Muzyka dokończona nie została. Przerwana, Sauriel nie pozwolił jej wysieć w powietrzu - jego wyprostowane palce spoczęły na strunach, by zatrzymać ich drżenie. A czarne oczy spoczęły na obcym, który wtargnął na jego teren. Widział go gdzieś kiedyś? Może widział. Może nawet poznał. Twarz jak każda inna, zlewała się w monopolu mody tych z wyższych sfer, jak to siebie samych lubili nazywać. Jeszcze brakowało zadartego nosa, ale zadarte spojrzenie wpasowywało się w to idealne. Już Anthony, który tutaj tkwił, był w tym lepszy. W zasadzie to Antek wyglądał jak szczeniaczek, którego nic tylko pacać po główce, żeby nie poddawał się w swoich wysiłkach i próbował dalej. Za takie przyjemności chyba musiałby dostać dodatkową opłatę i - o zgrozo - na pewno by jej nie poskąpiono, a on wtedy musiałby się wywiązywać z dodatkowych kruczków umowy, która nigdy nie została spisana.
- Już mi przerwałeś, więc SOBIE nie przerwę. - SOBIE nie przerywać. Sobie niczego nie przerywał. Co najwyżej mógł teraz SOBIE przerwać śledzenie Morpheusa śledzeniem, a to bynajmniej nie było jedno z tych spojrzeń, które sypało kwiatkami i sparklami na lewo i prawo. Nie było to też spojrzenie, które zabijało na miejscu. Chociaż..? Przy Saurielu czasem ciężko to było ocenić. Pewnie dlatego, że jeśli nie nosił na sobie zblazowania, to zazwyczaj wyglądał, jakby obliczał w głowie, na ile sposobów można kogoś zabić łyżeczką do kawy.
I to zblazowanie nadeszło, kiedy przyglądał się tej wymianie... z braku lepszego słowa nazwijmy to: uprzejmości. Uprzejmości i formalności. Tak, na pewno wszystkie sprawy tego świata są takie pilne, żeby załatwiać jakieś pozwolenia na artefakty w środku nocy. Ehe. Sauriel wiedział jedno - jeśli coś jest niecierpiące zwłoki na tyle, że musisz to załatwiać po nocy (a godzina była dość późna, bo i słońce bardzo późno im tu zachodziło) to znaczy, że jest to wątpliwie legalne, albo wątpliwie moralne. Ale jego to nie obchodziło. Nie istnieli na tym świecie bogacze, którzy nie mieli czegoś za kołnierzem i nic nie zmieni jego zdania w tym temacie. Bo i świętość nie istniała, a na pewno nie istniała tam, gdzie był pieniądz. Wszystko, co śmierdziało tym metalem było zepsute. Ludzie też.
- A co? Chcesz się wprosić, czy liczysz na przejęcie partii? - W ogóle nie jego zasrany interes, ale z uwagi na Anthonyego trochę się ugryzł w język. No dobra, ze względu na to, że Anthony był rodziną Victorii, a poza tym był sympatyczny... Widzieliście kiedyś niesympatycznego szczeniaczka? Nie? No właśnie. - Dobra, Antek, bo cię tak zjebywałem z góry na dół, ale dobrze ci idzie. - Wstał z krzesła i sięgnął po swoją różdżkę leżącą na stoliku, którą prawie jak grzebieniem (bez nadmiernego szacunku) odgarnął kilka czarnych pasem włosów opadających na oczy. - To wy sobie tu pogruchajcie, a ja nie będę przeszkadzał. Ćwiczenie już znasz. I smaruj czymś te łapska, bo ci rozpierdoli skórę. - Nawet zamachał palcami, żeby pokazać opuszki - no cóż, u Sauriela wcale nie były "rozpierdolone", bo były już stwardniałe.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.