08.09.2024, 11:42 ✶
Nie rejestrował świata na tyle dobrze, żeby być w pełni świadomy tego, co się działo. Nie było mu blisko do jednej czwartej naturalnej przytomności umysłu, bo wtedy zarejestrowałby swoje położenie i baczniej podejmował decyzje. W istocie miał niesamowite szczęście, że trafił na kogoś o dobrych intencjach, bo tych nie było zbyt wielu na Nokturnie i w okolicach. Niejeden wykorzystałby sytuację. Szczególnie, że na informację, że Geraldine (której w dalszym ciągu nie rozpoznawał) chce mu grzebać w torbie, paralitycznie machnął ręką, jakby mówił dalej, śmiało!, niewiele go to teraz obchodziło.
A przecież miał w swoich zapasach całkiem wartościowe medykamenty. Nie wszystkie, przed wyprawą na Nokturn wyjmował niektóre co cenniejsze, ale nadal przydałby się komuś na tyle zdesperowanemu, żeby okraść półprzytomnego uzdrowiciela. Szczególnie, że czarny rynek nie wybrzydzał. Brał wszystko a ludzie mogli mieć pewność, że jego zapasy były skrupulatnie skatalogowane, czyste i tak świeże jak tylko powinny.
- Mhm, okay - nie zarejestrował zgody na wypicie eliksiru, na którym próbował skupić wzrok. Własne słowa zabrzmiały mu tak, jakby ktoś z zewnątrz je wypowiedział, ale posłusznie (po paru nieudanych, pokracznych próbach) zacisnął rękę na fiolce i opróżnił ją haustem. Połowa eliksiru polała mu się po brodzie, część pociekła po palcach, ale jakaś ilość trafiła tam, gdzie miała.
Było to nie lada sukcesem, bo miał drżące, zesztywniałe palce. Zimno i wycieńczenie nierozsądną wyprawą chwilę po stanięciu na nogi nie były rozsądne, ale na swoją obronę miał to, że nigdy nie zapewniał, że taki jest. Był odpowiedzialny, rzetelnie wykonywał pracę, ale nie zawsze robił to pragmatyczny sposób. Czasami rzucał się do działania, którego w żadnym razie nie planował. A powinien. Dokładnie tak jak w tym przypadku, należało przez chwilę zastanowić się nad sensem jednoosobowej akcji pomocowej dla kogoś, kto najprawdopodobniej mógł być dla niego niebezpieczny.
Nawet w świecie magii ludzie nie spadali ot tak z nieba. Jegomość miał najprawdopodobniej wiele za uszami, które trwale zakrwawiły szalik Greengrassa. W cieple puchł (to był dobry znak, bo przynajmniej miał krążenie) i jeśli już wcześniej wyglądał nie do poznania, to teraz nie było szans, żeby słusznie określić jego tożsamość. Istniała bardzo nikła szansa na to, że miał przy sobie jakieś dokumenty. Jeżeli kiedykolwiek trzymał je w kieszeniach, bandyci najprawdopodobniej mu je stamtąd wyjęli. Mieli do czynienia z nieprzytomnym, być może umierającym Johnem Doe a Ambroise nie był w stanie skupić się na udzielaniu pomocy.
W jednej chwili pamiętał, że musi to zrobić. Jego myśli kierowały się ku rozwiązaniu kryzysu. W następnej ból wypełniał mu głowę, pulsując nie do wytrzymania i odwracając uwagę uzdrowiciela od wszystkiego, co nim nie było. Liczyło się to, że ledwo trzymał się na krześle a odrętwiałe dłonie nie ułatwiały mu przytrzymywania się w pionie. Słyszał łupanie w uszach, zalewało go gorąco. Pot ściekał po czole. A może tylko mu się wydawało? Miał wrażenie, że tysiące mrówek chodzą mu po skórze twarzy, schodząc w dół ciała. Najpewniej to mróz odpuszczał w cieple, przywracając pełne krążenie, ale było to naprawdę nieprzyjemne uczucie. Chciał się drapać, ale jednocześnie czuł, że musi powstrzymać się przed wymiotami i to na nich się skupić.
Nie chciał poddać się chęci zwrócenia kolacji a następnie odlecenia w sen na łóżku. Musiał trzymać fason, szczególnie że nie był sam. Bardzo ciężko było mu utrzymać spojrzenie w jednym miejscu. Próbował, mrugnął parę razy i odchrząknął, przecierając ciężkie powieki. Na niewiele to się zdało.
- Kurewsko pęka mi głowa - wymamrotał. Równie nieprzyjemnie, ale przynajmniej znacznie przytomniej, składnie.
Opierał się o oparcie krzesła w taki sposób, że gdyby nie ściana za nim najpewniej zbyt mocno bujnąłby się do tyłu i i tak wylądował na podłodze, do której go ciągnęło. Potrzebował położyć się na płasko. Na ten moment całkiem gdziekolwiek. Nawet na dywanie, jeśli łóżko nie wchodziło w grę.
