06.09.2024, 23:10 ✶
Po paru szklankach alkoholu rozpoczęcie wojny na innym kontynencie brzmiało jak szokująco dobry sposób na spędzenie wolnego czasu. Może trochę za bardzo jak wakacje od ich codzienności. Miało posmak dobrej zabawy, pogrywania sobie ze sztywnością systemu, o której rozmawiali przed chwilą. Atrakcji lepszej od jakiegokolwiek nudnego czystokrwistego balu. Ponoć Amerykanie potrafili się bawić. Ich próby pokazania Wielkiej Brytanii, że nie są już od niej zależni były bardzo spektakularne. Wiedział to nawet ze swoją nikłą wiedzą na temat mugolskiego świata. Może Geraldine tego nie wiedziała, ale jej słowa nie zabrzmiały jak ostrzeżenie.
- Zastanów się - doradził z uśmiechem - byłabyś jedną z pierwszych pięknych pań, które same z siebie wywołały wojnę a nie tych, o które wywołali je mężczyźni - zasugerował, mając na uwadze to, że najprawdopodobniej nie powinien tego robić w tym stanie upojenia. Mimo to nie mógł się powstrzymać.
Jakaż szkoda, że postanowiła być rozsądniejsza. Ambroise pokręcił głową pełen dezaprobaty.
- Naprawdę nie rozumiem, czemu tłumisz naturalne talenty - odrzekł. Nawet, jeśli nie potrafiła warzyć eliksirów, najprawdopodobniej nie miałaby żadnego problemu z wytwarzaniem niestabilnych, wybuchowych substancji. Od tego biegła prosta droga do prawdziwej kariery. Był prostym mężczyzną, który już stawiał pierwsze kroki w półświatku. Ze wszystkiego umiałby zrobić biznes. Przynajmniej w swoich oczach, bo przyszłość miała to zweryfikować.
Tak właściwie, miała zweryfikować wiele przekonań na różne tematy. Wznieść go na wyżyny, żeby wcisnąć go głęboko w ziemię. Aż niemal posłać do piachu. Tego, w którym też miał pragnąć znaleźć wytchnienie, ale go nie otrzymać. Może teraz tego nie wiedział (skąd miałby, nie był przecież jasnowidzem), ale ten wieczór miał zapisać się w jego pamięci, będąc tym gorzko-słodkim wspomnieniem na ciemne, bezsenne noce. Ale, ale, ale! Teraz znakomicie się bawił i nie próbował wybiegać w przyszłości. Dla niego nadal malowała się w pięknych kolorach. Była jasna, ale zamglona. Całe szczęście.
Ten nagły zalew pytań ze strony Geraldine rozbawił go bardziej niż powinien. Nie wiedział, że to było tak istotne, żeby zareagować równie emocjonalnym szokiem. Nie mógł nic poradzić, że aprobował wyobrazić sobie, co się działo w jej głowie. Jak często znikała na całe tygodnie? Czy to było normalne w jej towarzystwie?
- Pamiętaj, że ona jest jego cieniem - zauważył po chwili z naprawdę głupim uśmieszkiem. - Zauważyłby, że nikt nie chodzi mu po piętach, ale nie jest tak światły, żeby zrobił to od razu. Dlatego daję mu tydzień - odrzekł w próbie wyjaśnienia Geraldine, jak wyglądał jego tok myślowy.
Nie kontrolował tego, gdy patrzył na nią z zauważalnym naukowym zainteresowaniem. Oto stała przed nim czystokrwista panna, którą bardziej szokowało, że tygodniowe zniknięcie może zostać zauważone i odebrane jako coś złego niż to, że można chcieć zniknąć na tydzień i nie dać znaku życia. Yaxleyowie musieli być dziwniejszym rodem niż mówiono.
- Poniosło mnie na dwa, góra trzy dni - odpowiedział szczerze, unosząc ręce jak podczas przesłuchania. - W przeciwieństwie do ciebie, moja Pani, mam pełnoetatową pracę według ścisłych grafików. Jeśli ich nie przestrzegam to raczej w stronę nadgodzin - zauważył.
W żadnym razie nie chciał sugerować, że jej praca nie była istotną. Prawdopodobnie przeznaczała więcej godzin na polowania niż on regularnie spędzał w Mungu. Chodziło mu wyłącznie o to, że miała większą swobodę zawodową. Czasami wręcz zazdrościł tego poszukiwaczom wrażeń. To była drobina niezależności, o której rozmawiali kilka chwil wcześniej. Mogła być pracoholiczką. Widział to po niej, ale sama ustalała sobie część ruchów zawodowych.
- Cieszę się, że tak to ujmujesz - zapewnił, choć nadal miał w tym swoje zdanie.
