08.09.2024, 21:27 ✶
Prawdopodobnie zaśmiałby się z tej odpowiedzi, ale zamiast tego wydał z siebie charczący kaszel. Nawet w tym stanie umiał docenić trafną uwagę.
- Jak tak stawiasz sprawę - odsapnął, gdy przestał kaszleć.
No. Nie był łatwym człowiekiem. Jeśli takich lubiła to właśnie trafiła na swój szczęśliwy wieczór. Nie wątpił, że planowała go spędzać inaczej, ale voilà!, miała swoje lubiane trudności.
- Mówisz, jakbyś rozważała otrucie - wymamrotał - mnie, ale ktoś to już chyba zrobił? Za późno?
Próbował być zabawny? Powoli wracały mu siły, ale nadal czuł się jak ryba wyrzucona z wody prosto na ruszt przy ognisku.
Eliksir wiggenowy był skuteczny. Działał, ale jakim kosztem. Gdyby sam był w sytuacji, w której miałby siebie leczyć (no, rozważając opcję rozdwojenia) dobrałby kilka innych eliksirów, żeby uniknąć łykania tego jednego. Nie miał pretensji do swojej opiekunki, że zrobiła inaczej. Jako laik pewnie postąpiłby podobnie. Nie musiał być światły i w pełni przytomny, żeby zauważyć, że nie była lekarzem. To się czuło, nawet przez wiadro otumanienia na głowie. Poza tym nie miał siły wyjaśniać, co powinna zrobić, żeby lepiej odczuwał leczenie. Gorzki lek leczył równie dobrze, może agresywniej, ale w porządku.
Wypił drugą porcję równego paskudztwa co eliksir wiggenowy i opadł na oparcie, niemal zsuwając się nogami w pół na podłogę. Oddychał ciężko, nieregularnie, ale nie było najgorzej. Potrzebował tylko trochę czasu. Musiała mu go dać. Zasłużył na to, bo był grzecznym pacjentem. Mało kulturalnym, ale się słuchał. Powoli zamrugał oczami, rozmasowując skronie.
- Co do chuja testrala? - Pomasował się po głowie, palcami usiłując wyczuć zgrubienie na samym czubku. Już tam było. Stamtąd bolało go teraz najbardziej.
Często zadawał sobie to pytanie. Nie we własnym kontekście i nie na głos, ale często. Niemal codziennie gościło w jego mózgu, gdy odbywał dyżur w szpitalu. Nie zdarzały się spokojne dni pozbawione przypadków, które wywoływały konsternację. Nie u nich. U nich było tego dużo a swoje dodatkowo dokładali niektórzy młodszy stażem pracownicy albo członkowie personelu pomocniczego.
Jasne, on też czasami robił coś, co wprawiało innych w osłupienie. Bywało, że zbędnie improwizował, wynajdował koło na nowo, bo wydawało mu się, że tak powinien. W większości przypadków wystarczyło trzymać się oficjalnych wytycznych, ale to dzięki odbieganiu od normy jeszcze nie zwariował. Gdyby musiał cały czas powtarzać te same schematy, najpewniej dawno temu straciłby zawodową iskrę. Stałby się jednym z tych poważnych, ponurych magomedyków snujących się po korytarzach jak zwiastuny śmierci. Nie chciał tego.
Śmierć była dla niego specyficznym tematem. Z jednej strony był z nią pogodzony. Upierał się, że rozważył wszystkie wizje przyszłości i dopuszczał do siebie każdą okoliczność. Na zgon pacjentów reagował chłodnym profesjonalizmem. Nie bał się kontaktu z rodziną zmarłego. Umiał przekazać informacje z szacunkiem i powagą. Przez ostatnie lata stracił kilku uzdrowicieli, z którymi się trzymał a nawet jednego stażystę. Niedawno minął rok od wypadku, przypominając Greengrassowi o kruchości egzystencji. Stracił przyjaciół i członków rodziny. Zetknął się z tak dużą ilością śmierci, że ta mogła stać się jego codziennością. Na zewnątrz nie okazywał głębokich uczuć. Wewnątrz za każdym razem targało nim przekonanie, że mógł zrobić coś więcej. Być może zawiódł, nie oszukał śmierci, kiedy dała mu okazję do tego.
Zabrał tego człowieka z mrocznej alejki w samym środku nacierającej zamieci śnieżnej, która nadciągała nad Londyn. Gdyby go tam zostawił, delikwent nie miałby szans. Do rana byłby zimnym trupem przykrytym warstwą śniegu. Postąpił słusznie, moralnie a jednak nadal zawodził, bo nie był w stanie dojść do siebie. Jego umysł był powolny. Czuł, że zużył wiele sił i nie wracały tak szybko jak powinny.
Obraz przed oczami zaczął się wyostrzać. Łupanie w głowie zanikało. Ból mięśni pozostał wraz z towarzystwem sztywnienia karku i suchości w ustach. Ten typ eliksirów wysuszał śluzówkę, Ambroise czuł to nawet w nosie, jakby nawciągał się piachu przez usta i nozdrza. Oczy także go piekły, ale były w stanie skupić się na jednym punkcie. Wziął kilka głębszych oddechów, napawając się możliwością wdychania i wydychania powietrza zanim nie został ofiarą gwałtownego kaszlu. Na oślep wyciągnął rękę przed siebie.
