06.09.2024, 16:09 ✶
Południowe stragany -> stoisko Potterów
Uniosła kąciki ust na słowa „nawet ciekawe towarzystwo”, a przez myśl przeszło jej tylko Nawet nie zdajesz sobie jak bardzo ciekawe.
Ale trzeba przyznać, że odetchnęła delikatnie z ulgą – Jonathan jak chciał potrafił robić za całkiem niezłą niańkę. Przydatna umiejętność.
Dołączyła do tego miłego spaceru nie oglądając się już więcej ani za folwarcznym stoiskiem pani Zamfir ani co ważniejsze – za odchodzącymi w stronę Mulciberów mężczyznami.
- Hmm… A czy jedno wyklucza drugie? Nasze departamenty współpracują ze sobą, odkąd tylko pamiętam. Z czasem granica między zwykłą, koleżeńską uprzejmością, a przyjaźnią się zaciera. - Z reguły tak przy odkorkowywaniu trzeciego wina podczas całonocnego obmyślania jak ściągnąć biznes unikalnych przedsiębiorców z krajów nieobjętych traktatem o międzynarodowej współpracy czarodziejów, nie łamiąc przy tym brytyjskich praw. Tego już jednak nie dodała, kryjąc się za delikatnym uśmiechem. – Z drugiej strony zarówno pan Shafiq jak i pan Selwyn to szanowani członkowie brytyjskiej socjety. Byłabym wyjątkowo rozczarowana, gdyby nie dotrzymali nam dziś towarzystwa.
Przejście z „mio amico” czy „mio carissimo Antonio” na „szanownego pana Shafiq’a” przychodziło Lorien z równą łatwością co oddychanie.
Pod wodą.
Z kamieniem u szyi.
A mimo to szła wyprostowana, powoli odzyskując panowanie nad swoimi uczuciami i co ważniejsze – myślami. Otrząsnęła się ze świata wzgardzonych, cygańskich opowieści, z których jedni wyciągali zbyt wiele – a inni najwyraźniej absolutnie nic.
Pomimo późnej pory przy stoisku pani Potter wciąż się krzątali ludzie. Było w tym wszystkim coś… wyjątkowego. Nawet jeśli rodzice wiedzieli, żeby zabierać dzieci przed zmierzchem do domów, a w ciemnościach nadal czaiło się zagrożenie – świat się nie kończył. Ludzie się bawili na festynach, brali udział w pokazach magii, nawet… kupowali te głupie świeczki. Wszyscy łaknęli choć chwili normalności nim świt przyniesie kolejne problemy, ból i cierpienie. Zanim zabraknie im wszystkim czasu.
Pachniało tu jak w perfumerii i szczerze powiedziawszy była to miła odmiana. Prześlizgnęła nieco znudzonym spojrzeniem po wszystkich tych średniopółkowych kosmetykach. Odrobina luksusu za akceptowalną dla gawiedzi cenę. Czasami ze szczytu ciężko się spoglądało na tych mniej… uprzywilejowanych. Lorien mogłaby przysiąc, że jakaś przechodząca dziewczyna wyjątkowo uszczęśliwiona swoimi zakupami przy kramie wyznała swojej koleżance, że czytała w Czarownicy jak to pani Ministra używa dokładnie takich samych perfum. Urocza, naiwna istotka.
Jeśli pomocny zapewne pomocnik kręcący się po drugiej stronie je zagaił, dała gestem znać, że nie, na razie im nic nie potrzeba. Przynajmniej jej. Lyssa mogła prosić i oglądać o cokolwiek tylko chciała.
- Słyszałam kiedyś teorię, że perfumy są trzecią najpotężniejszą kobiecą bronią. Na drugim miejscu była chyba czerwona szminka…- Zawiesiła głos na moment, jakby rzeczywiście stała się przypomnieć sobie tak nieistotny szczegół. Przyglądała się właśnie gustownie zapakowanym w skrzyneczkę o wiele droższym flakonikom.