08.09.2024, 19:08 ✶
- Patrząc na twoje dotychczasowe dokonania, mógłbym pokusić się, żeby powiedzieć, że robisz wszystko, żeby pozbyć się tej armii - zasugerował bez pardonu, patrząc na nią z pijanym rozbawieniem.
Zgadza się. W dalszym ciągu nawiązywał do tego jak próbowała ocalić kuzyna a zamiast tego udało jej się biedaka podtruć i posłać do szpitala. Szczególnie po jakimś czasie wydawało się to zabawniejsze. Najwidoczniej rzeczywiście była jakimś wyjątkowym antytalentem w zakresie eliksirów. Te psuły się nie tylko w jej rękach, ale na samo wspomnienie o niej. To wyjaśniałoby wiele kwestii.
- Muszę to kiedyś zobaczyć, jeśli tak przedstawiasz sprawę - mrugnął do niej porozumiewawczo.
Nie obawiał się towarzyszyć Geraldine w jej przebojach z eliksirami, jeśli kiedyś chciałaby spróbować swoich sił. Wręcz przeciwnie. Uważał, że mógłby być całkiem pomocny i że był w stanie zażegnać ewentualne niebezpieczeństwo. Kto wie, ile byłaby w stanie się nauczyć pod jego okiem. Ciekawiło go to, co by z tego było, gdyby zdecydowała się przezwyciężyć awersję wobec takich rzeczy. Być może walka z obawą przed szpitalem byłaby kolejnym krokiem?
- Sama widzisz. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - wzruszył ramionami.
Nie kwestionował tego, że dwa czy trzy dni były dla niej niczym. Zapewne dużo więcej czasu spędzała na raz w głuszy podczas bardziej wymagających polowań. Natomiast w Mungu ten sam czas mógł decydować o życiu lub śmierci. Czasem liczyli każde minuty, nawet nie godziny czy dni.
Jako osoba częstokroć pakująca się w kłopoty, coś o tym wiedział.
- Bo będę martwy? - Spytał bezczelnie, patrząc wprost w oczy Geraldine. Usiłował wyczytać z nich coś więcej niż pokazywała światu. - Martwi na ogół nie są niezadowoleni - skwitował.
Od tej reguły były pewne wyjątki, ale nieliczne. Raczej wszyscy zgadzali się z tym, że po śmierci można było odpocząć. Mógł zaznać świętego spokoju, którego mu czasami brakło. Nie planował wracać jako mściwy duch. Miał mieć swój magiczny portret w rodzinnej posiadłości, ale to nie byłby całkiem on. Jedynie żywy malunek okazujący uczucia, ale najprawdopodobniej ich nie odczuwający. Nie analizował tego pod innym kątem. Śmierć uważał za zamknięcie książki. Nieważne, po ilu rozdziałach i czy była krótka. On jej nie miał czytać.
- Uważaj, żeby nie dostać gratisów do tych talentów - pogroził, nie mówiąc dokładnie, o jakich niechcianych dodatkach myślał.
Z tonu głosu Greengrassa mogła domyślić się, że miał ich co najmniej kilka w zanadrzu. Zaiste. Od małych upierdliwości jak zestaw wytrawnego podróżnika: zgaga i dobry humor. Po sztywności i bóle mięśniowe rzucające wyzwanie najstarszym ludziom. Ich drętwienia były trudne? To to chuj. JEGO były TRUDNIEJSZE. Nie. Nawet z tym nie dyskutował. Trzymał to w tajemnicy. Niewiele osób musiało wiedzieć o jego zdrowotnych przypadłościach. Im mniej, tym lepiej. Nie potrzebował taryfy ulgowej ani specjalnego traktowania. Było mu dobrze z tym jak to teraz wyglądało.
- Dobrze wiedzieć, że z nas dwojga jesteś większym człowiekiem - skomentował. Nawet jeśli dawał jej tym do zrozumienia, że w jego przypadku pogróżki bywały na porządku dziennym.
