08.09.2024, 20:18 ✶
Peregrinusowi nie zależało na wbijaniu noża w plecy temu w gruncie rzeczy nieznajomemu chłopakowi. Osobiście miał jego świecopenisy w… nie, nie w dupie: w nosie. Nie pierwszy to i nie ostatni skandalista. Cóż badacza skupionego na swojej dziedzinie interesują jakieś zboczone świeczuszki? Badacz mógł być ślepy na ploteczki i nowinki, ale asystent celebryty? Nie do końca i to był ten problematyczny element. Mimo że Trelawney nie poznał jeszcze opinii Vakela na temat goszczenia Mulcibera pod swoim dachem, nie trzeba było jasnowidza, aby ją wydedukować po jego wcześniejszej reakcji na sam artykuł.
— Może będzie okazja, żeby go poznać — mruknął wymijająco Peregrinus, życząc sobie w duchu, aby pod żadnym pozorem do takiego spotkania nie doszło. Dla dobra ich trojga: Dolohova, Charlesa i jego samego. Tylko zresztą z racji na nieobecność przełożonego Peregrin na pytanie o to, czy posiedzenie w Prawach Czasu nie będzie problemem, odpowiedzieć mu mógł: — Absolutnie nie.
Wróżbita wiedziony fatalistycznym przeczuciem, być może nieuzasadnionym, już teraz był zmęczony obecnością nowego bywalca kamienicy; jakby przez dar jasnowidzenia spadły na jego barki wszystkie przyszłe utrapienia. A może Peregrin po prostu tak już miał, że całe życie był wszystkim zmęczony i wszystkiego miał dość, a to tylko kolejna z wielu niedogodności.
Nie przeszkodziło mu to w machnięciu różdżką ku dzbankowi z kawą, którą zaparzył dla siebie niedawno. Naczynie przechyliło się, napełniając filiżankę, która podryfowała przez poczekalnię i osiadła miękko na blacie przed Charlesem. Peregrinus zasiadł w tym czasie w swoim fotelu i kopcił papierosa, oceniając wzrokiem gościa. Choć wróżbita zdawał się niedbały — oparty swobodnie łokciem na jednym z podłokietników, z ustami rozciągniętymi w wystudiowanym, tajemniczym uśmiechu jasnowidza mającym sprawiać wrażenie, jakby posiadł wszystkie sekrety wszechświata — to jego bystre, zimne oczy starały się przejrzeć chłopaka na wylot.
— Pani doktor ma wielkie serce — kontynuował niewzruszenie wątek, choć w głowie rezonował mu jego własny głuchy śmiech. Dawno nie powiedział niczego równie absurdalnego. — I wielką odwagę. Bądź co bądź, sama jest poniekąd osobą publiczną przez obecność u boku męża. Rozpuszczano już o niej plotki w przeszłości, powiązanie z kolejnym skandalem może nie wyjść na dobre jej reputacji. — Pokręcił głową z takim zatroskaniem, jakby naprawdę leżał mu na sercu dobrostan Dolohovej. — A jednak wyciąga pomocną dłoń mimo groźby tego, że dobiorą się do niej dziennikarskie sępy. Poznałeś trochę dziennikarzy, co, Charlie?
Spróbował zagrać na jego wyrzutach sumienia. Sprawdzić, czy wesolutki chłopiec naprawdę jest tak milutki i wrażliwy, na jakiego wygląda. Czy się przejmie, czy też przyszedł tutaj, mając na względzie jedynie własne korzyści.
Peregrinus skrzywił się lekko na wspomnienie jego wuja.
— Alexander Mulciber? Wpadliśmy na siebie. Próbował ukraść moją tożsamość. — Nie zdawał się tym nadmiernie przejęty, choć pewien niesmak był zauważalny. — Pomagam mistrzowi prowadzić badania, zbierać materiały do książek, testować teorie. Asystuję przy tym, czym on się akurat zajmuje. Oraz, bardziej przyziemnie, dbam o sprawy organizacyjne. — Postukał palcem w opasły terminarz.
— Może będzie okazja, żeby go poznać — mruknął wymijająco Peregrinus, życząc sobie w duchu, aby pod żadnym pozorem do takiego spotkania nie doszło. Dla dobra ich trojga: Dolohova, Charlesa i jego samego. Tylko zresztą z racji na nieobecność przełożonego Peregrin na pytanie o to, czy posiedzenie w Prawach Czasu nie będzie problemem, odpowiedzieć mu mógł: — Absolutnie nie.
Wróżbita wiedziony fatalistycznym przeczuciem, być może nieuzasadnionym, już teraz był zmęczony obecnością nowego bywalca kamienicy; jakby przez dar jasnowidzenia spadły na jego barki wszystkie przyszłe utrapienia. A może Peregrin po prostu tak już miał, że całe życie był wszystkim zmęczony i wszystkiego miał dość, a to tylko kolejna z wielu niedogodności.
Nie przeszkodziło mu to w machnięciu różdżką ku dzbankowi z kawą, którą zaparzył dla siebie niedawno. Naczynie przechyliło się, napełniając filiżankę, która podryfowała przez poczekalnię i osiadła miękko na blacie przed Charlesem. Peregrinus zasiadł w tym czasie w swoim fotelu i kopcił papierosa, oceniając wzrokiem gościa. Choć wróżbita zdawał się niedbały — oparty swobodnie łokciem na jednym z podłokietników, z ustami rozciągniętymi w wystudiowanym, tajemniczym uśmiechu jasnowidza mającym sprawiać wrażenie, jakby posiadł wszystkie sekrety wszechświata — to jego bystre, zimne oczy starały się przejrzeć chłopaka na wylot.
— Pani doktor ma wielkie serce — kontynuował niewzruszenie wątek, choć w głowie rezonował mu jego własny głuchy śmiech. Dawno nie powiedział niczego równie absurdalnego. — I wielką odwagę. Bądź co bądź, sama jest poniekąd osobą publiczną przez obecność u boku męża. Rozpuszczano już o niej plotki w przeszłości, powiązanie z kolejnym skandalem może nie wyjść na dobre jej reputacji. — Pokręcił głową z takim zatroskaniem, jakby naprawdę leżał mu na sercu dobrostan Dolohovej. — A jednak wyciąga pomocną dłoń mimo groźby tego, że dobiorą się do niej dziennikarskie sępy. Poznałeś trochę dziennikarzy, co, Charlie?
Spróbował zagrać na jego wyrzutach sumienia. Sprawdzić, czy wesolutki chłopiec naprawdę jest tak milutki i wrażliwy, na jakiego wygląda. Czy się przejmie, czy też przyszedł tutaj, mając na względzie jedynie własne korzyści.
Peregrinus skrzywił się lekko na wspomnienie jego wuja.
— Alexander Mulciber? Wpadliśmy na siebie. Próbował ukraść moją tożsamość. — Nie zdawał się tym nadmiernie przejęty, choć pewien niesmak był zauważalny. — Pomagam mistrzowi prowadzić badania, zbierać materiały do książek, testować teorie. Asystuję przy tym, czym on się akurat zajmuje. Oraz, bardziej przyziemnie, dbam o sprawy organizacyjne. — Postukał palcem w opasły terminarz.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie