15.01.2023, 20:53 ✶
Ten kryzys miał się później odbijać Fergusowi czkawką. Wrzucił całą tę relację do morza i patrzył, jak tonie, licząc na to, że samoistnie wypłynie na powierzchnię, bo on sam nie potrafił nic z tym zrobić. Dawno nie był tak skołowany. Wspomnienia o niedawnym wypadku zacierały mu się w głowie, nie miał pojęcia, co działo się z Castielem, dopóki się tutaj nie pojawił, ani do czego to wszystko doprowadzi. Niepewność przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, a wszystko to skupiało się wokół jednej osoby. Kręcił się po orbicie wokół Flinta, zatracając poczucie własnej niezależności. Artefakt namieszał mu w głowie nie tylko wtedy, gdy odnalazł jego słabość. Efekty jego działania wciąż w nim pozostawały, wprowadzając niepewność w każdej chwili, w której chciał kierować się instynktem. Jak gdyby chciał zabić te impulsy, które składały się na całość tego, jaki Fergus był. Musiał wrócić do siebie, do stanu sprzed kataklizmu w gabinecie Castiela, a żeby tak się stało, potrzebował dokładnego określenia, na czym stał. Niewiedza była najgorszą przypadłością, jaka go spotykała już od dzieciństwa. Jak widać, miał rację, twierdząc kiedyś, że odkryje coś, co mogło go przerazić. Tym faktem najwyraźniej było to, że Flint był w stanie w jakiś sposób mu wybaczyć. A Fergus znał siebie, wiedział, że brak precyzyjnie zarysowanych granic go nie powstrzyma. I chociaż się starał, porywczość wygrywała dość często nad rozsądkiem. Gdyby tak nie było, nigdy nie pocałowałby Castiela, pomimo braku jakiejkolwiek wizji na jego reakcję.
Skoro bał się, że mógł go skrzywdzić jeszcze bardziej swoim nieokiełznanym zachowaniem, oznaczało to, że zależało mu bardziej, niż mógł się tego po sobie spodziewać. Przepadł dość gwałtownie, za szybko, widząc zainteresowanie płynące z drugiej strony. Skoro poszło tak łatwo, oczywistym było, że w końcu coś się zepsuje. Tak działała karma, za dobre wspomnienia trzeba płacić koszmarami.
- Ale nie potrafię podjąć jej sam - przyznał mu całkiem szczerze. Ułatwiłoby mu, gdyby potrafił wyczytać cokolwiek z twarzy Casa. Ale sam to wszystko zaczął i nie mógł odpuścić, choć naprawdę to jedyna bezpieczna dla nich opcja. Jakakolwiek przerwa nie wchodziła w rachubę, bo długo by na niej nie przetrwał. Jedynie rozstanie odstraszyłoby go na dobre, jednak tej opcji nawet nie zamierzał rozważać. Może przez chwilę przeszła mu przez myśl, kiedy na siebie krzyczeli, ale gdy emocje opadły…
Wygadał się, nawet aż za bardzo. Kiedy słowa odbijały się echem od pustych ścian, dopiero docierało do niego ich znaczenie. We własnym umyśle się wahał, ale na głos okazywało się, że rzeczywiście coś do Castiela czuł i uczucie to bez problemu dało się nazwać. Zakochanie.
Wtulił się w niego, opierając głowę na ramieniu Flinta i czując, że drży. Ogarnął go znajomy zapach, który przez moment przypomniał mu o szkatułce, ale przecież to był Castiel. Tylko Castiel. Żadne czarnomagiczne moce, które chciałyby go zabić. Napięcie opadało i miał ochotę się rozpłakać, gdy stali tak blisko siebie i czuł dłoń blondyna wplątaną w jego włosy. Nie mógł jednak tego zrobić, uczono go, by nie okazywał takiej dziewczęcej słabości. I chociaż nie wpisywał się we wzorce prawidłowych zachowań, uraza w głowie pozostała. Znów instynktownie przygryzł usta, niemalże do krwi, by powstrzymać niepożądane emocje. I byłby tak trwał, gdyby nie hałas dochodzący z korytarza, który sprawił, że poderwał głowę w kierunku drzwi, podczas gdy Castiel się od niego odsunął. Ogarnęło go przejmujące uczucie zimna i nie wiedział już, czy spróbować go ponownie przytulić, czy sięgnąć po koc, który został na podłodze. Odpowiedź znalazł w geście mężczyzny, gdy ten wcisnął dłonie do kieszeni, więc schylił się po okrycie i narzucił je sobie na plecy, szukając nowego, mniej satysfakcjonującego źródła ciepła.
