nie zapominaj, że jestem przydupasem wilkołaków. My umiemy się kryć - poruszył brwiami, robiąc zadowoloną minę. - Szczególnie w mrokach jasnej nocy - stwierdził, bo to brzmiało bardzo poetycko. Podobało mu się brzmienie tych słów. Był całkiem zadowolony z tego jak wypadło.
- Nie dowiesz się, czy to zadziałało - kontynuował poważnie, cały czas patrząc w oczy Geraldine - dopóki z nim nie przyjdę. Moją bronią będzie... lub nie będzie... element zaskoczenia - poruszył brwiami, nachylając się po szklaneczkę i opróżniając ją solidnym łykiem.
Tak naprawdę nie widział się w roli łowcy. Ani ofiary, szczerze mówiąc. Był całkiem zachowawczym człowiekiem. Nawet we wszystkich głupich i nielegalnych rzeczach, jakie robił. Nie pchał się w problemy tam, gdzie umiał je wyczuć. Jeśli potrzebował zejść z obranej ścieżki, nadrabiał kilka mil, żeby nie ryzykować bez potrzeby. W kłopoty plątał się (w miarę możliwości) na swoich własnych zasadach. Tak się składało, że wszystko, o czym rozmawiali było z tym zgodne. Świadomie plątał się w te wszystkie wymiany zdań i spostrzeżeń. Im więcej pili, prowadząc coraz bardziej zawiłe dyskusje, tym bardziej kolorowy robił się ten wieczór.
- Próbujesz mi mydlić oczy czy uważasz, że bywam przydatny? - spytał z rozbawieniem, rozlewając im kolejną kolejkę. Jeszcze kilka i butelka miała być pusta.
- Kto wie - wzruszył ramionami - może dzięki tobie uda mi się rozpoznać mamrotka, kiedy go zobaczę - niczego nie wykluczał, jeśli chodziło o ich znajomość. W przypadku rzeczywistej nauki nazewnictwa i wyglądów magicznych zwierząt, nie był już tego taki pewien. Nie zastanawiał się również nad tym, czy nawet teraz nie popełnia maluteńkich błędów. Czy fenisk nie powinien być feniksem a mamrotek memortkiem. Dla niego nie było żadnej różnicy.
Jednakże jeśli Geraldine uważała się za tę odpowiednią osobę, dzięki której mógł zauważać swoje przejęzyczenia i nie wychodzić na ignoranta, na ten moment był skłonny zaakceptować to i przyjemnie spędzić czas w towarzystwie damy.
- Starsze panie mają do mnie słabość - zapewnił susząc zęby w uśmiechu. - Ciebie za to nie lubią. Wszystkie stawiają na ciebie, krwiopijczą wampirzycę, a jest ich więcej niż starszych panów, którzy uważają, że to ja cię wykorzystam. Mogę to zagwarantować. Żadna stara zawistna baba nie jest tak stara i zawistna jak stara zawistna baba - to miało sens.
Faceci mu kibicowali. Niektórzy pewnie zazdrościli. Inni byli zawistni. Rozmawiał z ładną, elegancką panną, która raczej nie obdarzała każdego swą uwagą.
Ponadto z daleka musieli wyglądać na bardzo spoufalonych. Czuł się w obowiązku jeszcze bardziej utwierdzić ich w tym przekonaniu, z zadowoleniem przyjmując, że Geraldine nie odmówiła tym planom. Równie dobrze mogli pokazać tym wszystkim ludziom, jak to się robiło. Eleganckim ruchem poprowadził ją w lukę na parkiecie.