07.09.2024, 22:50 ✶
Trudno było stwierdzić, co by się stało, gdyby nie postanowił bawić się w zamaskowanego bohatera. Prawdopodobnie popełniał bardzo duży błąd. Niedawna choroba, wyziębienie i zmęczenie coraz bardziej łączyły się z tępym bólem głowy i reszty ciała a ciepło pomieszczenia jeszcze bardziej go rozprężało. Gdyby widział się z perspektywy uzdrowiciela niechybnie zawyrokowałby co najmniej lekki wstrząs mózgu (całkiem słusznie, bo przecież pobity człowiek spadł mu niemalże na głowę). Tymczasem teraz był święcie przekonany, że wszystko było z nim w porządku. Potrzebował wyłącznie chwili odpoczynku w totalnej ciszy. Nic więcej. Później mógł zabrać się do spełniania powinności uzdrowiciela.
- Tak, tak - zbył komentarz machnięciem dłoni. Zbyt rozproszony, żeby przemyśleć, że nie miał do czynienia z dużą muchą. Kobiece słowa brzęczały mu w głowie. Bzyczała mu nad uchem i tylko na tym umiał się skupić.
Było tu za głośno. Przyjemnie ciepło, ale stanowczo zbyt głośno. Każdy cudzy krok odbijał się echem w jego głowie. Odruchowo mocniej oparł ją na dłoniach, niemal skrył w rękawach ubrudzonych nieswoją krwią.
- Poranny to on nie jest. Mamy wieczór. Chyba - odburknął, brzmiąc na bardziej rozkojarzonego niż to brzmiało w jego głowie.
Ponadto naprawdę dziwiło go pytanie o ranność, gdy ewidentnie mieli późny wieczór. Upewnił się co do tego poprzez rzucenie okiem na zakurzone, częściowo zalepione gazetami okno. Tak, było ciemno.
- Mamy wieczór - powtórzył z większym zdecydowaniem, chcąc utwardzić swoją pozycję. Nie mylił się co do pory dnia. W żadnym razie.
Nadal był wieczór, godziny wcale mu nie uciekły, a jednak czuł się całkowicie skołowany. Jak ktoś, kto dopiero wybudził się z głębokiego snu i nie umiał odnaleźć się w rzeczywistości. Nie rozumiał, dlaczego. Tak właściwie to niewiele rozumiał. Wiedział tyle, że strasznie drażni go światło i że każdy dźwięk zwielokrotnia się w jego głowie, jakby był falą uderzeniową w mózg.
- Ujdę - machnął ręką w nieokreślonym kierunku, bo nadal nie umiał się za bardzo skupić na niczym innym niż wirująca podłoga.
Oczywiście, miał na myśli coś między "dam radę", "dojdę tam, jakoś" a "mój stan ujdzie". Z tych wszystkich głębokich przekazów powstał On. Kapitan Ujdę. Nie potrafił zmusić się do niczego więcej niż tego zapewnienia. Przynajmniej zrozumiał, że potrzebowali wstać od stolika i gdzieś pójść. Nie do końca wiedział, gdzie by to miało być, ale nie myślał o tym. Coś wewnątrz mówiło mu, że musiał słuchać poleceń, więc otworzył oczy, przetarł je i podciągnął się do pionu. Miał wrażenie, jakby był pijany a przecież nic nie pił. Prawda? To całe skalowanie było nienaturalne. Zaburzało mu zmysły i sprawiało, że miał trudność z utrzymaniem resztek przytomności umysłu.
Do tego przez cały czas czuł tępe pulsowanie w głowie. Rzeczywistość trochę mu się rozmywała.
Szli gdzieś, prawda?
Czy już doszli i tam byli?
Tam tu?
- Tak, tak - zbył komentarz machnięciem dłoni. Zbyt rozproszony, żeby przemyśleć, że nie miał do czynienia z dużą muchą. Kobiece słowa brzęczały mu w głowie. Bzyczała mu nad uchem i tylko na tym umiał się skupić.
Było tu za głośno. Przyjemnie ciepło, ale stanowczo zbyt głośno. Każdy cudzy krok odbijał się echem w jego głowie. Odruchowo mocniej oparł ją na dłoniach, niemal skrył w rękawach ubrudzonych nieswoją krwią.
- Poranny to on nie jest. Mamy wieczór. Chyba - odburknął, brzmiąc na bardziej rozkojarzonego niż to brzmiało w jego głowie.
Ponadto naprawdę dziwiło go pytanie o ranność, gdy ewidentnie mieli późny wieczór. Upewnił się co do tego poprzez rzucenie okiem na zakurzone, częściowo zalepione gazetami okno. Tak, było ciemno.
- Mamy wieczór - powtórzył z większym zdecydowaniem, chcąc utwardzić swoją pozycję. Nie mylił się co do pory dnia. W żadnym razie.
Nadal był wieczór, godziny wcale mu nie uciekły, a jednak czuł się całkowicie skołowany. Jak ktoś, kto dopiero wybudził się z głębokiego snu i nie umiał odnaleźć się w rzeczywistości. Nie rozumiał, dlaczego. Tak właściwie to niewiele rozumiał. Wiedział tyle, że strasznie drażni go światło i że każdy dźwięk zwielokrotnia się w jego głowie, jakby był falą uderzeniową w mózg.
- Ujdę - machnął ręką w nieokreślonym kierunku, bo nadal nie umiał się za bardzo skupić na niczym innym niż wirująca podłoga.
Oczywiście, miał na myśli coś między "dam radę", "dojdę tam, jakoś" a "mój stan ujdzie". Z tych wszystkich głębokich przekazów powstał On. Kapitan Ujdę. Nie potrafił zmusić się do niczego więcej niż tego zapewnienia. Przynajmniej zrozumiał, że potrzebowali wstać od stolika i gdzieś pójść. Nie do końca wiedział, gdzie by to miało być, ale nie myślał o tym. Coś wewnątrz mówiło mu, że musiał słuchać poleceń, więc otworzył oczy, przetarł je i podciągnął się do pionu. Miał wrażenie, jakby był pijany a przecież nic nie pił. Prawda? To całe skalowanie było nienaturalne. Zaburzało mu zmysły i sprawiało, że miał trudność z utrzymaniem resztek przytomności umysłu.
Do tego przez cały czas czuł tępe pulsowanie w głowie. Rzeczywistość trochę mu się rozmywała.
Szli gdzieś, prawda?
Czy już doszli i tam byli?
Tam tu?