- Co się z tym, do kurwy nędzy, dzieje? - spytał ciężko, znów opierając głowę w dłoniach, żeby pomasować skronie. Jego repertuar przekleństw na tę okazję nie był zbyt szeroki.
A przecież miał w swoich zapasach całkiem wartościowe medykamenty. Nie wszystkie, przed wyprawą na Nokturn wyjmował niektóre co cenniejsze, ale nadal przydałby się komuś na tyle zdesperowanemu, żeby okraść półprzytomnego uzdrowiciela. Szczególnie, że czarny rynek nie wybrzydzał. Brał wszystko a ludzie mogli mieć pewność, że jego zapasy były skrupulatnie skatalogowane, czyste i tak świeże jak tylko powinny.
- Mhm, okay - nie zarejestrował zgody na wypicie eliksiru, na którym próbował skupić wzrok. Własne słowa zabrzmiały mu tak, jakby ktoś z zewnątrz je wypowiedział, ale posłusznie (po paru nieudanych, pokracznych próbach) zacisnął rękę na fiolce i opróżnił ją haustem. Połowa eliksiru polała mu się po brodzie, część pociekła po palcach, ale jakaś ilość trafiła tam, gdzie miała.
Było to nie lada sukcesem, bo miał drżące, zesztywniałe palce. Zimno i wycieńczenie nierozsądną wyprawą chwilę po stanięciu na nogi nie były rozsądne, ale na swoją obronę miał to, że nigdy nie zapewniał, że taki jest. Był odpowiedzialny, rzetelnie wykonywał pracę, ale nie zawsze robił to pragmatyczny sposób. Czasami rzucał się do działania, którego w żadnym razie nie planował. A powinien. Dokładnie tak jak w tym przypadku, należało przez chwilę zastanowić się nad sensem jednoosobowej akcji pomocowej dla kogoś, kto najprawdopodobniej mógł być dla niego niebezpieczny.
Nawet w świecie magii ludzie nie spadali ot tak z nieba. Jegomość miał najprawdopodobniej wiele za uszami, które trwale zakrwawiły szalik Greengrassa. W cieple puchł (to był dobry znak, bo przynajmniej miał krążenie) i jeśli już wcześniej wyglądał nie do poznania, to teraz nie było szans, żeby słusznie określić jego tożsamość. Istniała bardzo nikła szansa na to, że miał przy sobie jakieś dokumenty. Jeżeli kiedykolwiek trzymał je w kieszeniach, bandyci najprawdopodobniej mu je stamtąd wyjęli. Mieli do czynienia z nieprzytomnym, być może umierającym Johnem Doe a Ambroise nie był w stanie skupić się na udzielaniu pomocy.
W jednej chwili pamiętał, że musi to zrobić. Jego myśli kierowały się ku rozwiązaniu kryzysu. W następnej ból wypełniał mu głowę, pulsując nie do wytrzymania i odwracając uwagę uzdrowiciela od wszystkiego, co nim nie było. Liczyło się to, że ledwo trzymał się na krześle a odrętwiałe dłonie nie ułatwiały mu przytrzymywania się w pionie. Słyszał łupanie w uszach, zalewało go gorąco. Pot ściekał po czole. A może tylko mu się wydawało? Miał wrażenie, że tysiące mrówek chodzą mu po skórze twarzy, schodząc w dół ciała. Najpewniej to mróz odpuszczał w cieple, przywracając pełne krążenie, ale było to naprawdę nieprzyjemne uczucie. Chciał się drapać, ale jednocześnie czuł, że musi powstrzymać się przed wymiotami i to na nich się skupić.
Nie chciał poddać się chęci zwrócenia kolacji a następnie odlecenia w sen na łóżku. Musiał trzymać fason, szczególnie że nie był sam. Bardzo ciężko było mu utrzymać spojrzenie w jednym miejscu. Próbował, mrugnął parę razy i odchrząknął, przecierając ciężkie powieki. Na niewiele to się zdało.
- Kurewsko pęka mi głowa - wymamrotał. Równie nieprzyjemnie, ale przynajmniej znacznie przytomniej, składnie.
Opierał się o oparcie krzesła w taki sposób, że gdyby nie ściana za nim najpewniej zbyt mocno bujnąłby się do tyłu i i tak wylądował na podłodze, do której go ciągnęło. Potrzebował położyć się na płasko. Na ten moment całkiem gdziekolwiek. Nawet na dywanie, jeśli łóżko nie wchodziło w grę.
- Co się z tym, do kurwy nędzy, dzieje? - spytał ciężko, znów opierając głowę w dłoniach, żeby pomasować skronie. Jego repertuar przekleństw na tę okazję nie był zbyt szeroki.