- Masz rację, to tylko wrażenie. - odrzucił instynktownie. W przedrzeźniający sposób wszedł na jej tonację, imitując jej wysoki dziewczęcy głosik. Przy okazji wykrzywił górną wargę zniesmaczony jej małoletnimi wybrykami. - Tak właśnie brzmisz, pyskata rzeżucho. - dodał jednak, już własną wibracją. Na koniec zadrżał mu kącik ust w tym samym zadziornym uśmieszku, choć starał się udawać poirytowanego. Oczywiście, że była córką Dolohova, teraz miał okazję odczuć to jak rzadko wcześniej. Zaczynała mu działać na nerwach, wcale nie gorzej, niż jej tatuś. Śliczna i nieznośna, najgorsze możliwe połączenie. Oh, jak on uwielbiał takie trzpiotki.
Moczyć w parafinie.
Skąd one się takie biorą, już nawet w tak młodym wieku? Co ci wszyscy pisarze i redaktorzy wypisują tam w tych gazetach i czytadłach, że wyrastają na nich takie buńczuczne france? Drżyj z trwogi Matko, bo niechlubny upadek cnót niewieścich słychać już w naszych salonach. Wystarczyło mu, że z jedną musiał się szarpać w godzinach pracy, w tym nienawistnym czworokącie, a tutaj nagle niemalże spod ziemi wyrosła mu kolejna.
Ciekawe dokąd ją ten cięty, gadzi języczek zaprowadzi. Z doświadczenia wiedział, że świat nie lubił zbyt bystrych i atrakcyjnych kobiet. Dla takich los, albo nawet sami mężczyźni, mieli przyszykowane tylko dwie drogi; na tron, lub do rynsztoku.
A ta sytuacja z białą chustą w gruncie rzeczy była bardziej wycelowana w Vakela, niż po to żeby przypodobać się petite one. Miał to już zaplanowane wcześniej. W swoim egocentrycznym upojeniu tamtego wieczoru, dzień nie byłby pełny gdyby nie wbił szpili w puszałka skoro już taka była okazja. Jego przywitał chłodnym skinięciem głowy, a ją serdecznością, ciepłym uśmiechem i ogólnym zainteresowaniem. Wszystko po to, żeby światło reflektorów na ten jeden moment ogrzało ją, a raczej nie ogrzało Wasi. I przynajmniej to chociaż trochę poszło po jego myśli, bo dźwięk pękających szwów na tyłku Vakela musiał być piorunująco zabawny, kiedy jego szerzej nieznana córunia dostała więcej atencji, niż on sam. Lyssa była tylko niewinnym obiektem tych przepychanek dużych chłopców. A teraz kiedy tak teraz sobie słodko gawędzili, cieszył się że jednak nie przeprosił ją za wpychanie pod pociąg arogancji swojego ojca. I tak była już zbyt zarozumiała jak na swój wzrost i wiek.
A potem dalej ciągnęła ten artyleryjski ostrzał złośliwości i cały ten cukierkowo-filigranowy bon ton jaki wokół siebie budowała, a przynajmniej tak do pewnego stopnia ją odbierał, topniał i ulatniał się z każdym zdaniem. I najchętniej te najbuńczuczniejszą buźkę z której wylewał się ten kąśliwy jad zamknąłby swoimi ustami, albo chociaż pięścią. No ale powstrzymywał się, choć spinało go w krzyżu z sekundy na sekundę. Dlatego nawet na sekundę nie spuszczał wzroku z jej warg.
- Planowaliście już z tatkiem Twoje zamążpójście? - odparł kompletnie nie nawiązując do tematu o którym mówiła. Zwiewnie i lekko jakby wcale nie pożółkł na karku z frustracji od jej paplaniny, zwracał się do niej. - Tak cudownie ćwierkasz, że postawiłbym sobie Ciebie w klatce, gdzieś w salonie. Obok pogrzebacza. Dlatego nie lubił nastolatek, dlatego wolał spotykać się ze starszymi od siebie.
Przestąpił z nogi na nogę, zaciągając głębiej skórzane rękawice na dłoni. W drobnych gestach starał się rozładować to napięcie które w nim budowała. A na ile testowała jego cierpliwość wiedział tylko wewnętrzny on. Musiał to znosić, bo bardzo mu zależało żeby w końcu dowiedzieć się co ze zdrajczynią. Wybór Lyssy nie był przypadkowy. Była na tyle niezwiązana z żadnym z tych wątków wokół pożaru i zaginięcia Alanny, że nadawała się w sam raz. I miał prawo tak myśleć, bo przecież nic nie sugerowało, że może być jakkolwiek powiązana z tym tematem.
- Nie bardzo.- odparł na jej pytanie. Nawet nie tyle zbity z pantałyku, co zaskoczony jej bezpośredniością. Takich wersów spodziewałby się raczej po słabo opłacanych brygadzistach, czy innych detektywach z dochodzeniówki, a nie po damulce-malarce. - Mimo wszystko liczę, że nadal żyje. I właściwie nie musiał nawet teraz kłamać, bo fakt że zdradziła obrzydzał mu w niej wszystko co miała i kim była. Tak samo jak miał nadzieje, że żyje i jest zdrowa, bo właśnie taką zamierzał doprowadzić ją przed oblicze Czarnego Pana.
- Gdybym miał, nie angażowałbym w to Ciebie. Odrzekł i jednocześnie westchnął niezadowolony. Nie z tego, że musiał zwracać się z tym konkretnie do niej, bo to akurat było przyjemne, do pewnego etapu. Po prostu subtelnie zasugerował, że naprawdę jest w kropce i bez jej udziału w tym wszystkim, nie jest wstanie popchnąć poszukiwań dalej w żadnym kierunku. Cofnął się kawałek, bliżej ściany widząc jak rozstawia świece, wychodząc poza obszar, który nakreślała nimi. W milczeniu czekał na dalsze instrukcje, nie chcąc wchodzić jej w paradę. Bo czy to mu się podobało, czy nie, wszystko musiało odbyć się na jej zasadach, jeśli miało to zadziałać.