- Wody - zacharczał, ale się poprawił - proszę - potrzebował napić się czegoś zwilżającego usta. Potem mógł dochodzić do tego, jak wyglądała sytuacja. Niepokoiło go, że było ciężko.
- Jak tak stawiasz sprawę - odsapnął, gdy przestał kaszleć.
No. Nie był łatwym człowiekiem. Jeśli takich lubiła to właśnie trafiła na swój szczęśliwy wieczór. Nie wątpił, że planowała go spędzać inaczej, ale voilà!, miała swoje lubiane trudności.
- Mówisz, jakbyś rozważała otrucie - wymamrotał - mnie, ale ktoś to już chyba zrobił? Za późno?
Próbował być zabawny? Powoli wracały mu siły, ale nadal czuł się jak ryba wyrzucona z wody prosto na ruszt przy ognisku.
Eliksir wiggenowy był skuteczny. Działał, ale jakim kosztem. Gdyby sam był w sytuacji, w której miałby siebie leczyć (no, rozważając opcję rozdwojenia) dobrałby kilka innych eliksirów, żeby uniknąć łykania tego jednego. Nie miał pretensji do swojej opiekunki, że zrobiła inaczej. Jako laik pewnie postąpiłby podobnie. Nie musiał być światły i w pełni przytomny, żeby zauważyć, że nie była lekarzem. To się czuło, nawet przez wiadro otumanienia na głowie. Poza tym nie miał siły wyjaśniać, co powinna zrobić, żeby lepiej odczuwał leczenie. Gorzki lek leczył równie dobrze, może agresywniej, ale w porządku.
Wypił drugą porcję równego paskudztwa co eliksir wiggenowy i opadł na oparcie, niemal zsuwając się nogami w pół na podłogę. Oddychał ciężko, nieregularnie, ale nie było najgorzej. Potrzebował tylko trochę czasu. Musiała mu go dać. Zasłużył na to, bo był grzecznym pacjentem. Mało kulturalnym, ale się słuchał. Powoli zamrugał oczami, rozmasowując skronie.
- Co do chuja testrala? - Pomasował się po głowie, palcami usiłując wyczuć zgrubienie na samym czubku. Już tam było. Stamtąd bolało go teraz najbardziej.
Często zadawał sobie to pytanie. Nie we własnym kontekście i nie na głos, ale często. Niemal codziennie gościło w jego mózgu, gdy odbywał dyżur w szpitalu. Nie zdarzały się spokojne dni pozbawione przypadków, które wywoływały konsternację. Nie u nich. U nich było tego dużo a swoje dodatkowo dokładali niektórzy młodszy stażem pracownicy albo członkowie personelu pomocniczego.
Jasne, on też czasami robił coś, co wprawiało innych w osłupienie. Bywało, że zbędnie improwizował, wynajdował koło na nowo, bo wydawało mu się, że tak powinien. W większości przypadków wystarczyło trzymać się oficjalnych wytycznych, ale to dzięki odbieganiu od normy jeszcze nie zwariował. Gdyby musiał cały czas powtarzać te same schematy, najpewniej dawno temu straciłby zawodową iskrę. Stałby się jednym z tych poważnych, ponurych magomedyków snujących się po korytarzach jak zwiastuny śmierci. Nie chciał tego.
Śmierć była dla niego specyficznym tematem. Z jednej strony był z nią pogodzony. Upierał się, że rozważył wszystkie wizje przyszłości i dopuszczał do siebie każdą okoliczność. Na zgon pacjentów reagował chłodnym profesjonalizmem. Nie bał się kontaktu z rodziną zmarłego. Umiał przekazać informacje z szacunkiem i powagą. Przez ostatnie lata stracił kilku uzdrowicieli, z którymi się trzymał a nawet jednego stażystę. Niedawno minął rok od wypadku, przypominając Greengrassowi o kruchości egzystencji. Stracił przyjaciół i członków rodziny. Zetknął się z tak dużą ilością śmierci, że ta mogła stać się jego codziennością. Na zewnątrz nie okazywał głębokich uczuć. Wewnątrz za każdym razem targało nim przekonanie, że mógł zrobić coś więcej. Być może zawiódł, nie oszukał śmierci, kiedy dała mu okazję do tego.
Zabrał tego człowieka z mrocznej alejki w samym środku nacierającej zamieci śnieżnej, która nadciągała nad Londyn. Gdyby go tam zostawił, delikwent nie miałby szans. Do rana byłby zimnym trupem przykrytym warstwą śniegu. Postąpił słusznie, moralnie a jednak nadal zawodził, bo nie był w stanie dojść do siebie. Jego umysł był powolny. Czuł, że zużył wiele sił i nie wracały tak szybko jak powinny.
Obraz przed oczami zaczął się wyostrzać. Łupanie w głowie zanikało. Ból mięśni pozostał wraz z towarzystwem sztywnienia karku i suchości w ustach. Ten typ eliksirów wysuszał śluzówkę, Ambroise czuł to nawet w nosie, jakby nawciągał się piachu przez usta i nozdrza. Oczy także go piekły, ale były w stanie skupić się na jednym punkcie. Wziął kilka głębszych oddechów, napawając się możliwością wdychania i wydychania powietrza zanim nie został ofiarą gwałtownego kaszlu. Na oślep wyciągnął rękę przed siebie.
- Wody - zacharczał, ale się poprawił - proszę - potrzebował napić się czegoś zwilżającego usta. Potem mógł dochodzić do tego, jak wyglądała sytuacja. Niepokoiło go, że było ciężko.