08.09.2024, 00:23 ✶
- To dobrze - zaakceptował odpowiedź, kiwnął głową dwa razy i odchrząknął. - To znaczy, że wszystko jest okay - nie, nie było.
Dla wszystkich prócz Greengrassa, który poczuł się znacznie lepiej z tym, że nie stracił żadnej znacznej ilości godzin. Miał wrażenie, że w jakimś momencie przysnął, ale to musiało być mniej niż na godzinę. Nie było najgorzej. Zastanawiał się tylko, co tak właściwie robił poza swoim łóżkiem w towarzystwie co najmniej dwóch osób. Trzecią leżącą na ziemi przestał rejestrować, zanim przypadkiem nie tracił czarodzieja nogą.
Spojrzał na zamaskowanego szalikiem mężczyznę i zmarszczył brwi. Było mu mdło. Odczuwał narastające gorąco zmieszane z niepokojem zwiększającym się, kiedy patrzył na tego człowieka. Im bardziej to robił, tym goręcej mu było. Niemal nie zauważył, gdy zrzucił z siebie płaszcz na podłogę. Wysunął ręce z rękawów i stracił wierzchnie ubranie za krzesło, jakby było niewygodnym, przeszkadzającym żukiem za kołnierzem. Rękawiczki trafiły tam chwilę później.
To nie wystarczyło. Wciąż było mu za gorąco. A dźwięki drażniły uszy, odbijając się echem w głowie.
- Uchodzę - sprzeciwił się przeciwko... czemuś. Nawet nie pamiętał, przeciwko czemu, ale przecież uchodził. To było w tym najistotniejsze. - Niby, że ja nie ujdę? Jasne, że ujdę - zapewnił nie do końca przytomnie. Biorąc sobie za punkt honoru to, żeby zrobić to, o czym mówił. Ujść. Dojść. Czy coś takiego. Mgliście pamiętał, że mieli gdzieś iść, ale po chwili wywnioskował, że może doszli.
A jednak nie doszli?
Nagle poczuł się dziwacznie zobowiązany do wstania i powiedzenia nogami za towarzystwem, które ruszyło w kierunku drzwi prowadzących po niesamowicie długich schodach. Szedł za nimi, opierając się o barierkę i ściany, bo czuł, że powinien. Tak ciężko mu było zebrać myśli...
Zawieszał się w najbardziej przypadkowych momentach, ale dzielnie brnął do przodu po nieskończonej ilości stopni i przeszkód. Cała ta wyprawa wydawała mu się drogą przez mękę. Nawet większą niż ta, którą przeszedł przed kilkoma chwilami, gdy chyba robił coś ważnego. To musiało być wtedy istotne, ale teraz niespecjalnie się liczyło. W obliczu zmęczenia i palącego ognia niewiele było ważniejsze.
Pamiętał, żeby iść, więc dlaczego nagle złapał się na tym, że stał i nie wiedział, gdzie powinien ruszyć. Gdyby nie kobieca ręka, która pociągnęła go przez wszechogarniający świat majaków na jawie, pewnie nadal stałby tak kompletnie zagubiony. Tymczasem nagle odnalazł się na krześle. Wciąż skołowany, ale siedzący, co było niemałą ulgą dla rozpalonego ciała.
- Huh? - wymamrotał, próbując skupić wzrok na znajomej twarzy. Po raz pierwszy tego wieczoru skupił się na niej na tyle, żeby spróbować wyostrzyć spojrzenie. Nie było to zbyt łatwe. Starał się wodzić wzrokiem za palcami przed oczami, ale w efekcie robił głównie zeza.
- Za szybko - zakomunikował, poddając się.
Zamiast tego zamknął oczy, pocierając skronie.
Musiał dojść do siebie. Wiedział to. W przeciwieństwie do tego, czego od niego oczekiwano. Pamiętał o pobitym mężczyźnie i o uderzeniu w alejce. Do tej pory czuł tamten odrzut, gdy nieprzytomny czarodziej spadł na niego ze schodów pożarowych, ale nie wiedział, co się stało później. Nie pamiętał czy mu pomógł ani jak właściwie znaleźli się w tym pokoju. Jedynym, czego chciał było padnięcie na łóżko i sen. W myślach już zrobił kilka kroków w kierunku materaca, po czym w rzeczywistości uniósł się i natychmiast z powrotem przysiadł na krawędzi krzesła. Co miał zrobić? Nie pamiętał? Pamiętał?
