06.09.2024, 16:14 ✶
- Proszę, nie - odburknął, kręcąc głową. - Albo chociaż niech to będzie gdzieś poza Wielką Brytanią, jeśli już musisz - skrzywił się nieznacznie na pokaz. Miał nadzieję, że dając jej do zrozumienia, że Knieja Godryka była całkowicie poza tematem.
Jego rodzinne lasy już dostatecznie dużo przeżyły. Nie potrzebowały wariatki z zapałkami i pakietem substancji łatwopalnych. Mogła wybrać jakiejkolwiek inne miejsce na calutkiej Ziemi, żeby zaszyć się tam i uniezależnić od męczących ludzi. W gruncie rzeczy to nawet nie musiał być las. To nie mogła być wieczna zmarzlina ani lodowiec. Dla dobra procesu pędzenia alkoholu (Greengrass miał spaczenie zawodowe do jakości eliksirów). Nie za dobra była jałowa pustynia (tam też alkohol byłby narażony na warunki atmosferyczne). Za to na przykład takie dżungle w górach Ameryki Południowej? W razie czego to MACUSA miałaby tam problem, nikt nie wzywałby specjalistów zielarzy zza oceanu. Nie widziałby tych zniszczeń i nie bolałoby go serce.
- Jak dobrze się postarasz, dojdą pościgi i wystrzały - zawyrokował przekornie, powstrzymując się przed opuszczeniem do niej oczka, bo nie byli na takim etapie znajomości.
Jeszcze, gdyż przeskakiwali po konwenansach w zastraszającym tempie. Nim się spostrzegł, skakali z tematu dla nieznajomych po rozmowę bliskich ludzi i przez dyskusję zarezerwowaną dla zażyłych przyjaciół. Mieszali etap sztywności z niejawnym i nazbyt jawnym flirtem. Później wracali do poznawania się, wymieniając uprzejmości. Byli uprzejmi i ostentacyjnie zgryźliwi. Gdyby nie działanie alkoholu, sam nie połapałby się w ich stosunkach.
Choć gdyby się zastanowić, prawdopodobnie to właśnie alkohol był tego sprawcą. Buzował w żyłach, szumiał w głowie, wciskał słowa w usta i kierował je wprost na język. Droga stamtąd była jedna. Wewnętrzne myśli stawały się wypowiedziami a wypowiedzi były myślami.
- Nawet najbliżsi współpracownicy potrafią spędzić czas osobno - odpowiedziedział z nutą powagi, patrząc Geraldine w oczy.
Nie widział tam nic prócz swojego odbicia, ale wyczuwał pod nim ten strach. Jemu też towarzyszyła obawa. Tak jak rozmawiali, nietrudno było zagubić się w niezależności i nie wkroczyć w nieplanowaną zależność. Równie trudno było być zależnym, ale zachowywać się jak alkoholik czekający na okazję do upojenia się niezależnością aż wpadnie w ciąg, z którego nie wyjdzie bez szwanku.
To był zatrważający, trudny temat. Niemal żałował, że go poruszyli tego wieczoru. Instynktownie umykał w kierunku lżejszej rozmowy.
Bawiło go jej rozbawienie a jeszcze bardziej reakcje ludzi dookoła. Czyżby robili się zbyt głośni i za mało sztywni? Ta wesołość nie pasowała do powagi balu, ale pozwalała go przetrwać. To i alkohol. Mieszanka wybuchowa przesuwała granice i sprawiała, że skrajności były bardziej skrajne. Tak jak teraz, kiedy z rozbawienia popadł w niezarejestrowaną powagę.
- Po tygodniu? Nie wiem, kiedy można uznać kogoś za zmarłego i ruszyć dalej - oj, to zabrzmiało gorzko. Włożył w to więcej goryczy niż planował z początku.
Nawet nie lubił pani Rosier. Była mu obojętna. Nazywał ją sępem, niedźwiedziem i starą plotkarą. Konspiracyjnie się z niej naśmiewał, jakby miał znowu piętnaście lat i niedojrzały mózg. Najpewniej przeczytałby informację o zaginięciu w gazecie albo usłyszałby o tym od macochy i zapomniałby niemal w tej samej chwili. Miała dla niego tyle znaczenia, co zeszłoroczny śnieg a i ten byłby pewnie ważniejszy, bo trochę poturbował im wtedy plony.