Widział jak lustrowała salę swoim czujnym spojrzeniem. Może była podpita, ale nie pijana. Był pewien, że gdyby nadeszła taka okazja, Geraldine byłaby pierwsza do reakcji na nagłe wydarzenia. Nawet jej rozluźnione ciało było specyficznie spięte, gotowe do akcji w każdej chwili. Widział to, bo cóż...
... miał parę oczu o dobrym wzroku, które od czasu do czasu zawieszał na towarzyszce. Miał nadzieję, że całkiem dyskretnie. Nie chciał popsuć ich znajomości tylko dlatego, że oko omsknęło mu się nie tam, gdzie powinno a o to było całkiem nietrudno w wypadku takiej kobiety. W tej sukni wyglądała niemal lepiej niż w pierwszym stroju, w jakim poznał ją w Mungu.
Ale tylko niemal, bo w tamtym ubiorze było coś, czego tu brakowało. Czuła się w nim zdecydowanie bardziej naturalnie. Ta suknia była piękna, ale nie pasowała do niej jak wyświechtana kurtka i ubłocone buty.
- Niewiele minęłaś się z prawdą - stwierdził z uniesioną brwią - dużą część moich relacji można streścić w bo to zła kobieta była - przyznał jej rację, po czym równie szybko wzruszył ramionami i uśmiechnął się do Geraldine w porozumiewawczy sposób. - Nie, żebym też nie miał wiele za uszami. Jeśli coś umiem, to pakować się w kłopoty - nie uściślał, jakie one były.
Mimo języka rozplatanego przez alkohol, wciąż uważał, żeby nie powiedzieć za dużo. Miał swoje sekrety, które powinny pozostać tylko jego sprawą. Nawet rodzina nie wiedziała o nim zbyt wiele. Jasne. Otaczał ich troską i dopuszczał do różnych cech osobowości, otwierał się przed nimi, ale też chronił ich dla ich własnego dobra. O ironio. Często przed demonami, które sam wywołał. Dlatego bardzo uważał, kogo do siebie dopuszczał i co mu mówił. Mogło wydawać się, że był bardzo swobodny w towarzystwie Geraldine, ale pewne kwestie wciąż pozostały niewypowiedziane. Takie miały zostać.
- Co mogę powiedzieć? Jeśli odkryjesz we mnie drogocenne talenty, na pewno nie będę żałować naszego spotkania - zapewnił z błyskiem w oku i uśmiechem na ustach. - Nawet jeśli zaraz po tym wyśsiesz mnie do cna i przejmiesz te dary... czy co tam robicie - był zaszczycony, jeżeli miał się przysłużyć rozwojowi wampirzego społeczeństwa. W końcu był naukowcem, co nie?
Nauka naprawdę bywała dla niego wszystkim. To w zielarstwie eliksirach odnajdował spokój i zapomnienie. Jeżeli te talenty miał przejąć ktoś, kto był w nie fatalny, najpewniej nie miało być to aż tak złe. Bawiło go, że mogła nagle obudzić się (o ile wampiry spały) jako ktoś, kto nie widziałby świata poza eliksirami. Szczególnie, że tak bardzo gardziła sztuką ich warzenia.
- Wyślesz mi list z pogróżkami czy coś? - spytał bez pardonu, unosząc kącik ust. Nawet, jeśli na początku zaskoczyła go tym, że miała jastrzębia, teraz uważał to za zabawny zbieg okoliczności. Tak. Drwił z tego. Tak. Robił to, żeby podtrzymać atmosferę przekory i jeszcze bardziej zmniejszyć dystans.
Wszystkie ruchy prowadziły właśnie do tego. Gdyby o tym myślał, mógłby podziękować Evelyn za to, że tak wytrwale zmuszała go do bycia młodym arystokratą. Wymuszała na nim uczestnictwo w zajęciach, które uważał za głupie. Przepytywała go z regułek, choć nie musiała. Mogła porzucić dziecko męża i nie próbować wychować go jak (niemal) swojego, ale włożyła wiele ciężkiego wkładu w to, żeby wyszedł na człowieka.
Na jego szczęście, miał też partnerkę, która taniec traktowała niemal tak lekko jak oddychanie. Miał okazję tańczyć z wieloma pannami i nie pamiętał chwili, kiedy ktoś tak gładko podążał za krokami. Nie musieli tańczyć wyuczonych układów. Ani razu nie podeptali sobie po piętach. Płynęli a tłum zdawał się falować wokół nich, naturalnie robiąc im miejsce na parkiecie.
Może to był alkohol. Może upojenie towarzystwem i tym ciepłym, piżmowym zapachem. Albo właśnie dostawał gorączki od duchoty panującej na sali. Nie dociekał, stanowczo zbyt zatrzymany w chwili.
