07.09.2024, 21:49 ✶
Nie zarejestrował nadejścia Geraldine. Nie dość, że się jej tutaj nie spodziewał to dodatkowo miał wrażenie, że przysnął na moment. Ciągnął tego gagatka kilka kilometrów, bo nie znał innego miejsca, do którego mógłby go zabrać niż to, o którym koleś wspomniał zanim zemdlał.
Najpewniej Greengrass mógł trafić znacznie gorzej niż na znajomą twarz. Stracił gardę, czego nie powinien robić na Nokturnie. Nawet o tym nie myślał.
- No co ty, kurwa, nie powiesz - burknął nie siląc się na bycie przyjemnym. Prawdę mówiąc ledwo zarejestrował, że odpowiedział komuś na wątpliwy komplement albo jawną obelgę. Zrobiła to podświadomość Ambroisa.
Miał półprzymknięte oczy i oddychał ciężko. Skupiał się na dźwięku buzującej krwi w żyłach, który wypełniał mu uszy. Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu głowa. Ramiona miał zesztywniałe od zimna i ciężaru tamtego gościa. Prawdopodobnie powinien zainteresować się swoim przyszłym pacjentem (najpewniej, jeśli nadal żył), ale w tej chwili zaciskał zęby, żeby nie zacząć charczeć krwistą flegmą.
To był bardzo duży wysiłek fizyczny jak na to, co obecnie przechodził. Niecały tydzień temu wyleczył się z poważnej grypy i nadal czuł skutki choroby. Był znacznie słabszy niż zazwyczaj. Ten dzień bardzo mu się wydłużył, przez co niemal nie odpoczął. I nie zapowiadało się, że odpocznie przez najbliższe godziny. Jeśli ten mężczyzna miał szansę na przeżycie, potrzebował opieki uzdrowiciela a Ambroise nie sądził, żeby mógł trafić do Munga.
Na szczęście nieznajomego znał personel i właścicieli baru. Mógł dostać jakiś wolny pokój. Zapłaciłby za to wymianą przysług, nie pieniędzmi. Tak to już było w przypadku dyskretnych spraw w tej szemranej części Londynu. Rządziły się swoimi prawami. Greengrass to wiedział.
Oczywiście, nie życzył ofierze śmierci, ale to byłoby dla niego znacznie wygodniejsze. Nie musiałby kombinować ani dalej mieszać się w nieswoje sprawy. Lecząc delikwenta mógł narobić sobie problemów, których nie chciał. Zostawiając go pośrodku baru, mógłby być w tej samej sytuacji. Jeśli chciał porzucić pobitego, dawno przegapił jedyną możliwość. Zabierając go z tamtej alejki podjął wiążącą decyzję. Nieważne, że był skrajnie zmęczony.
Rany nie miały się same zaleczyć. No. Miały, ale nieprzytomny czarodziej mógł tego nie doczekać. W mroku nocy Greengrass nie mógł zbadać, co się stało i jak poważny był stan ofiary (a może oprawcy? nic o nim nie wiedział). Wydał z siebie cichy wydech, przetarł oczy i znowu westchnął.
- O ja, kurwa, pierdolę - skomentował do nikogo szczególnego ani nawet do siebie. Potrzebował wyrzucić z siebie to całe zmęczenie, zanim zmusi się, żeby ruszyć do akcji. Jeszcze chwila. Tylko sekundka.
W pomieszczeniu było całkiem ciepło. Dużo przyjemniej niż na zewnątrz. Już nie drętwiał tak bardzo. Czuł, że zaczyna odpływać i niewiele mógł temu zaradzić.
Najpewniej Greengrass mógł trafić znacznie gorzej niż na znajomą twarz. Stracił gardę, czego nie powinien robić na Nokturnie. Nawet o tym nie myślał.
- No co ty, kurwa, nie powiesz - burknął nie siląc się na bycie przyjemnym. Prawdę mówiąc ledwo zarejestrował, że odpowiedział komuś na wątpliwy komplement albo jawną obelgę. Zrobiła to podświadomość Ambroisa.
Miał półprzymknięte oczy i oddychał ciężko. Skupiał się na dźwięku buzującej krwi w żyłach, który wypełniał mu uszy. Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu głowa. Ramiona miał zesztywniałe od zimna i ciężaru tamtego gościa. Prawdopodobnie powinien zainteresować się swoim przyszłym pacjentem (najpewniej, jeśli nadal żył), ale w tej chwili zaciskał zęby, żeby nie zacząć charczeć krwistą flegmą.
To był bardzo duży wysiłek fizyczny jak na to, co obecnie przechodził. Niecały tydzień temu wyleczył się z poważnej grypy i nadal czuł skutki choroby. Był znacznie słabszy niż zazwyczaj. Ten dzień bardzo mu się wydłużył, przez co niemal nie odpoczął. I nie zapowiadało się, że odpocznie przez najbliższe godziny. Jeśli ten mężczyzna miał szansę na przeżycie, potrzebował opieki uzdrowiciela a Ambroise nie sądził, żeby mógł trafić do Munga.
Na szczęście nieznajomego znał personel i właścicieli baru. Mógł dostać jakiś wolny pokój. Zapłaciłby za to wymianą przysług, nie pieniędzmi. Tak to już było w przypadku dyskretnych spraw w tej szemranej części Londynu. Rządziły się swoimi prawami. Greengrass to wiedział.
Oczywiście, nie życzył ofierze śmierci, ale to byłoby dla niego znacznie wygodniejsze. Nie musiałby kombinować ani dalej mieszać się w nieswoje sprawy. Lecząc delikwenta mógł narobić sobie problemów, których nie chciał. Zostawiając go pośrodku baru, mógłby być w tej samej sytuacji. Jeśli chciał porzucić pobitego, dawno przegapił jedyną możliwość. Zabierając go z tamtej alejki podjął wiążącą decyzję. Nieważne, że był skrajnie zmęczony.
Rany nie miały się same zaleczyć. No. Miały, ale nieprzytomny czarodziej mógł tego nie doczekać. W mroku nocy Greengrass nie mógł zbadać, co się stało i jak poważny był stan ofiary (a może oprawcy? nic o nim nie wiedział). Wydał z siebie cichy wydech, przetarł oczy i znowu westchnął.
- O ja, kurwa, pierdolę - skomentował do nikogo szczególnego ani nawet do siebie. Potrzebował wyrzucić z siebie to całe zmęczenie, zanim zmusi się, żeby ruszyć do akcji. Jeszcze chwila. Tylko sekundka.
W pomieszczeniu było całkiem ciepło. Dużo przyjemniej niż na zewnątrz. Już nie drętwiał tak bardzo. Czuł, że zaczyna odpływać i niewiele mógł temu zaradzić.