Tym bardziej nie wiedział, czemu czuł gorycz w jej imieniu. Może to uderzało w jego własne przemyślenia i traumy? Jako dzieciak miał bardzo trudne relacje z ojcem i nie był zbyt przyjemny dla macochy, bo z początku czuł, że z jego matką było podobnie. Nie chciał uwierzyć w to, że mogłaby tak po prostu porzucić swoje dziecko. Oskarżał ojca, że jej nie szukał. Sądził, że musiała zaginąć i coś jej się stało. Nie wierzył w inne zapewnienia. Musiał dostrzec to sam. Na własnej skórze odczuł piekący żal, gdy uświadomił sobie swoje mrzonki. Philippa nie zaginęła. Ona uciekła. Nie była "może martwa". Nikt nie tuszował jej śmierci.
Z jednej strony, był pewien, że gdyby pani Rosier zaginęła, to jej mąż nie poświęciłby wiele czasu na żałobę. Nie wyglądał na człowieka, który przejąłby się zniknięciem żony. Najpewniej by mu ulżyło. To było przykre, żałosne. Z drugiej strony sytuacja zmieniłaby się w oczach Greengrassa, gdyby Rosierowa zniknęła na własne życzenie. Gardziłby nią, gdyby odeszła zaszyć się w głuszy. Kibicowałby niedźwiedziom, z których skóry miała płaszcz, żeby otrzymały sprawiedliwość i zeżarły kobietę. Miał w sobie wiele tłumionego gniewu. Gdy o tym myślał, było to widać w pociemniałych oczach a także w sposobie, w który trochę za mocno ściskał szklankę.
Odchrząknął, wybudził się z zamyślenia. Zreflektował się w mgnieniu oka, ale na języku miał nadal gorycz.
Tak, miłość była skomplikowanym procesem, który w większości wcale nie różnił się od bagna. Gwałtownie wciągała i albo z trudem się z niej wydostawałeś, albo doprowadzała cię do śmierci i (jeśli miałeś szczęście) wydalała przerobione kości.
- Pracoholizm nawet na balu - skomentował cicho, kąśliwie, ale z rozbawieniem.
W jakimś stopniu mu to do niej pasowało. Aura całkowitego oddania pracy otulała się wokół Geraldine jak błyszczący, gładko tkany jedwabny szal wokół ramion. Poza tym swój znał swego. Nawet w najbardziej eleganckim pomieszczeniu był w stanie rozpoznać ludzi, którzy nigdy nie przestawali żyć pracą. Mieli to w oczach, jeśli nie na ustach. On też miał problem z rozdzieleniem przestrzeni zawodowej i prywatnej. Nie przeszkadzało mu to, więc nic nie robił. Nie walczył z naturą, bo po co. Geraldine wyglądała mu na ten sam typ osoby.
- Tak - powiedział powoli, ale nie zamierzał się z nią zgodzić - aczkolwiek wydaje mi się, że kłamiesz. Nie powiesz mi, że byś odpuściła. Aż się prosisz, żeby zadzierać z dokładnie takimi osobami - zawyrokował.
Nie mogła temu zaprzeczyć. Spotkali się, bo próbowała zadzierać z całym światem. Rzucała wyzwanie nawet błahej dacie ważności. Byłaby pierwsza, żeby zadzierać z osobą swojego pokroju. Szczególnie, jeśli ta osoba dorównywałaby swojej opinii.
- Groźbobietnica? - Wypowiedział ciągiem. Był prostym człowiekiem. Mogła być tym, czego chciała Geraldine, jeśli to wpłynęłoby na bieg ich wieczoru. Kto wie, może również następnych spotkań, skoro obiecał jej okazję do dalszego zapoznawania się. Mimo że zachowywali się jak starzy znajomi, przecież niedużo o sobie nawzajem wiedzieli.
- Według wszystkich kobiet w moim życiu, nie mam ich zbyt wiele. Ukrytych zalet, nie kobiet - pogodnie wzruszył ramionami. - Obawiam się, że musisz działać z ograniczoną możliwością wyboru - skwitował, jakby to było bardzo normalne.
Macocha i siostra cały czas mówiły mu, że jego największą zaletą było bycie. Oczywiście, obie nie miały na myśli niczego złego. Robiły to ironicznie, chcąc sprowadzić go na ziemię, żeby nie był zbyt zadufany w sobie. Miał taką świadomość. Niemalże nie przestawał jej wykorzystywać, gdy nadarzała się taka okazja. Bardzo często odszczekiwał się, że przecież jego naturalnym darem było bycie a nie robienie... ale potem i tak wyświadczał im przysługi, robiąc to o co prosiły. Taki już był. Niekonwencjonalny, niepowtarzalny, trochę szalony (wcale nie).
