08.09.2024, 19:57 ✶
W każdym innym wypadku byłby upokorzony i rozwścieczony sam na siebie. Nie cierpiał zależności od kogoś. Nie lubił nie być samodzielny. Wszelkie przejawy litowania się nad nim uznawał za tak dużą potwarz, że starał się być samowystarczalny w każdych warunkach. Jako młody chłopak napatrzył się, jak ludzie zachowują się wobec tych, wobec których odczuwają współczucie. Szybko uświadomił sobie, że ich poczucie winy spowodowane niemożnością pomocy było dużo gorsze niż sama choroba. Dlatego jak najszybciej wrócił do sprawności po wypadku w Hogwarcie, robiąc wszystko, żeby uwierzono mu, że był w pełni sił i kosztowało go to tyle co nic. Umyślnie minął się z rzeczywistością. Nie potrzebował niechcianego wsparcia.
Prawdopodobnie dobrze się stało, że był półprzytomny i nie zarejestrował momentu, w którym stał się dla kobiety ciężarem. Zamiast pomagać pobitemu czarodziejowi, musiała zajmować się nim, Greengrassem jak małym, nieporadnym dzieckiem. Nie chciał być wobec niej opryskliwy, ale pewnie by był, gdyby w pełni rozumiał swoje położenie. Nawet teraz wiedział podświadomie, że powinien być wdzięczny a nie był.
- Nie będę łatwiejszy - wymamrotał na znak, że nie był aż tak nieprzytomny, żeby nie skorzystać z okazji.
Może był półżywy i miał niemal dziewięćdziesiąt procent szans na to, że prędzej czy później zwali się z krzesła na podłogę, ale nadal potrafił mieć (ułomnie) cięty język a błysk w oku nie tylko od gorączki. Choć nie było tego widać, kiedy podtrzymywał głowę w dłoniach. Lekko kiwał się na boki, czego nie zauważał, bo całą uwagę starał się skupić na buteleczce wciśniętej mu w rękę. Przez cały czas marszczył brwi, oddychając ciężko i szybciej niż zazwyczaj.
- Nie wiem, skąd ci ufam - słowa przychodziły mu z pewnym trudem.
Wiedział, że miał do czynienia z kimś, kto powinien otrzymać trochę jego zaufania. Mgliście rozpoznawał twarz. Wiedział, że nie była nieznajoma, jednak przez dziwne rozmazywanie, które robiły jego oczy i przez łupiący ból głowy mógł tylko zagryzać zęby i liczyć na to, że nie pożałuje tej ufności, gdy umysł mu się rozjaśni. Miał wiele osób, które w teorii mógł nazwać przyjaciółmi, ale w żadnym razie nie chciał mieć u nich długów wdzięczności. Dałby im zbyt dużą władzę, wykorzystaliby ją bez wahania w bardzo złym momencie a on musiałby się na to zgodzić.
Jeszcze przed chwilą było znacznie gorzej. Teraz sapał je i cedził przez zęby, ale był bardziej zrozumiały. Nie bulgotał ani nie mylił słów. Eliksir wiggenowy działał, nawet w tak małej ilości jaką przyjął. Nie przywrócił Greengrassowi całych utraconych sił, ale był dobrą podstawą do odzyskiwania utraconych sił. Potrzebował drugiego eliksiru, aby stanąć na nogi, dlatego ostrożnie złapał podaną buteleczkę. Nie mógł nic poradzić, że znowu ją powąchał.
- Jedną trzecią - zakomunikował cicho. Ani nie do końca do siebie, ani nie konkretnie do kobiety. Nie powinien wypić więcej niż jednej trzeciej zawartości buteleczki, której starał się nie wylać. Ręce mu się trzęsły, ciało domagało się położenia. Mimo to strzepnął rękę Geraldine, kiedy chciała go podeprzeć. Nadal czuł się okropnie, ale ocucił się na tyle, żeby powrócić do schematu człowieka gardzącego litością. Zanim uniósł butelkę do ust i wypił haustem porcję, wymamrotał:
- Ciężko? - oczywiście, miał na myśli ofiarę bójki.
Prawdopodobnie dobrze się stało, że był półprzytomny i nie zarejestrował momentu, w którym stał się dla kobiety ciężarem. Zamiast pomagać pobitemu czarodziejowi, musiała zajmować się nim, Greengrassem jak małym, nieporadnym dzieckiem. Nie chciał być wobec niej opryskliwy, ale pewnie by był, gdyby w pełni rozumiał swoje położenie. Nawet teraz wiedział podświadomie, że powinien być wdzięczny a nie był.
- Nie będę łatwiejszy - wymamrotał na znak, że nie był aż tak nieprzytomny, żeby nie skorzystać z okazji.
Może był półżywy i miał niemal dziewięćdziesiąt procent szans na to, że prędzej czy później zwali się z krzesła na podłogę, ale nadal potrafił mieć (ułomnie) cięty język a błysk w oku nie tylko od gorączki. Choć nie było tego widać, kiedy podtrzymywał głowę w dłoniach. Lekko kiwał się na boki, czego nie zauważał, bo całą uwagę starał się skupić na buteleczce wciśniętej mu w rękę. Przez cały czas marszczył brwi, oddychając ciężko i szybciej niż zazwyczaj.
- Nie wiem, skąd ci ufam - słowa przychodziły mu z pewnym trudem.
Wiedział, że miał do czynienia z kimś, kto powinien otrzymać trochę jego zaufania. Mgliście rozpoznawał twarz. Wiedział, że nie była nieznajoma, jednak przez dziwne rozmazywanie, które robiły jego oczy i przez łupiący ból głowy mógł tylko zagryzać zęby i liczyć na to, że nie pożałuje tej ufności, gdy umysł mu się rozjaśni. Miał wiele osób, które w teorii mógł nazwać przyjaciółmi, ale w żadnym razie nie chciał mieć u nich długów wdzięczności. Dałby im zbyt dużą władzę, wykorzystaliby ją bez wahania w bardzo złym momencie a on musiałby się na to zgodzić.
Jeszcze przed chwilą było znacznie gorzej. Teraz sapał je i cedził przez zęby, ale był bardziej zrozumiały. Nie bulgotał ani nie mylił słów. Eliksir wiggenowy działał, nawet w tak małej ilości jaką przyjął. Nie przywrócił Greengrassowi całych utraconych sił, ale był dobrą podstawą do odzyskiwania utraconych sił. Potrzebował drugiego eliksiru, aby stanąć na nogi, dlatego ostrożnie złapał podaną buteleczkę. Nie mógł nic poradzić, że znowu ją powąchał.
- Jedną trzecią - zakomunikował cicho. Ani nie do końca do siebie, ani nie konkretnie do kobiety. Nie powinien wypić więcej niż jednej trzeciej zawartości buteleczki, której starał się nie wylać. Ręce mu się trzęsły, ciało domagało się położenia. Mimo to strzepnął rękę Geraldine, kiedy chciała go podeprzeć. Nadal czuł się okropnie, ale ocucił się na tyle, żeby powrócić do schematu człowieka gardzącego litością. Zanim uniósł butelkę do ust i wypił haustem porcję, wymamrotał:
- Ciężko? - oczywiście, miał na myśli ofiarę bójki.