06.09.2024, 17:01 ✶
Na czas błahej rozmowy o sabatach, Lorien podniosła się z fotela. Ze swojej bezpiecznej ostoi, gdzie wystarczyło lekko przechylić się przez stolik, aby przekroczyć barierę fizyczności. Tej niewymuszonej i komfortowej dla obojga. Gdzie zapewne, gdyby tylko wyciągnęła nieśmiało dłoń w jego stronę – zostałaby ona ujęta. Bez zbędnego, niemal irytującego zaglądania w świat linii wybitych jak stempel na jej wnętrzu. Bez zbędnych komentarzy o tym jak z roku na rok linia życia zdawała się wręcz zanikać. Pozwoliłaby mu obejrzeć każde drobne skaleczenie znaczone blizną na jej skórze. Poczuć jak wiatka i słaba jest dłoń czarownicy, a pierścienie, które jeszcze tak niedawno pasowały – dziś zdawały się być zbyt duże jak na drżące palce.
Ale nie pozwoliła na to.
Nie pozwoliła przede wszystkim sobie – nie podczas bezwartościowej rozmowy o swojej „nowej rodzinie”.
Coś co mogło sprawiać wrażenie jakiegoś aktu odtrącenia Anthony’ego, było tak naprawdę próbą ochrony mężczyzny przed kolejnym rozczarowaniem. Najprawdopodobniej nią samą.
Przejście z roli serdecznej przyjaciółki w zatwardziałego polityka, obrońcę dobrze im znanego prawa i co gorsza obyczajów było czymś tak naturalnym jak narzucenie na siebie miękkiego szlafroka po ciężkim dniu pracy.
Nagle w pokoju zabrakło urokliwej włoskiej panieneczki, która kryła się za muślinową zasłoną tajemnic i opowiastek. Zabrakło nawet martwej za życia matrony o pogrążonych w wiecznym smutku oczach. Może to tylko podszept wina, ale w tej chwili czarownica rzeczywiście zdawała się mniej ludzka. Mara odziana w czerń i złoto.
Lorien butelkowała uczucia i wrzucała je głęboko w bezkresną otchłań podświadomości, bo ów mogły ją zabić; pani Crouch robiła to by świat widział ją taką, jaką widzieć powinien - nietykalną, chłodną jak ten ciemny oszlifowany kamień, którym wyłożono ściany nieprzejednanych sali Wizengamotu. Ten sam, który zdobił salę do wykonywania wyroków śmierci na skazańcach w Azkabanie. Łatwo było zapomnieć kim tak naprawdę był ten otulony w czarny całun własnej śmierci ptaszek, gdy patrzyło się nań przez pryzmat ciepłych piasków jordańskich pustyń.
Ktoś kiedyś, starając się zapewne udać bardziej zabawnego niż był w rzeczywistości, stwierdził, że Lorien Crouch wciąż nie otrzymała swojego upragnionego stanowiska i pieczy nad więzieniem nie ze względu na swoją chorobę czy płeć - Ministerstwo obawiało się najzwyczajniej w świecie skandalu jaki wywołałoby tak jawne znęcanie się nad zagrożonym gatunkiem Dementorów. Poproszona o komentarz sędzia jedynie odparła:
- Wierzę, że środowiska obrońców gatunków zagrożonych ucieszy wiadomość, iż dokładamy wszelkich starań, aby rozwinąć populację strażników w obrębie ich naturalnego habitatu jakim jest wyspa więzienna. Jeśli mi jednak wciąż nie wierzą - z przyjemnością zaprezentuję im osobiście nasze osiągnięcia w tym zakresie.
Czy tak wyglądała tamtego dnia, gdy doprowadziła bogom ducha winnego stażystę do porzucenia marzeń o jakiejkolwiek karierze? Czy wpatrywała się w niego tak jak teraz w Anthony’ego? Z tym stoickim, nieprzeniknionym spojrzeniem godnym wprawnego oklumenty?