- Zapamiętam, żeby wysłać ci najszybszą sowę - zapewnił z błyskiem w oku, po czym zaraz się poprawił - jastrzębia. Jaszczomp będzie idealny - zawyrokował, bo skoro mieli polować na mamrotki to musieli używać jaszczempi.
Jastrzębie były zarezerwowane na całkiem poważne polowania na memortki. Dwoje podpitych ludzi z kieszeniami pełnymi małych tanich win w wielkim mrocznym lesie. Najlepiej jeszcze w czasie krwawej pełni. Co mogło pójść nie tak? Geraldine była szybka i iście podstępna, skoro już odruchowo zgadzał się spędzić z nią tam czas sam na sam. Może miał jakąś słabość do krwiożerczych wampirzyc, o której jeszcze nie wiedział? A może to nie tak tani (nic nie było tak tanie jak tanie wino) alkohol mieszał mu w głowie?
Ten wieczór zaczynał smakować ognistą i głupimi decyzjami. Jego ulubionym połączeniem.
Duchota była niemal do wytrzymania. Powoli przestawał ją odczuwać. Alkohol buzował mu w żyłach, podnosząc ciepłotę ciała, przytępiając zmysły. Wieczorową porą zaczęła przypominać trans. Ludzie dookoła nich robili się coraz bardziej swobodni, atmosfera wyraźnie się zmieniała. Nie czuło się tego samego tężenia, które jeszcze chwilę temu panowało na balu. Było inaczej. A może tylko mu się wydawało?
Nim się obejrzał, wirowali w tak wprawnym tańcu, jaki mogły ponieść stopy wyłącznie najbardziej wymęczonych etykietą czarodziejów. Lata niechętnej nauki wyraźnie popłaciły a style w żaden sposób nie różniły się między rodzinami. Choć równie dobrze mógł się mylić. Miał wrażenie, że nie do końca podążali za oficjalnymi krokami. Jego dłoń spoczywała trochę za nisko na jej talii. Jej ciepły oddech i policzek zbyt blisko jego szyi. Tak bardzo, że nie czuł niemal nic poza ciepłym zapachem perfum i czegoś przypominającego rozgrzane piżmo. Zapomniał o pani Rosier niemal w tym samym momencie, w którym z ust Geraldine wydostała się tamta uwaga, ale gdyby o niej myślał na pewno doszedłby do tego, że ani trochę jej nie rozczarowywali.
Jego rodzinne lasy już dostatecznie dużo przeżyły. Nie potrzebowały wariatki z zapałkami i pakietem substancji łatwopalnych. Mogła wybrać jakiejkolwiek inne miejsce na calutkiej Ziemi, żeby zaszyć się tam i uniezależnić od męczących ludzi. W gruncie rzeczy to nawet nie musiał być las. To nie mogła być wieczna zmarzlina ani lodowiec. Dla dobra procesu pędzenia alkoholu (Greengrass miał spaczenie zawodowe do jakości eliksirów). Nie za dobra była jałowa pustynia (tam też alkohol byłby narażony na warunki atmosferyczne). Za to na przykład takie dżungle w górach Ameryki Południowej? W razie czego to MACUSA miałaby tam problem, nikt nie wzywałby specjalistów zielarzy zza oceanu. Nie widziałby tych zniszczeń i nie bolałoby go serce.
- Jak dobrze się postarasz, dojdą pościgi i wystrzały - zawyrokował przekornie, powstrzymując się przed opuszczeniem do niej oczka, bo nie byli na takim etapie znajomości.
Jeszcze, gdyż przeskakiwali po konwenansach w zastraszającym tempie. Nim się spostrzegł, skakali z tematu dla nieznajomych po rozmowę bliskich ludzi i przez dyskusję zarezerwowaną dla zażyłych przyjaciół. Mieszali etap sztywności z niejawnym i nazbyt jawnym flirtem. Później wracali do poznawania się, wymieniając uprzejmości. Byli uprzejmi i ostentacyjnie zgryźliwi. Gdyby nie działanie alkoholu, sam nie połapałby się w ich stosunkach.
Choć gdyby się zastanowić, prawdopodobnie to właśnie alkohol był tego sprawcą. Buzował w żyłach, szumiał w głowie, wciskał słowa w usta i kierował je wprost na język. Droga stamtąd była jedna. Wewnętrzne myśli stawały się wypowiedziami a wypowiedzi były myślami.
- Nawet najbliżsi współpracownicy potrafią spędzić czas osobno - odpowiedziedział z nutą powagi, patrząc Geraldine w oczy.
