05.09.2024, 22:40 ✶
Woody nic sobie nie robił z postękiwań niezadowolonego Selwyna, ponieważ zajęty był pilnowaniem, aby nie oberwać ani nie pozwolić przeciwnikom za mocno się zbliżyć. Sądził, że uda im się podnieść powóz szybciej, lecz wystąpiły komplikacje. Gdy usłyszał, jak karoca trzeszczy, zaklął pod nosem, ale nie miał możliwości dołączyć do Jonathana w próbach odczarowania jej. Mógł jedynie kibicować mu w duchu i mamrotanych pomiędzy zaklęciami ciepłych słowach dopingu (pospiesz się no, wypacykowany skurczybyku).
Szczęśliwie dla nich, starania mniej stylowego z Zakonników próbującego uspokoić rozchwiany pojazd przyniosły finalnie skutek. Karoca osiadła na powrót w śniegu. Bob nie marnował ani chwili więcej, trzasnął lejcami, a konie ruszyły, nabierając powoli rozpędu.
Woody obrócił wówczas głowę ku toczącej się wciąż jeszcze przy ziemi karocy, po czym zebrał się na ostatni — jak miał nadzieję — wysiłek i cisnął w zakapturzoną dwójkę mocniejszym zaklęciem. Kilkoma długimi susami doskoczył wozu, chwycił się barierki przy ławeczce i patrzył zachwycony, jak wznoszą się w niebo.
— Yeehaw! — zakrzyknął dziko, unosząc triumfalnie różdżkę nad głową. Gdyby miał kapelusz, zamachałby nim w powietrzu jak prawdziwy kowboj. Choćby tylko po to, żeby wkurwić Jonathana Selwyna, który miał to szczęście, że nawet gdyby próbował komentować jego ubiór, przez zawieruchę prawdopodobnie nie byłoby nic słychać.
Próżno było jednak liczyć, że rozwścieczeni przeciwnicy puszczą ich tak łatwo. Po chwili nad ramieniem Tarpa śmignęło zaklęcie, które trzasnęło w drzwi bagażnika, osmalając je solidnie. Kolejne już leciały w ich stronę, na co zakonnik odpowiedział tarczą, lecz…
Nagle coś głucho łupnęło za jego plecami. Natychmiast odwrócił się, aby zobaczyć łopoczącą na budzie karocy czarną opończę. Jeden z przeciwników teleportował się na dach i przywarł do niego płasko, jedną rękę kurczowo zacisnął na krawędzi dachu, drugą dzierżył różdżkę wyciągniętą ku Jonathanowi.
— Nie myśl o tyłach, zajmij się ochroną środka — zakrzyknął Woody do swojego towarzysza w nawiązaniu do jego wcześniejszych utyskiwań.
Ponownie musiał mu zaufać, pilnując niezmiennie tych zasranych tyłów przed pozostałym przy ziemi Śmierciożercą. Liczył, że zrzucenie czarnoksiężnika z karocy nie będzie trudne. Dach był mokry i śliski od rozpuszczonego śniegu, pędzili przez nocne niebo, a śnieg smagał ich twarze: to nie były warunki sprzyjające rodeo na szczycie mknącego w przestworzach wozu.
Szczęśliwie dla nich, starania mniej stylowego z Zakonników próbującego uspokoić rozchwiany pojazd przyniosły finalnie skutek. Karoca osiadła na powrót w śniegu. Bob nie marnował ani chwili więcej, trzasnął lejcami, a konie ruszyły, nabierając powoli rozpędu.
Woody obrócił wówczas głowę ku toczącej się wciąż jeszcze przy ziemi karocy, po czym zebrał się na ostatni — jak miał nadzieję — wysiłek i cisnął w zakapturzoną dwójkę mocniejszym zaklęciem. Kilkoma długimi susami doskoczył wozu, chwycił się barierki przy ławeczce i patrzył zachwycony, jak wznoszą się w niebo.
— Yeehaw! — zakrzyknął dziko, unosząc triumfalnie różdżkę nad głową. Gdyby miał kapelusz, zamachałby nim w powietrzu jak prawdziwy kowboj. Choćby tylko po to, żeby wkurwić Jonathana Selwyna, który miał to szczęście, że nawet gdyby próbował komentować jego ubiór, przez zawieruchę prawdopodobnie nie byłoby nic słychać.
Próżno było jednak liczyć, że rozwścieczeni przeciwnicy puszczą ich tak łatwo. Po chwili nad ramieniem Tarpa śmignęło zaklęcie, które trzasnęło w drzwi bagażnika, osmalając je solidnie. Kolejne już leciały w ich stronę, na co zakonnik odpowiedział tarczą, lecz…
Nagle coś głucho łupnęło za jego plecami. Natychmiast odwrócił się, aby zobaczyć łopoczącą na budzie karocy czarną opończę. Jeden z przeciwników teleportował się na dach i przywarł do niego płasko, jedną rękę kurczowo zacisnął na krawędzi dachu, drugą dzierżył różdżkę wyciągniętą ku Jonathanowi.
— Nie myśl o tyłach, zajmij się ochroną środka — zakrzyknął Woody do swojego towarzysza w nawiązaniu do jego wcześniejszych utyskiwań.
Ponownie musiał mu zaufać, pilnując niezmiennie tych zasranych tyłów przed pozostałym przy ziemi Śmierciożercą. Liczył, że zrzucenie czarnoksiężnika z karocy nie będzie trudne. Dach był mokry i śliski od rozpuszczonego śniegu, pędzili przez nocne niebo, a śnieg smagał ich twarze: to nie były warunki sprzyjające rodeo na szczycie mknącego w przestworzach wozu.
piw0 to moje paliwo