Dla wszystkich prócz Greengrassa, który poczuł się znacznie lepiej z tym, że nie stracił żadnej znacznej ilości godzin. Miał wrażenie, że w jakimś momencie przysnął, ale to musiało być mniej niż na godzinę. Nie było najgorzej. Zastanawiał się tylko, co tak właściwie robił poza swoim łóżkiem w towarzystwie co najmniej dwóch osób. Trzecią leżącą na ziemi przestał rejestrować, zanim przypadkiem nie tracił czarodzieja nogą.
Spojrzał na zamaskowanego szalikiem mężczyznę i zmarszczył brwi. Było mu mdło. Odczuwał narastające gorąco zmieszane z niepokojem zwiększającym się, kiedy patrzył na tego człowieka. Im bardziej to robił, tym goręcej mu było. Niemal nie zauważył, gdy zrzucił z siebie płaszcz na podłogę. Wysunął ręce z rękawów i stracił wierzchnie ubranie za krzesło, jakby było niewygodnym, przeszkadzającym żukiem za kołnierzem. Rękawiczki trafiły tam chwilę później.
To nie wystarczyło. Wciąż było mu za gorąco. A dźwięki drażniły uszy, odbijając się echem w głowie.
- Uchodzę - sprzeciwił się przeciwko... czemuś. Nawet nie pamiętał, przeciwko czemu, ale przecież uchodził. To było w tym najistotniejsze. - Niby, że ja nie ujdę? Jasne, że ujdę - zapewnił nie do końca przytomnie. Biorąc sobie za punkt honoru to, żeby zrobić to, o czym mówił. Ujść. Dojść. Czy coś takiego. Mgliście pamiętał, że mieli gdzieś iść, ale po chwili wywnioskował, że może doszli.
A jednak nie doszli?
Nagle poczuł się dziwacznie zobowiązany do wstania i powiedzenia nogami za towarzystwem, które ruszyło w kierunku drzwi prowadzących po niesamowicie długich schodach. Szedł za nimi, opierając się o barierkę i ściany, bo czuł, że powinien. Tak ciężko mu było zebrać myśli...
Zawieszał się w najbardziej przypadkowych momentach, ale dzielnie brnął do przodu po nieskończonej ilości stopni i przeszkód. Cała ta wyprawa wydawała mu się drogą przez mękę. Nawet większą niż ta, którą przeszedł przed kilkoma chwilami, gdy chyba robił coś ważnego. To musiało być wtedy istotne, ale teraz niespecjalnie się liczyło. W obliczu zmęczenia i palącego ognia niewiele było ważniejsze.
Pamiętał, żeby iść, więc dlaczego nagle złapał się na tym, że stał i nie wiedział, gdzie powinien ruszyć. Gdyby nie kobieca ręka, która pociągnęła go przez wszechogarniający świat majaków na jawie, pewnie nadal stałby tak kompletnie zagubiony. Tymczasem nagle odnalazł się na krześle. Wciąż skołowany, ale siedzący, co było niemałą ulgą dla rozpalonego ciała.
- Huh? - wymamrotał, próbując skupić wzrok na znajomej twarzy. Po raz pierwszy tego wieczoru skupił się na niej na tyle, żeby spróbować wyostrzyć spojrzenie. Nie było to zbyt łatwe. Starał się wodzić wzrokiem za palcami przed oczami, ale w efekcie robił głównie zeza.
- Za szybko - zakomunikował, poddając się.
Zamiast tego zamknął oczy, pocierając skronie.
Musiał dojść do siebie. Wiedział to. W przeciwieństwie do tego, czego od niego oczekiwano. Pamiętał o pobitym mężczyźnie i o uderzeniu w alejce. Do tej pory czuł tamten odrzut, gdy nieprzytomny czarodziej spadł na niego ze schodów pożarowych, ale nie wiedział, co się stało później. Nie pamiętał czy mu pomógł ani jak właściwie znaleźli się w tym pokoju. Jedynym, czego chciał było padnięcie na łóżko i sen. W myślach już zrobił kilka kroków w kierunku materaca, po czym w rzeczywistości uniósł się i natychmiast z powrotem przysiadł na krawędzi krzesła. Co miał zrobić? Nie pamiętał? Pamiętał?