Nie widział tam nic prócz swojego odbicia, ale wyczuwał pod nim ten strach. Jemu też towarzyszyła obawa. Tak jak rozmawiali, nietrudno było zagubić się w niezależności i nie wkroczyć w nieplanowaną zależność. Równie trudno było być zależnym, ale zachowywać się jak alkoholik czekający na okazję do upojenia się niezależnością aż wpadnie w ciąg, z którego nie wyjdzie bez szwanku.
To był zatrważający, trudny temat. Niemal żałował, że go poruszyli tego wieczoru. Instynktownie umykał w kierunku lżejszej rozmowy.
Bawiło go jej rozbawienie a jeszcze bardziej reakcje ludzi dookoła. Czyżby robili się zbyt głośni i za mało sztywni? Ta wesołość nie pasowała do powagi balu, ale pozwalała go przetrwać. To i alkohol. Mieszanka wybuchowa przesuwała granice i sprawiała, że skrajności były bardziej skrajne. Tak jak teraz, kiedy z rozbawienia popadł w niezarejestrowaną powagę.
- Po tygodniu? Nie wiem, kiedy można uznać kogoś za zmarłego i ruszyć dalej - oj, to zabrzmiało gorzko. Włożył w to więcej goryczy niż planował z początku.
Nawet nie lubił pani Rosier. Była mu obojętna. Nazywał ją sępem, niedźwiedziem i starą plotkarą. Konspiracyjnie się z niej naśmiewał, jakby miał znowu piętnaście lat i niedojrzały mózg. Najpewniej przeczytałby informację o zaginięciu w gazecie albo usłyszałby o tym od macochy i zapomniałby niemal w tej samej chwili. Miała dla niego tyle znaczenia, co zeszłoroczny śnieg a i ten byłby pewnie ważniejszy, bo trochę poturbował im wtedy plony.
Tym bardziej nie wiedział, czemu czuł gorycz w jej imieniu. Może to uderzało w jego własne przemyślenia i traumy? Jako dzieciak miał bardzo trudne relacje z ojcem i nie był zbyt przyjemny dla macochy, bo z początku czuł, że z jego matką było podobnie. Nie chciał uwierzyć w to, że mogłaby tak po prostu porzucić swoje dziecko. Oskarżał ojca, że jej nie szukał. Sądził, że musiała zaginąć i coś jej się stało. Nie wierzył w inne zapewnienia. Musiał dostrzec to sam. Na własnej skórze odczuł piekący żal, gdy uświadomił sobie swoje mrzonki. Philippa nie zaginęła. Ona uciekła. Nie była "może martwa". Nikt nie tuszował jej śmierci.
Z jednej strony, był pewien, że gdyby pani Rosier zaginęła, to jej mąż nie poświęciłby wiele czasu na żałobę. Nie wyglądał na człowieka, który przejąłby się zniknięciem żony. Najpewniej by mu ulżyło. To było przykre, żałosne. Z drugiej strony sytuacja zmieniłaby się w oczach Greengrassa, gdyby Rosierowa zniknęła na własne życzenie. Gardziłby nią, gdyby odeszła zaszyć się w głuszy. Kibicowałby niedźwiedziom, z których skóry miała płaszcz, żeby otrzymały sprawiedliwość i zeżarły kobietę. Miał w sobie wiele tłumionego gniewu. Gdy o tym myślał, było to widać w pociemniałych oczach a także w sposobie, w który trochę za mocno ściskał szklankę.
Odchrząknął, wybudził się z zamyślenia. Zreflektował się w mgnieniu oka, ale na języku miał nadal gorycz.
Tak, miłość była skomplikowanym procesem, który w większości wcale nie różnił się od bagna. Gwałtownie wciągała i albo z trudem się z niej wydostawałeś, albo doprowadzała cię do śmierci i (jeśli miałeś szczęście) wydalała przerobione kości.
- Pracoholizm nawet na balu - skomentował cicho, kąśliwie, ale z rozbawieniem.
W jakimś stopniu mu to do niej pasowało. Aura całkowitego oddania pracy otulała się wokół Geraldine jak błyszczący, gładko tkany jedwabny szal wokół ramion. Poza tym swój znał swego. Nawet w najbardziej eleganckim pomieszczeniu był w stanie rozpoznać ludzi, którzy nigdy nie przestawali żyć pracą. Mieli to w oczach, jeśli nie na ustach. On też miał problem z rozdzieleniem przestrzeni zawodowej i prywatnej. Nie przeszkadzało mu to, więc nic nie robił. Nie walczył z naturą, bo po co. Geraldine wyglądała mu na ten sam typ osoby.
