08.09.2024, 22:44 ✶
- Pocieszające - burknął bez przekonania.
Skoro mówiła o otruciu go przez przypadek, najpewniej dopuszczała tę możliwość. Z jednej strony to oznaczało zakończenie męki. Nie musiałby się czuć tak fatalnie jak teraz, gdyby nie żył. Problem w tym, że mogła go przypadkiem otruć i przy okazji wziąć do tego najgorszy możliwy eliksir. Zacząłby się zginać. Później wić się w konwulsjach, dusiłby się własną śliną i wymiotowałby do krwi. Wszystko w asyście charków i jęków. Potem bardzo blisko plucia narządami wewnętrznymi. Jednocześnie byłby rozgrzany i zimny. Jeśli miałby szczególnie szczęście, to dawka zabiłaby go szybko, ale nie na tyle szybko, żeby nie doznał bólu.
Nie poznawał kobiety. Nie rozpoznał w niej Geraldine Yaxley. Bo i jakże? Był zbyt rozproszony, rozpalony i nieswój. Obraz mazał mu się przed oczami, nie mógł skupić wzroku na jednym punkcie na zbyt długo. Wiedział, że rozmawiał z blondynką w okolicy średniego wieku (tak, z jakiegoś powodu dodał jej lat, może to była barwa głosu a może jego majaki) i to mu na teraz wystarczyło, bo nie znał zbyt wielu takich osób. To oznaczało, że najprawdopodobniej mógł się czuć spokojniejszy o dług wdzięczności, ale nie miał stuprocentowej pewności. Mogła być dużo gorsza niż się przedstawiała. Może teraz bardzo się wkopał, zaciągając przysługę u żony mafii albo kogoś równie ważnego. Nie wiedział. Wiedział, że jeśli umrze, nie zazna świętego spokoju. Będzie ją nawiedzać. Znajdzie i podejmie wszystkie środki, jeśli medykamenty poślą go w konwulsjach do grobu.
Minęła minuta, potem dwie, trzy, cztery, pięć. Greengrass miał problem z mierzeniem czasu, który jednocześnie dłużył się mu i uciekał przez palce. Najwidoczniej go nie otruła. Przypadkiem czy celowo. Czuł się trochę lepiej. Mógł złapać głębszy oddech i nie obawiał się już o treści żołądkowe. Nadal płonęły mu płuca, ale dochodził do siebie na tyle, żeby odczuć potrzebę napicia się wody. Stracił jej naprawdę wiele z organizmu wraz z zimno-gorącymi potami, które jeszcze nie przeszły.
Zareagował jawnym grymasem, gdy dotarło do niego, że nie mógł wziąć dzbanka we własne dłonie. Tak, miała rację mu go nie dając. Najpewniej nie utrzymałby tego ciężaru, ale tu wracał do swojego oryginalnego przekonania. Nie cierpiał uczucia bycia zdanym na czyjąś łaskę i opiekę. Ugryzł się w język tylko dlatego, że zrobił to faktycznie. Rzeczywiście przypadkiem zagryzł zęby na zdretwiałym języku i poczuł ból, który odciągnął go od komentowania, że nie jest małym dzieckiem a woda nie jest wrzątkiem w czajniku. Niechętnie skorzystał z pomocy, czując jak zimno przyjemnie rozchodzi się w gardle. Potrzebował pić. Najchętniej dużo i łapczywie. Był jak spragnione zwierzę, korzystał z nachylonego dzbanka aż za bardzo.
To nie mogło się dobrze skończyć. Bez ostrzeżenia bujnął się w bok na krześle i (całe szczęście) zdążył złapać mały kosz na śmieci, zanim zwrócił całą treść żołądka. Ponowne szczęście tkwiło w tym, że nie jadł nic od śniadania. Całkiem ostrożnie jak na swój stan osunął się na klęczki obok kosza. Z twarzą prawie tam zaburzoną, na oślep odgonił kobietę ruchem dłoni. Tu nie zniósłby asysty. Musiał sobie poradzić i skorzystać z resztek sił. Przynajmniej był już przytomniejszy.
