Być może powinien ją uprzedzić nieco wcześniej o swoim przybyciu, a najlepiej to umówić się na spotkanie w jakimś naturalnym miejscu, poza widokiem Vakela. Domyślał się, że ten jego przesadzony do granic możliwości egocentryzm odbijał się na bogu ducha winnej Lyssie. Musiało tak być, bo raz że on i Louvain za sobą kompletnie nie przepadali, a dwa że szatynowa Francuzeczka była dla niego idealną ofiarą na wyładowanie swoich toksycznych frustracji. Był jej ojcem, ona była od niego zależna, więc nie musiał się niczego obawiać, tak jak pewnie nie oszczędzał sobie wylewanej na nią żółci.
Jednak sprawa z którą do niej przychodził bardzo by ucierpiała, gdyby dotarła do niepotrzebnej pary uszu. No i nie było się co oszukiwać, chciał ją zobaczyć tak szybko jak to możliwe. Po spotkaniu na pojedynku, swoją obecnością i prezencją w najlepszym, wieczorowym wydaniu zapadła mu pamięci, to jasne. Ale tym razem w domowych warunkach, w wersji nieco bardziej sauté. W białym fartuchu poplamionym różnobarwne. Z zadziornym uśmiechem, zamiast karcącego spojrzenia Dolohova na karku. A w aurze terpentyny, w otoczeniu aromatu olejnych farb była jeszcze bardziej urocza, niż ostatnio.
- Rozum? Tylko?- powtórzył za nią, wyższym głosem, niby zaskoczony. - Żadna to cena za taką Femme fatale...- dorzucił i momentalnie odwzajemnił uszczypliwy uśmiech.
Przyglądał się jej, w swojej zastygniętej pozie z skrzyżowanymi rękami na klatce. Podążał wzrokiem za jej każdym ruchem, kiedy odkładała pędzel i kiedy zakręcała słoiczki z farbą by nie wyschły na powietrzu. Pewnie gdyby nie kojarzył tej atmosfery z własnego domu, czułby się w pewnym stopniu onieśmielony jej warsztatem i tym jak wyglądał jej mały świat od wewnątrz. Nawet kiedy takie widoki do złudzenia przypominały mu dokładnie jedno i przywodziły myśli o Lorettcie to nie tracił rezonu i nie zamierzał sobie psuć nastroju wspomnieniami o rozczarowaniu o niej. Nawet na moment zapomniał o pulsującym oku, po bójce w klubie na afterze. To na szczęście zdążył przykryć odpowiednim zaklęciem transmutacji, by nie wyglądać przy paryskiej królewnie na ofiarę przemocy domowej.
- Zwyczajnie odsyłam te, które złożyłaś na grobie mojego sukcesu... - odpowiedział trochę jakby od niechcenia kiwając głową na boki. - Zresztą jak się nie mylę właśnie takie, no może nieco bardziej złote widnieją w herbie starego kraju. Fleur-de-lis, paryska królewno. Dookreślił swój symboliczny podarunek nawiązujący jeszcze do czasów królestwa Francji. Lekcje heraldyki nie poszły wcale na marne jak mówiła jego matka, przynajmniej teraz mógł się nieco przypodobać takiej jednej, ślicznej.
Odpuścił łakome spojrzenie, dopiero kiedy weszła na swoją filuterną tonację. Na ten dźwięk, aż zamknął oczy, by bardziej skupić się na tym konkretnym bodźcu. Przyjemny dreszcz przeszedł wzdłuż karku, rozchodząc się bo barkach, aż musiał pogładzić się po skórze za kołnierzem. Podniósł powieki dopiero kiedy skończyła zdanie. Westchnął niby nie wiedząc jak ma zacząć, choć tak naprawdę żałował, że wibracje ustały.
W końcu wyjął z kieszeni niewielkich rozmiarów, ręczne lusterko. Może i kiedyś ładnie zdobione, ale teraz osmolone, ze śladami po pożarze na sobie. Położył na stoliku obok nich. - Należało do Alanny Carrow, pracownicy Ministerstwa. - zaczął krótko i bardzo ogólnie. Na ten moment przybrał już nieco bardziej poważny ton, skupiając się już na sednie całej wizyty. - W jej mieszkaniu wybuchł niedawno pożar, a sama Alanna zaginęła. Ciągnął dalej i mówiąc o mieszkaniu wskazał palcem na ślady po otwartym źródle ognia, które zostawiło ślady na omawianym przedmiocie. - Potrzebuję więcej poszlak i pomyślałem, że może będziesz w stanie mi w tym pomóc. Byłbym bardzo zobowiązany, gdyby udało Ci się ustalić coś nowego w tej sprawie. Tonem niepodobnym do tego sprzed kilku chwil, kiedy jeszcze żartował sobie niewinnie o tym i o tamtym, na koniec uśmiechnął się pogodnie, tak kiedy starał się uchodzić na życzliwego czarodzieja, kiedy potrzebował czyjej pomocy.