- Tak - powiedział powoli, ale nie zamierzał się z nią zgodzić - aczkolwiek wydaje mi się, że kłamiesz. Nie powiesz mi, że byś odpuściła. Aż się prosisz, żeby zadzierać z dokładnie takimi osobami - zawyrokował.
Nie mogła temu zaprzeczyć. Spotkali się, bo próbowała zadzierać z całym światem. Rzucała wyzwanie nawet błahej dacie ważności. Byłaby pierwsza, żeby zadzierać z osobą swojego pokroju. Szczególnie, jeśli ta osoba dorównywałaby swojej opinii.
- Groźbobietnica? - Wypowiedział ciągiem. Był prostym człowiekiem. Mogła być tym, czego chciała Geraldine, jeśli to wpłynęłoby na bieg ich wieczoru. Kto wie, może również następnych spotkań, skoro obiecał jej okazję do dalszego zapoznawania się. Mimo że zachowywali się jak starzy znajomi, przecież niedużo o sobie nawzajem wiedzieli.
- Według wszystkich kobiet w moim życiu, nie mam ich zbyt wiele. Ukrytych zalet, nie kobiet - pogodnie wzruszył ramionami. - Obawiam się, że musisz działać z ograniczoną możliwością wyboru - skwitował, jakby to było bardzo normalne.
Macocha i siostra cały czas mówiły mu, że jego największą zaletą było bycie. Oczywiście, obie nie miały na myśli niczego złego. Robiły to ironicznie, chcąc sprowadzić go na ziemię, żeby nie był zbyt zadufany w sobie. Miał taką świadomość. Niemalże nie przestawał jej wykorzystywać, gdy nadarzała się taka okazja. Bardzo często odszczekiwał się, że przecież jego naturalnym darem było bycie a nie robienie... ale potem i tak wyświadczał im przysługi, robiąc to o co prosiły. Taki już był. Niekonwencjonalny, niepowtarzalny, trochę szalony (wcale nie).
- Zapamiętam, żeby wysłać ci najszybszą sowę - zapewnił z błyskiem w oku, po czym zaraz się poprawił - jastrzębia. Jaszczomp będzie idealny - zawyrokował, bo skoro mieli polować na mamrotki to musieli używać jaszczempi.
Jastrzębie były zarezerwowane na całkiem poważne polowania na memortki. Dwoje podpitych ludzi z kieszeniami pełnymi małych tanich win w wielkim mrocznym lesie. Najlepiej jeszcze w czasie krwawej pełni. Co mogło pójść nie tak? Geraldine była szybka i iście podstępna, skoro już odruchowo zgadzał się spędzić z nią tam czas sam na sam. Może miał jakąś słabość do krwiożerczych wampirzyc, o której jeszcze nie wiedział? A może to nie tak tani (nic nie było tak tanie jak tanie wino) alkohol mieszał mu w głowie?
Ten wieczór zaczynał smakować ognistą i głupimi decyzjami. Jego ulubionym połączeniem.
Duchota była niemal do wytrzymania. Powoli przestawał ją odczuwać. Alkohol buzował mu w żyłach, podnosząc ciepłotę ciała, przytępiając zmysły. Wieczorową porą zaczęła przypominać trans. Ludzie dookoła nich robili się coraz bardziej swobodni, atmosfera wyraźnie się zmieniała. Nie czuło się tego samego tężenia, które jeszcze chwilę temu panowało na balu. Było inaczej. A może tylko mu się wydawało?
Nim się obejrzał, wirowali w tak wprawnym tańcu, jaki mogły ponieść stopy wyłącznie najbardziej wymęczonych etykietą czarodziejów. Lata niechętnej nauki wyraźnie popłaciły a style w żaden sposób nie różniły się między rodzinami. Choć równie dobrze mógł się mylić. Miał wrażenie, że nie do końca podążali za oficjalnymi krokami. Jego dłoń spoczywała trochę za nisko na jej talii. Jej ciepły oddech i policzek zbyt blisko jego szyi. Tak bardzo, że nie czuł niemal nic poza ciepłym zapachem perfum i czegoś przypominającego rozgrzane piżmo. Zapomniał o pani Rosier niemal w tym samym momencie, w którym z ust Geraldine wydostała się tamta uwaga, ale gdyby o niej myślał na pewno doszedłby do tego, że ani trochę jej nie rozczarowywali.