- Co to za wolność, kiedy musisz się ukrywać? - jęknął, znów mimochodem spoglądając w kierunku drzwi. Jaki był z niego buntownik? Od kilku dni karmił się jedynie strachem i to nie dawało mu spokoju. Objął się ramionami, ciągnąc koc, by lepiej go oplatał. Wyglądał przy tym jak chodzące nieszczęście z kołtunami i kosmykami opadającymi mu na twarz.
- Żeby wrócić do tego, co było wcześniej, potrzebowałbym amnezjatora - mruknął, niechętnie o tym wspominając. Nie chciał wymazania pamięci, utraty tych wspomnień i uczuć, nawet jeśli w pewnym momencie miałyby mu się kojarzyć z bólem. Składały się na jego osobowość, na to kim był. Sprawiały, że w jego życiu zapanował jeszcze większy chaos, a tym się właśnie kierował. Zamętem. - Nie mam zamiaru z ciebie rezygnować, Cas - wtrącił mu w pół słowa, wciąż oplatając się narzutą i uśmiechnął się do niego lekko. Żeby tylko pocałunku. Ale nie powiedział tego na głos, czując, że jego twarz uderza kolejna fala ciepła. - Czym jest szczęście? - zaśmiał się, nie rozumiejąc swojego melancholijnego nastroju. Chyba eliksiry, które zażywał przez ostatnie dni, namieszały mu w głowie. Ulga mieszała się wciąż ze strachem, radość z niepokojem. Przestąpił krok do przodu i znów oparł głowę na ramieniu Castiela, stojąc tak przed nim opleciony kocem i nie wiedząc, co począć. Potrzebował tej bliskości bardziej niż powietrza.
- Skąd mam wiedzieć, czy jeśli stąd wyjdę, nie zaatakuje mnie gigantyczna meduza pragnąca podbić cały świat i dzierżąca w swojej macce miecz? - spytał, nagle przypominając sobie wizję inteligentnego parzydełkowca, którą wymyślił podczas spaceru z Reginą. W porównaniu z tą straszną szkatułką zdawała się ledwie zabawą dla małych dzieci. - Dziękuję, że tu jesteś - dodał w końcu, bardzo cicho, bo glos tłumiła bliskość jego ust względem ciała Castiela. Wysunął ramiona spod koca, oplatajac nimi mężczyznę, tak że obaj znaleźli się częściowo pod nakryciem. W dupie miał to, że mógł tu wejść jakiś uzdrowiciel.
Skoro bał się, że mógł go skrzywdzić jeszcze bardziej swoim nieokiełznanym zachowaniem, oznaczało to, że zależało mu bardziej, niż mógł się tego po sobie spodziewać. Przepadł dość gwałtownie, za szybko, widząc zainteresowanie płynące z drugiej strony. Skoro poszło tak łatwo, oczywistym było, że w końcu coś się zepsuje. Tak działała karma, za dobre wspomnienia trzeba płacić koszmarami.
- Ale nie potrafię podjąć jej sam - przyznał mu całkiem szczerze. Ułatwiłoby mu, gdyby potrafił wyczytać cokolwiek z twarzy Casa. Ale sam to wszystko zaczął i nie mógł odpuścić, choć naprawdę to jedyna bezpieczna dla nich opcja. Jakakolwiek przerwa nie wchodziła w rachubę, bo długo by na niej nie przetrwał. Jedynie rozstanie odstraszyłoby go na dobre, jednak tej opcji nawet nie zamierzał rozważać. Może przez chwilę przeszła mu przez myśl, kiedy na siebie krzyczeli, ale gdy emocje opadły…
Wygadał się, nawet aż za bardzo. Kiedy słowa odbijały się echem od pustych ścian, dopiero docierało do niego ich znaczenie. We własnym umyśle się wahał, ale na głos okazywało się, że rzeczywiście coś do Castiela czuł i uczucie to bez problemu dało się nazwać. Zakochanie.