To jasne. Czasami groził ludziom dla żartów. Czasami chciał ich zmotywować do zmiany albo trzymania się zaleceń. Czasem chodziło o powagę lub zagniewanie. Niejednokrotnie groził stażystom, że zamieni ich w dodatkowe długopisy albo w łóżka dla pacjentów. Miewał też groźniejszą stronę, o której nie lubił mówić. Bywało, że te groźby miały naprawdę solidne podstawy i rozmówca musiał wiedzieć, że nie powinien robić dalszych głupot, żeby się nie spełniły. Takie nie były czcze. Były zapowiedzią bardzo nieprzyjemnych rzeczy, które mogły się stać.
Z jakiegoś powodu w jego życiu bywało zdecydowanie więcej trudnych i nieprzyjaznych chwil niż tych momentów zapomnienia. Gładkiej, ciepłej skóry i grzejącego oddechu otulającego mu szyję. Włosów muskających skórę. Subtelnego, lecz zauważalnego zapachu perfum. Szelestu materiału i dźwięku obcasów sunących na parkiecie. To, co zrobił było dziełem chwili. To był wpływ momentu. Nieważne w jakie słowa by to ubrał. W gruncie rzeczy wcale nie chodziło o zapewnienie komukolwiek powodów do plotek. Zatracił się w chwili, czując, że ona też to zrobiła. Cała reszta była marną wymówką. A potem muzyka ucichła i wypuścił Geraldine z ramion, jakby spodziewał się, że zaraz poniesie konsekwencje swojego czynu.
- Co? - Zmarszczył brwi, jakby wcale nie dodał tamtego komentarza do tego, co zrobił przed chwilą. - A. Tak - jasne, po chwili zrozumiał, do czego nawiązywała i pokiwał głową, wykrzywił usta w uśmiechu. - Mieliśmy dać im przedstawienie, prawda? Teraz mają o czym plotkować.
Jeśli cokolwiek innego za tym stało (a stało, bez wątpienia) to był na to teraz tak obojętny, pohamowując jakikolwiek niewygodny wyraz twarzy, że wręcz ziało od niego nagłym chłodem. A może był to powiew powietrza z nagle otwartego balkonu? No, właśnie.
Potrzebował zapalić.
Zgadza się. W dalszym ciągu nawiązywał do tego jak próbowała ocalić kuzyna a zamiast tego udało jej się biedaka podtruć i posłać do szpitala. Szczególnie po jakimś czasie wydawało się to zabawniejsze. Najwidoczniej rzeczywiście była jakimś wyjątkowym antytalentem w zakresie eliksirów. Te psuły się nie tylko w jej rękach, ale na samo wspomnienie o niej. To wyjaśniałoby wiele kwestii.
- Muszę to kiedyś zobaczyć, jeśli tak przedstawiasz sprawę - mrugnął do niej porozumiewawczo.
Nie obawiał się towarzyszyć Geraldine w jej przebojach z eliksirami, jeśli kiedyś chciałaby spróbować swoich sił. Wręcz przeciwnie. Uważał, że mógłby być całkiem pomocny i że był w stanie zażegnać ewentualne niebezpieczeństwo. Kto wie, ile byłaby w stanie się nauczyć pod jego okiem. Ciekawiło go to, co by z tego było, gdyby zdecydowała się przezwyciężyć awersję wobec takich rzeczy. Być może walka z obawą przed szpitalem byłaby kolejnym krokiem?
- Sama widzisz. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - wzruszył ramionami.
Nie kwestionował tego, że dwa czy trzy dni były dla niej niczym. Zapewne dużo więcej czasu spędzała na raz w głuszy podczas bardziej wymagających polowań. Natomiast w Mungu ten sam czas mógł decydować o życiu lub śmierci. Czasem liczyli każde minuty, nawet nie godziny czy dni.
Jako osoba częstokroć pakująca się w kłopoty, coś o tym wiedział.
- Bo będę martwy? - Spytał bezczelnie, patrząc wprost w oczy Geraldine. Usiłował wyczytać z nich coś więcej niż pokazywała światu. - Martwi na ogół nie są niezadowoleni - skwitował.