- Raz, dwa, trzy, Rosierowa pa - mruknął nagle do ucha partnerki, gładkim ruchem obracając Geraldine i nachylając ją ku podłodze - trzy - a potem znów przyciągnął ją do siebie w górę, bez większego zastanowienia kończąc to tym, co wydawało się równie neutralne, co teatralne. Jednym pocałunkiem.
Czyż nie mówił, że nieważne, co się dzieje, przedstawienie musi trwać?
Melodia ucichła.
- Zastanów się - doradził z uśmiechem - byłabyś jedną z pierwszych pięknych pań, które same z siebie wywołały wojnę a nie tych, o które wywołali je mężczyźni - zasugerował, mając na uwadze to, że najprawdopodobniej nie powinien tego robić w tym stanie upojenia. Mimo to nie mógł się powstrzymać.
Jakaż szkoda, że postanowiła być rozsądniejsza. Ambroise pokręcił głową pełen dezaprobaty.
- Naprawdę nie rozumiem, czemu tłumisz naturalne talenty - odrzekł. Nawet, jeśli nie potrafiła warzyć eliksirów, najprawdopodobniej nie miałaby żadnego problemu z wytwarzaniem niestabilnych, wybuchowych substancji. Od tego biegła prosta droga do prawdziwej kariery. Był prostym mężczyzną, który już stawiał pierwsze kroki w półświatku. Ze wszystkiego umiałby zrobić biznes. Przynajmniej w swoich oczach, bo przyszłość miała to zweryfikować.
Tak właściwie, miała zweryfikować wiele przekonań na różne tematy. Wznieść go na wyżyny, żeby wcisnąć go głęboko w ziemię. Aż niemal posłać do piachu. Tego, w którym też miał pragnąć znaleźć wytchnienie, ale go nie otrzymać. Może teraz tego nie wiedział (skąd miałby, nie był przecież jasnowidzem), ale ten wieczór miał zapisać się w jego pamięci, będąc tym gorzko-słodkim wspomnieniem na ciemne, bezsenne noce. Ale, ale, ale! Teraz znakomicie się bawił i nie próbował wybiegać w przyszłości. Dla niego nadal malowała się w pięknych kolorach. Była jasna, ale zamglona. Całe szczęście.
Ten nagły zalew pytań ze strony Geraldine rozbawił go bardziej niż powinien. Nie wiedział, że to było tak istotne, żeby zareagować równie emocjonalnym szokiem. Nie mógł nic poradzić, że aprobował wyobrazić sobie, co się działo w jej głowie. Jak często znikała na całe tygodnie? Czy to było normalne w jej towarzystwie?
- Pamiętaj, że ona jest jego cieniem - zauważył po chwili z naprawdę głupim uśmieszkiem. - Zauważyłby, że nikt nie chodzi mu po piętach, ale nie jest tak światły, żeby zrobił to od razu. Dlatego daję mu tydzień - odrzekł w próbie wyjaśnienia Geraldine, jak wyglądał jego tok myślowy.
Nie kontrolował tego, gdy patrzył na nią z zauważalnym naukowym zainteresowaniem. Oto stała przed nim czystokrwista panna, którą bardziej szokowało, że tygodniowe zniknięcie może zostać zauważone i odebrane jako coś złego niż to, że można chcieć zniknąć na tydzień i nie dać znaku życia. Yaxleyowie musieli być dziwniejszym rodem niż mówiono.
- Poniosło mnie na dwa, góra trzy dni - odpowiedział szczerze, unosząc ręce jak podczas przesłuchania. - W przeciwieństwie do ciebie, moja Pani, mam pełnoetatową pracę według ścisłych grafików. Jeśli ich nie przestrzegam to raczej w stronę nadgodzin - zauważył.
W żadnym razie nie chciał sugerować, że jej praca nie była istotną. Prawdopodobnie przeznaczała więcej godzin na polowania niż on regularnie spędzał w Mungu. Chodziło mu wyłącznie o to, że miała większą swobodę zawodową. Czasami wręcz zazdrościł tego poszukiwaczom wrażeń. To była drobina niezależności, o której rozmawiali kilka chwil wcześniej. Mogła być pracoholiczką. Widział to po niej, ale sama ustalała sobie część ruchów zawodowych.
- Cieszę się, że tak to ujmujesz - zapewnił, choć nadal miał w tym swoje zdanie.
Widział jak lustrowała salę swoim czujnym spojrzeniem. Może była podpita, ale nie pijana. Był pewien, że gdyby nadeszła taka okazja, Geraldine byłaby pierwsza do reakcji na nagłe wydarzenia. Nawet jej rozluźnione ciało było specyficznie spięte, gotowe do akcji w każdej chwili. Widział to, bo cóż...
