07.09.2024, 00:08 ✶
Miał nieduży problem. Nie planował dźwigać na plecach innego ciężaru niż torba z medykamentami, tymczasem nagle musiał sobie zawiesić całkiem obcego mężczyznę na ramieniu. Ciągnąc go, niemal dostał niezdrowej zadyszki. Płuca paliły go żywym ogniem a w ustach czuł posmak świeżej krwi zamiast przyjemnego posmaku ziołowego papierosa, który palił dosłownie sekundę przed tym jak ten człowiek zwalił mu się na głowę. Nie, nie w przenośni. Ambroise bardzo by chciał, żeby przypadkiem wpadł na swojego nieznajomego pacjenta, wszedł w niego leżącego w ciemnym zaułku albo był świadkiem samego ataku doprowadzającego obcego do utraty przyjemności. Niestety nie miał tego szczęścia.
Otóż zmierzał właśnie do domu z jednego z tych mniej oficjalnych wypadów do klientów na Nokturnie, gdy coś go rozproszyło. Próbując wyjąć papierosa z kieszeni, przypadkiem wytrącił z niej zapalniczkę, a że nie zwykł uciekać się do podpalania fajek różdżką (uważał to za drobną przesadę) postanowił podążyć za zgubą toczącą się po skutym lodem chodniku. Nie miał pojęcia jak to się działo, ale malutki przedmiot nie przestawał sunąć po świeżym, gładkim lodzie a on niemal za nim nie nadążał. Ostatnim, czego chciał było wywalić się na plecy i ośmieszyć w oczach szemranych typów, którzy z pewnością go obserwowali.
Choć miał na głowie gruby kaptur a wokół twarzy zawiązał ciemny szalik, nie umiał do końca nie odróżniać się od stałych mieszkańców tego rejonu. To były jego początki na Nokturnie. Dopiero zaczynał poznawać ten światek, nawet jeśli coraz sprawniej się w nim poruszał. Znał zasady i reguły. Wiedział, na co może sobie pozwolić a na co nie. Pokazanie słabości nie było dopuszczalne. Jeśli zaraz nie dogoni zguby, może się z nią pożegnać na zawsze i usunąć się w cień z podniesioną (metaforycznie) głową. W pewnych przypadkach lepiej odpuścić.
Z tą myślą zatrzymał się na boku wąskiej alejki, do której wszedł za zapalniczką. Musiał odpuścić. Tym bardziej, że im bardziej się zastanawiał tym mocniejsze odczuwał przekonanie, że ktoś próbował wciągnąć go w pułapkę. Nic nie poruszało się po lodzie w tak gładki, szybki i jednostajny sposób. Ambroise był tego pewien. Postanowił odpuścić, niemalże obracając się na pięcie w celu odejścia, ale wtedy coś go zaskoczyło.
Nie wiedział, co się dzieje. W jednej chwili stał obok przepełnionych kubłów na śmieci, w drugiej moczył rękę w niezidentyfikowanej rozkładającej się mazi, bo odruchowo złapał krawędź kosza, żeby utrzymać się na nogach. Inaczej niemalże na pewno zostałby przygnieciony przez czyjeś cielsko, które spadło na niego z nieba. Potrzebował chwili, żeby zorientować się, że nie dokładnie stamtąd a najpewniej ze schodów pożarowych starej kamienicy. Miał je nad głową. Były całkowicie puste, ale kątem oka zdążył zobaczyć tam ruch.
Co do zwłok (jak je określił na pierwszy rzut oka) były one nie za duże. Osoba mogła mieć z metr sześćdziesiąt kilka centymetrów wzrostu i nie ważyła zbyt wiele. Owszem, mógł odsunąć się od niej i pójść swoją drogą. Na Nokturnie nie byłoby to nic złego. Czasami lepiej było nie angażować się w czyjeś porachunki, ale skoro ktoś postanowił zrzucić na niego trupa, sprawa robiła się poważna i personalna. Greengrass przykucnął obok ciała, obracając je i przykładając nieznajomemu mężczyźnie palce do szyi dokładnie w tym samym momencie, kiedy tamten otworzył zakrwawione usta i wycharczał:
- Biały Wiwern - słowa z trudem wychodziły mu z gardła, ale starał się nawiązać kontakt wzrokowy z uzdrowicielem. Niestety, Ambroise nie mógł stwierdzić, czy cokolwiek widział przez spuchnięte, pobite oczy. - Muszę... Biały Wiwern... przesyłka... nie mogą...
Po czym dosłownie sflaczał w ramionach Greengrassa i stracił przytomność.
A więc znaleźli się w tym położeniu. Uzdrowiciel ciągnął na plecach mocno pobitego nieznajomego, zastanawiając się przy okazji nad tym, czemu to do cholery robił. Nie był zbawcą świata. Miał swoje problemy. Nie chciał angażować się w porachunki gangów z Nokturnu, ale czuł wewnętrzną potrzebę zabrania rannego tam, dokąd ten (chyba) zmierzał. W lodowatym zimnie przetaczali się bocznymi uliczkami, w których nie widziało ich aż tyle oczu. Ponadto Ambroise postarał się, żeby pobity został zasłonięty jego szalikiem i wyglądał na bardziej pijanego niż nieprzytomnego.