Od tej reguły były pewne wyjątki, ale nieliczne. Raczej wszyscy zgadzali się z tym, że po śmierci można było odpocząć. Mógł zaznać świętego spokoju, którego mu czasami brakło. Nie planował wracać jako mściwy duch. Miał mieć swój magiczny portret w rodzinnej posiadłości, ale to nie byłby całkiem on. Jedynie żywy malunek okazujący uczucia, ale najprawdopodobniej ich nie odczuwający. Nie analizował tego pod innym kątem. Śmierć uważał za zamknięcie książki. Nieważne, po ilu rozdziałach i czy była krótka. On jej nie miał czytać.
- Uważaj, żeby nie dostać gratisów do tych talentów - pogroził, nie mówiąc dokładnie, o jakich niechcianych dodatkach myślał.
Z tonu głosu Greengrassa mogła domyślić się, że miał ich co najmniej kilka w zanadrzu. Zaiste. Od małych upierdliwości jak zestaw wytrawnego podróżnika: zgaga i dobry humor. Po sztywności i bóle mięśniowe rzucające wyzwanie najstarszym ludziom. Ich drętwienia były trudne? To to chuj. JEGO były TRUDNIEJSZE. Nie. Nawet z tym nie dyskutował. Trzymał to w tajemnicy. Niewiele osób musiało wiedzieć o jego zdrowotnych przypadłościach. Im mniej, tym lepiej. Nie potrzebował taryfy ulgowej ani specjalnego traktowania. Było mu dobrze z tym jak to teraz wyglądało.
- Dobrze wiedzieć, że z nas dwojga jesteś większym człowiekiem - skomentował. Nawet jeśli dawał jej tym do zrozumienia, że w jego przypadku pogróżki bywały na porządku dziennym.
To jasne. Czasami groził ludziom dla żartów. Czasami chciał ich zmotywować do zmiany albo trzymania się zaleceń. Czasem chodziło o powagę lub zagniewanie. Niejednokrotnie groził stażystom, że zamieni ich w dodatkowe długopisy albo w łóżka dla pacjentów. Miewał też groźniejszą stronę, o której nie lubił mówić. Bywało, że te groźby miały naprawdę solidne podstawy i rozmówca musiał wiedzieć, że nie powinien robić dalszych głupot, żeby się nie spełniły. Takie nie były czcze. Były zapowiedzią bardzo nieprzyjemnych rzeczy, które mogły się stać.
Z jakiegoś powodu w jego życiu bywało zdecydowanie więcej trudnych i nieprzyjaznych chwil niż tych momentów zapomnienia. Gładkiej, ciepłej skóry i grzejącego oddechu otulającego mu szyję. Włosów muskających skórę. Subtelnego, lecz zauważalnego zapachu perfum. Szelestu materiału i dźwięku obcasów sunących na parkiecie. To, co zrobił było dziełem chwili. To był wpływ momentu. Nieważne w jakie słowa by to ubrał. W gruncie rzeczy wcale nie chodziło o zapewnienie komukolwiek powodów do plotek. Zatracił się w chwili, czując, że ona też to zrobiła. Cała reszta była marną wymówką. A potem muzyka ucichła i wypuścił Geraldine z ramion, jakby spodziewał się, że zaraz poniesie konsekwencje swojego czynu.
- Co? - Zmarszczył brwi, jakby wcale nie dodał tamtego komentarza do tego, co zrobił przed chwilą. - A. Tak - jasne, po chwili zrozumiał, do czego nawiązywała i pokiwał głową, wykrzywił usta w uśmiechu. - Mieliśmy dać im przedstawienie, prawda? Teraz mają o czym plotkować.
Jeśli cokolwiek innego za tym stało (a stało, bez wątpienia) to był na to teraz tak obojętny, pohamowując jakikolwiek niewygodny wyraz twarzy, że wręcz ziało od niego nagłym chłodem. A może był to powiew powietrza z nagle otwartego balkonu? No, właśnie.
Potrzebował zapalić.