Skoro mówiła o otruciu go przez przypadek, najpewniej dopuszczała tę możliwość. Z jednej strony to oznaczało zakończenie męki. Nie musiałby się czuć tak fatalnie jak teraz, gdyby nie żył. Problem w tym, że mogła go przypadkiem otruć i przy okazji wziąć do tego najgorszy możliwy eliksir. Zacząłby się zginać. Później wić się w konwulsjach, dusiłby się własną śliną i wymiotowałby do krwi. Wszystko w asyście charków i jęków. Potem bardzo blisko plucia narządami wewnętrznymi. Jednocześnie byłby rozgrzany i zimny. Jeśli miałby szczególnie szczęście, to dawka zabiłaby go szybko, ale nie na tyle szybko, żeby nie doznał bólu.
Nie poznawał kobiety. Nie rozpoznał w niej Geraldine Yaxley. Bo i jakże? Był zbyt rozproszony, rozpalony i nieswój. Obraz mazał mu się przed oczami, nie mógł skupić wzroku na jednym punkcie na zbyt długo. Wiedział, że rozmawiał z blondynką w okolicy średniego wieku (tak, z jakiegoś powodu dodał jej lat, może to była barwa głosu a może jego majaki) i to mu na teraz wystarczyło, bo nie znał zbyt wielu takich osób. To oznaczało, że najprawdopodobniej mógł się czuć spokojniejszy o dług wdzięczności, ale nie miał stuprocentowej pewności. Mogła być dużo gorsza niż się przedstawiała. Może teraz bardzo się wkopał, zaciągając przysługę u żony mafii albo kogoś równie ważnego. Nie wiedział. Wiedział, że jeśli umrze, nie zazna świętego spokoju. Będzie ją nawiedzać. Znajdzie i podejmie wszystkie środki, jeśli medykamenty poślą go w konwulsjach do grobu.
Minęła minuta, potem dwie, trzy, cztery, pięć. Greengrass miał problem z mierzeniem czasu, który jednocześnie dłużył się mu i uciekał przez palce. Najwidoczniej go nie otruła. Przypadkiem czy celowo. Czuł się trochę lepiej. Mógł złapać głębszy oddech i nie obawiał się już o treści żołądkowe. Nadal płonęły mu płuca, ale dochodził do siebie na tyle, żeby odczuć potrzebę napicia się wody. Stracił jej naprawdę wiele z organizmu wraz z zimno-gorącymi potami, które jeszcze nie przeszły.
Zareagował jawnym grymasem, gdy dotarło do niego, że nie mógł wziąć dzbanka we własne dłonie. Tak, miała rację mu go nie dając. Najpewniej nie utrzymałby tego ciężaru, ale tu wracał do swojego oryginalnego przekonania. Nie cierpiał uczucia bycia zdanym na czyjąś łaskę i opiekę. Ugryzł się w język tylko dlatego, że zrobił to faktycznie. Rzeczywiście przypadkiem zagryzł zęby na zdretwiałym języku i poczuł ból, który odciągnął go od komentowania, że nie jest małym dzieckiem a woda nie jest wrzątkiem w czajniku. Niechętnie skorzystał z pomocy, czując jak zimno przyjemnie rozchodzi się w gardle. Potrzebował pić. Najchętniej dużo i łapczywie. Był jak spragnione zwierzę, korzystał z nachylonego dzbanka aż za bardzo.
To nie mogło się dobrze skończyć. Bez ostrzeżenia bujnął się w bok na krześle i (całe szczęście) zdążył złapać mały kosz na śmieci, zanim zwrócił całą treść żołądka. Ponowne szczęście tkwiło w tym, że nie jadł nic od śniadania. Całkiem ostrożnie jak na swój stan osunął się na klęczki obok kosza. Z twarzą prawie tam zaburzoną, na oślep odgonił kobietę ruchem dłoni. Tu nie zniósłby asysty. Musiał sobie poradzić i skorzystać z resztek sił. Przynajmniej był już przytomniejszy.