A choć ani przez chwilę nie zastanowił się jak wejdą do Białego Wiwerna, los najwidoczniej zaczął im sprzyjać, bo ktoś wychodzący przytrzymał za sobą drzwi. Zakapturzony Ambroise i opatulony szalikiem nieznajomi wtoczyli się do środka, niemal wywracając pierwszy stolik na drodze.
Starał się go utrzymać, serio, ale kiedy nogi odmówiły mu posłuszeństwa, Ambroise z hukiem puścił towarzysza na podłogę i sam osunął się na pobliskie krzesło, dysząc ciężko.
Otóż zmierzał właśnie do domu z jednego z tych mniej oficjalnych wypadów do klientów na Nokturnie, gdy coś go rozproszyło. Próbując wyjąć papierosa z kieszeni, przypadkiem wytrącił z niej zapalniczkę, a że nie zwykł uciekać się do podpalania fajek różdżką (uważał to za drobną przesadę) postanowił podążyć za zgubą toczącą się po skutym lodem chodniku. Nie miał pojęcia jak to się działo, ale malutki przedmiot nie przestawał sunąć po świeżym, gładkim lodzie a on niemal za nim nie nadążał. Ostatnim, czego chciał było wywalić się na plecy i ośmieszyć w oczach szemranych typów, którzy z pewnością go obserwowali.
Choć miał na głowie gruby kaptur a wokół twarzy zawiązał ciemny szalik, nie umiał do końca nie odróżniać się od stałych mieszkańców tego rejonu. To były jego początki na Nokturnie. Dopiero zaczynał poznawać ten światek, nawet jeśli coraz sprawniej się w nim poruszał. Znał zasady i reguły. Wiedział, na co może sobie pozwolić a na co nie. Pokazanie słabości nie było dopuszczalne. Jeśli zaraz nie dogoni zguby, może się z nią pożegnać na zawsze i usunąć się w cień z podniesioną (metaforycznie) głową. W pewnych przypadkach lepiej odpuścić.
Z tą myślą zatrzymał się na boku wąskiej alejki, do której wszedł za zapalniczką. Musiał odpuścić. Tym bardziej, że im bardziej się zastanawiał tym mocniejsze odczuwał przekonanie, że ktoś próbował wciągnąć go w pułapkę. Nic nie poruszało się po lodzie w tak gładki, szybki i jednostajny sposób. Ambroise był tego pewien. Postanowił odpuścić, niemalże obracając się na pięcie w celu odejścia, ale wtedy coś go zaskoczyło.
Nie wiedział, co się dzieje. W jednej chwili stał obok przepełnionych kubłów na śmieci, w drugiej moczył rękę w niezidentyfikowanej rozkładającej się mazi, bo odruchowo złapał krawędź kosza, żeby utrzymać się na nogach. Inaczej niemalże na pewno zostałby przygnieciony przez czyjeś cielsko, które spadło na niego z nieba. Potrzebował chwili, żeby zorientować się, że nie dokładnie stamtąd a najpewniej ze schodów pożarowych starej kamienicy. Miał je nad głową. Były całkowicie puste, ale kątem oka zdążył zobaczyć tam ruch.
Co do zwłok (jak je określił na pierwszy rzut oka) były one nie za duże. Osoba mogła mieć z metr sześćdziesiąt kilka centymetrów wzrostu i nie ważyła zbyt wiele. Owszem, mógł odsunąć się od niej i pójść swoją drogą. Na Nokturnie nie byłoby to nic złego. Czasami lepiej było nie angażować się w czyjeś porachunki, ale skoro ktoś postanowił zrzucić na niego trupa, sprawa robiła się poważna i personalna. Greengrass przykucnął obok ciała, obracając je i przykładając nieznajomemu mężczyźnie palce do szyi dokładnie w tym samym momencie, kiedy tamten otworzył zakrwawione usta i wycharczał:
- Biały Wiwern - słowa z trudem wychodziły mu z gardła, ale starał się nawiązać kontakt wzrokowy z uzdrowicielem. Niestety, Ambroise nie mógł stwierdzić, czy cokolwiek widział przez spuchnięte, pobite oczy. - Muszę... Biały Wiwern... przesyłka... nie mogą...
Po czym dosłownie sflaczał w ramionach Greengrassa i stracił przytomność.
A więc znaleźli się w tym położeniu. Uzdrowiciel ciągnął na plecach mocno pobitego nieznajomego, zastanawiając się przy okazji nad tym, czemu to do cholery robił. Nie był zbawcą świata. Miał swoje problemy. Nie chciał angażować się w porachunki gangów z Nokturnu, ale czuł wewnętrzną potrzebę zabrania rannego tam, dokąd ten (chyba) zmierzał. W lodowatym zimnie przetaczali się bocznymi uliczkami, w których nie widziało ich aż tyle oczu. Ponadto Ambroise postarał się, żeby pobity został zasłonięty jego szalikiem i wyglądał na bardziej pijanego niż nieprzytomnego.
A choć ani przez chwilę nie zastanowił się jak wejdą do Białego Wiwerna, los najwidoczniej zaczął im sprzyjać, bo ktoś wychodzący przytrzymał za sobą drzwi. Zakapturzony Ambroise i opatulony szalikiem nieznajomi wtoczyli się do środka, niemal wywracając pierwszy stolik na drodze.
Starał się go utrzymać, serio, ale kiedy nogi odmówiły mu posłuszeństwa, Ambroise z hukiem puścił towarzysza na podłogę i sam osunął się na pobliskie krzesło, dysząc ciężko.