- A jak jest?
Zapytała zanim zdążyła pytanie przemyśleć. Pozwoliła, by temat szwagra umarł tak szybko, jak tylko się narodził. Nie wydawała się przesadnie zainteresowana jego obecnością - nie na tyle, by dyskutować czy czarodziej powinien wrócić do tego swojego igloo gdzieś tam w sercu Skandynawii czy też nie. To czy jego obecność działała na lorienowego męża zbawiennie czy wręcz destrukcyjnie też nie miało większego znaczenia. Wystarczyło tylko to wszystko przeczekać.
Wsparła się plecami o kant biurka, skrzyżowała nogi na wysokości kostki, przytrzymując się dłońmi o blat. Przez moment w pokoju dało się usłyszeć tylko postukiwanie jej długich paznokci o drewno. Nawet jeśli czarownicy tkwiła jakaś melodia w głowie - ciężko było z tego określić jaka konkretnie.
Westchnęła tylko, gdy przyjaciel poruszył temat Beltane. Nie. Nie dzisiaj.
Nie była w stanie dyskutować o niekompetencji swojego własnego Departamentu. O błędach jakie popełniono. O braku konsekwencji. O biurokracji, która wiązała im ręce niepotrzebnie ciągnącymi się w nieskończoność procesami. Trudne czasy wymagały trudnych decyzji – nieprzyjemnych, może podjętych nad wyraz. Ale skoro po ulicach włóczyli się terroryści i sabotażyści – Państwo powinno zareagować. Nie był to jednak dobry dzień do słodkiego szeptania Shafiq’owi do ucha krwawych historii i idei o państwie policyjnym, ulicach skąpanych w smutku i desperacji, gdy spuści się do patrolowania strażników ze smyczy, zbliżającej się, nieuniknionej wojnie. Nie. Dziś skupiła się na prawdziwym, realnym problemie.
- Świeczki w kształcie męskich organów rozrodczych to nie jest żaden „własny kurs.”- Burknęła oburzona.- Zechciało mu się… rewolucji seksualnej. Już wystarczy, że się tu zjechali jak do siebie, teraz jeszcze będą narzucać nam jakieś dziwaczne skandynawskie normy i obyczaje.
Po prawdzie… pani Mulciber była tolerancyjna jak tylko mogła. A przynajmniej tak długo jak prawie-że-bratanek nie doprowadzał jej męża do zawału swoimi dziwacznymi pomysłami. Nawet tolerancja miała swoje granice.
Ale nie pozwoliła na to.
Nie pozwoliła przede wszystkim sobie – nie podczas bezwartościowej rozmowy o swojej „nowej rodzinie”.
Coś co mogło sprawiać wrażenie jakiegoś aktu odtrącenia Anthony’ego, było tak naprawdę próbą ochrony mężczyzny przed kolejnym rozczarowaniem. Najprawdopodobniej nią samą.
Przejście z roli serdecznej przyjaciółki w zatwardziałego polityka, obrońcę dobrze im znanego prawa i co gorsza obyczajów było czymś tak naturalnym jak narzucenie na siebie miękkiego szlafroka po ciężkim dniu pracy.
Nagle w pokoju zabrakło urokliwej włoskiej panieneczki, która kryła się za muślinową zasłoną tajemnic i opowiastek. Zabrakło nawet martwej za życia matrony o pogrążonych w wiecznym smutku oczach. Może to tylko podszept wina, ale w tej chwili czarownica rzeczywiście zdawała się mniej ludzka. Mara odziana w czerń i złoto.
Lorien butelkowała uczucia i wrzucała je głęboko w bezkresną otchłań podświadomości, bo ów mogły ją zabić; pani Crouch robiła to by świat widział ją taką, jaką widzieć powinien - nietykalną, chłodną jak ten ciemny oszlifowany kamień, którym wyłożono ściany nieprzejednanych sali Wizengamotu. Ten sam, który zdobił salę do wykonywania wyroków śmierci na skazańcach w Azkabanie. Łatwo było zapomnieć kim tak naprawdę był ten otulony w czarny całun własnej śmierci ptaszek, gdy patrzyło się nań przez pryzmat ciepłych piasków jordańskich pustyń.