... miał parę oczu o dobrym wzroku, które od czasu do czasu zawieszał na towarzyszce. Miał nadzieję, że całkiem dyskretnie. Nie chciał popsuć ich znajomości tylko dlatego, że oko omsknęło mu się nie tam, gdzie powinno a o to było całkiem nietrudno w wypadku takiej kobiety. W tej sukni wyglądała niemal lepiej niż w pierwszym stroju, w jakim poznał ją w Mungu.
Ale tylko niemal, bo w tamtym ubiorze było coś, czego tu brakowało. Czuła się w nim zdecydowanie bardziej naturalnie. Ta suknia była piękna, ale nie pasowała do niej jak wyświechtana kurtka i ubłocone buty.
- Niewiele minęłaś się z prawdą - stwierdził z uniesioną brwią - dużą część moich relacji można streścić w bo to zła kobieta była - przyznał jej rację, po czym równie szybko wzruszył ramionami i uśmiechnął się do Geraldine w porozumiewawczy sposób. - Nie, żebym też nie miał wiele za uszami. Jeśli coś umiem, to pakować się w kłopoty - nie uściślał, jakie one były.
Mimo języka rozplatanego przez alkohol, wciąż uważał, żeby nie powiedzieć za dużo. Miał swoje sekrety, które powinny pozostać tylko jego sprawą. Nawet rodzina nie wiedziała o nim zbyt wiele. Jasne. Otaczał ich troską i dopuszczał do różnych cech osobowości, otwierał się przed nimi, ale też chronił ich dla ich własnego dobra. O ironio. Często przed demonami, które sam wywołał. Dlatego bardzo uważał, kogo do siebie dopuszczał i co mu mówił. Mogło wydawać się, że był bardzo swobodny w towarzystwie Geraldine, ale pewne kwestie wciąż pozostały niewypowiedziane. Takie miały zostać.
- Co mogę powiedzieć? Jeśli odkryjesz we mnie drogocenne talenty, na pewno nie będę żałować naszego spotkania - zapewnił z błyskiem w oku i uśmiechem na ustach. - Nawet jeśli zaraz po tym wyśsiesz mnie do cna i przejmiesz te dary... czy co tam robicie - był zaszczycony, jeżeli miał się przysłużyć rozwojowi wampirzego społeczeństwa. W końcu był naukowcem, co nie?
Nauka naprawdę bywała dla niego wszystkim. To w zielarstwie eliksirach odnajdował spokój i zapomnienie. Jeżeli te talenty miał przejąć ktoś, kto był w nie fatalny, najpewniej nie miało być to aż tak złe. Bawiło go, że mogła nagle obudzić się (o ile wampiry spały) jako ktoś, kto nie widziałby świata poza eliksirami. Szczególnie, że tak bardzo gardziła sztuką ich warzenia.
- Wyślesz mi list z pogróżkami czy coś? - spytał bez pardonu, unosząc kącik ust. Nawet, jeśli na początku zaskoczyła go tym, że miała jastrzębia, teraz uważał to za zabawny zbieg okoliczności. Tak. Drwił z tego. Tak. Robił to, żeby podtrzymać atmosferę przekory i jeszcze bardziej zmniejszyć dystans.
Wszystkie ruchy prowadziły właśnie do tego. Gdyby o tym myślał, mógłby podziękować Evelyn za to, że tak wytrwale zmuszała go do bycia młodym arystokratą. Wymuszała na nim uczestnictwo w zajęciach, które uważał za głupie. Przepytywała go z regułek, choć nie musiała. Mogła porzucić dziecko męża i nie próbować wychować go jak (niemal) swojego, ale włożyła wiele ciężkiego wkładu w to, żeby wyszedł na człowieka.
Na jego szczęście, miał też partnerkę, która taniec traktowała niemal tak lekko jak oddychanie. Miał okazję tańczyć z wieloma pannami i nie pamiętał chwili, kiedy ktoś tak gładko podążał za krokami. Nie musieli tańczyć wyuczonych układów. Ani razu nie podeptali sobie po piętach. Płynęli a tłum zdawał się falować wokół nich, naturalnie robiąc im miejsce na parkiecie.
Może to był alkohol. Może upojenie towarzystwem i tym ciepłym, piżmowym zapachem. Albo właśnie dostawał gorączki od duchoty panującej na sali. Nie dociekał, stanowczo zbyt zatrzymany w chwili.
- Raz, dwa, trzy, Rosierowa pa - mruknął nagle do ucha partnerki, gładkim ruchem obracając Geraldine i nachylając ją ku podłodze - trzy - a potem znów przyciągnął ją do siebie w górę, bez większego zastanowienia kończąc to tym, co wydawało się równie neutralne, co teatralne. Jednym pocałunkiem.
Czyż nie mówił, że nieważne, co się dzieje, przedstawienie musi trwać?
Melodia ucichła.