Wtulił się w niego, opierając głowę na ramieniu Flinta i czując, że drży. Ogarnął go znajomy zapach, który przez moment przypomniał mu o szkatułce, ale przecież to był Castiel. Tylko Castiel. Żadne czarnomagiczne moce, które chciałyby go zabić. Napięcie opadało i miał ochotę się rozpłakać, gdy stali tak blisko siebie i czuł dłoń blondyna wplątaną w jego włosy. Nie mógł jednak tego zrobić, uczono go, by nie okazywał takiej dziewczęcej słabości. I chociaż nie wpisywał się we wzorce prawidłowych zachowań, uraza w głowie pozostała. Znów instynktownie przygryzł usta, niemalże do krwi, by powstrzymać niepożądane emocje. I byłby tak trwał, gdyby nie hałas dochodzący z korytarza, który sprawił, że poderwał głowę w kierunku drzwi, podczas gdy Castiel się od niego odsunął. Ogarnęło go przejmujące uczucie zimna i nie wiedział już, czy spróbować go ponownie przytulić, czy sięgnąć po koc, który został na podłodze. Odpowiedź znalazł w geście mężczyzny, gdy ten wcisnął dłonie do kieszeni, więc schylił się po okrycie i narzucił je sobie na plecy, szukając nowego, mniej satysfakcjonującego źródła ciepła.
- Co to za wolność, kiedy musisz się ukrywać? - jęknął, znów mimochodem spoglądając w kierunku drzwi. Jaki był z niego buntownik? Od kilku dni karmił się jedynie strachem i to nie dawało mu spokoju. Objął się ramionami, ciągnąc koc, by lepiej go oplatał. Wyglądał przy tym jak chodzące nieszczęście z kołtunami i kosmykami opadającymi mu na twarz.
- Żeby wrócić do tego, co było wcześniej, potrzebowałbym amnezjatora - mruknął, niechętnie o tym wspominając. Nie chciał wymazania pamięci, utraty tych wspomnień i uczuć, nawet jeśli w pewnym momencie miałyby mu się kojarzyć z bólem. Składały się na jego osobowość, na to kim był. Sprawiały, że w jego życiu zapanował jeszcze większy chaos, a tym się właśnie kierował. Zamętem. - Nie mam zamiaru z ciebie rezygnować, Cas - wtrącił mu w pół słowa, wciąż oplatając się narzutą i uśmiechnął się do niego lekko. Żeby tylko pocałunku. Ale nie powiedział tego na głos, czując, że jego twarz uderza kolejna fala ciepła. - Czym jest szczęście? - zaśmiał się, nie rozumiejąc swojego melancholijnego nastroju. Chyba eliksiry, które zażywał przez ostatnie dni, namieszały mu w głowie. Ulga mieszała się wciąż ze strachem, radość z niepokojem. Przestąpił krok do przodu i znów oparł głowę na ramieniu Castiela, stojąc tak przed nim opleciony kocem i nie wiedząc, co począć. Potrzebował tej bliskości bardziej niż powietrza.
- Skąd mam wiedzieć, czy jeśli stąd wyjdę, nie zaatakuje mnie gigantyczna meduza pragnąca podbić cały świat i dzierżąca w swojej macce miecz? - spytał, nagle przypominając sobie wizję inteligentnego parzydełkowca, którą wymyślił podczas spaceru z Reginą. W porównaniu z tą straszną szkatułką zdawała się ledwie zabawą dla małych dzieci. - Dziękuję, że tu jesteś - dodał w końcu, bardzo cicho, bo glos tłumiła bliskość jego ust względem ciała Castiela. Wysunął ramiona spod koca, oplatajac nimi mężczyznę, tak że obaj znaleźli się częściowo pod nakryciem. W dupie miał to, że mógł tu wejść jakiś uzdrowiciel.