Ktoś kiedyś, starając się zapewne udać bardziej zabawnego niż był w rzeczywistości, stwierdził, że Lorien Crouch wciąż nie otrzymała swojego upragnionego stanowiska i pieczy nad więzieniem nie ze względu na swoją chorobę czy płeć - Ministerstwo obawiało się najzwyczajniej w świecie skandalu jaki wywołałoby tak jawne znęcanie się nad zagrożonym gatunkiem Dementorów. Poproszona o komentarz sędzia jedynie odparła:
- Wierzę, że środowiska obrońców gatunków zagrożonych ucieszy wiadomość, iż dokładamy wszelkich starań, aby rozwinąć populację strażników w obrębie ich naturalnego habitatu jakim jest wyspa więzienna. Jeśli mi jednak wciąż nie wierzą - z przyjemnością zaprezentuję im osobiście nasze osiągnięcia w tym zakresie.
Czy tak wyglądała tamtego dnia, gdy doprowadziła bogom ducha winnego stażystę do porzucenia marzeń o jakiejkolwiek karierze? Czy wpatrywała się w niego tak jak teraz w Anthony’ego? Z tym stoickim, nieprzeniknionym spojrzeniem godnym wprawnego oklumenty?
- A jak jest?
Zapytała zanim zdążyła pytanie przemyśleć. Pozwoliła, by temat szwagra umarł tak szybko, jak tylko się narodził. Nie wydawała się przesadnie zainteresowana jego obecnością - nie na tyle, by dyskutować czy czarodziej powinien wrócić do tego swojego igloo gdzieś tam w sercu Skandynawii czy też nie. To czy jego obecność działała na lorienowego męża zbawiennie czy wręcz destrukcyjnie też nie miało większego znaczenia. Wystarczyło tylko to wszystko przeczekać.
Wsparła się plecami o kant biurka, skrzyżowała nogi na wysokości kostki, przytrzymując się dłońmi o blat. Przez moment w pokoju dało się usłyszeć tylko postukiwanie jej długich paznokci o drewno. Nawet jeśli czarownicy tkwiła jakaś melodia w głowie - ciężko było z tego określić jaka konkretnie.
Westchnęła tylko, gdy przyjaciel poruszył temat Beltane. Nie. Nie dzisiaj.
Nie była w stanie dyskutować o niekompetencji swojego własnego Departamentu. O błędach jakie popełniono. O braku konsekwencji. O biurokracji, która wiązała im ręce niepotrzebnie ciągnącymi się w nieskończoność procesami. Trudne czasy wymagały trudnych decyzji – nieprzyjemnych, może podjętych nad wyraz. Ale skoro po ulicach włóczyli się terroryści i sabotażyści – Państwo powinno zareagować. Nie był to jednak dobry dzień do słodkiego szeptania Shafiq’owi do ucha krwawych historii i idei o państwie policyjnym, ulicach skąpanych w smutku i desperacji, gdy spuści się do patrolowania strażników ze smyczy, zbliżającej się, nieuniknionej wojnie. Nie. Dziś skupiła się na prawdziwym, realnym problemie.
- Świeczki w kształcie męskich organów rozrodczych to nie jest żaden „własny kurs.”- Burknęła oburzona.- Zechciało mu się… rewolucji seksualnej. Już wystarczy, że się tu zjechali jak do siebie, teraz jeszcze będą narzucać nam jakieś dziwaczne skandynawskie normy i obyczaje.
Po prawdzie… pani Mulciber była tolerancyjna jak tylko mogła. A przynajmniej tak długo jak prawie-że-bratanek nie doprowadzał jej męża do zawału swoimi dziwacznymi pomysłami. Nawet tolerancja miała swoje granice.