08.09.2024, 23:44 ✶
W stanie rozkojarzenia widocznie nie potrafił posługiwać się sarkazmem, ale pluł na to. Mogło być znacznie gorzej. Mógł zostać obrabowany lub otruty a nie tylko wzięty za kogoś, kto uważał czyjąś niekompetencję w zakresie eliksirów za pocieszającą. Nie skwitował tego w żaden sposób. Ani swoim standardowym poruszeniem brwiami, parsknięciem ani niczym innym. Był zbytnio zajęty przełykaniem gęstej śliny świadczącej o postępującym odwodnieniu. Prawdopodobnie powinien poprosić kobietę o wyjęcie odpowiedniego eliksiru na przywrócenie utraconych elektrolitów, ale nie ufał jej osądowi w sprawie doboru właściwej buteleczki, skoro ona sama nie ufała sobie. Miał zbyt wiele różnych substancji o podobnej nazwie i niemal tym samym kolorze. Pomyłka była bardzo łatwa. Szczególnie w pośpiechu i nerwach.
- Wobec tego dojdę do siebie - zawiesił się szukając słowa - manualnie, jeśli pozwolisz - zakończył, próbując naturalnie zwilżyć struny głosowe, ale niemal już nie miał śliny. Czuł się paskudnie, parszywie.
Niedawna poważna choroba nie styrała go tak jak ten wieczór. Tak właściwie to nie był stuprocentowo pewien, że wciąż mieli ten sam dzień. Dopuszczał, że przemajaczył ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Ponadto wiedział, że to byłoby bardzo, bardzo złe. Nie do końca pamiętał, z jakiego powodu, nie zaszedł tak daleko. Z tyłu głowy miał przeświadczenie, że tak długi sen świadczyłby o nieszczęściu i to nie tylko jego. To była diametralna różnica w stosunku do tego co przechodził podczas choroby w rodzinnej posiadłości. Tam mógł położyć się z myślą, że był sam w swojej przypadłości. Nikogo nie zaraził i mógł wyzdrowieć o własnych siłach.
Tutaj jego los zależał od innej osoby, która nieważne jak bardzo się starała, sama wyraźnie zaznaczyła, że nie jest uzdrowicielem. Nie chciał być na nią zdany. Nie tylko, żeby nie robić jej problemów, ale też przez to, że to nie była naturalna sytuacja dla żadnego z nich. Ponadto nadal myślał o tym natrętnym czymś, co miał z tyłu głowy. Zapominał o czymś bardzo istotnym. O kwestii życia i śmierci, a przecież on nie umierał.
I wtedy to do niego doszło. Wraz z pierwszą falą torsji po wypiciu zbyt dużej ilości wody na raz, znowu przypomniał sobie o tym, o co pytał.
Pacjent.
Ten pobity człowiek, przez którego mieli teraz to wszystko. Chciał znać jego stan, dostał poważną odpowiedź a potem całkiem mu to uciekło. Ich najważniejszy priorytet nie był traktowany priorytetowo, a Ambroise mógł teraz niewiele zrobić. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i wypluje żołądek, ale wreszcie mdłości odpuściły. Organizm pozwolił mu się wyprostować, chwycić ręką brzeg krzesła i oprzeć policzek o materiał na oparciu.
- Wody - ponownie poprosił zachrypniętym głosem, tym razem zmuszając się, żeby ograniczyć to, ile powinien wypić. - Szklankę. Nie ufam sobie, żeby nie wypić więcej - zaznaczył.
Bardzo potrzebował płynów, ale nie mógł widzieć ich niezliczonej ilości. Potrzebował pohamować się do szklanki, którą wypił duszkiem, gdy tylko ją dostał. Podziękował kiwnięciem głowy, mrużąc zmęczone oczy, żeby bliżej spojrzeć na towarzyszkę. Niestety, nadal mazał mu się obraz. Był ostrzejszy, ale nieidealny a Greengrass miał dziwne przeświadczenie, że musieli mieć ze sobą coś wspólnego. Skądś ją znał. Jeszcze nie rozumiał, skąd.
- Podaj mi moją torbę, proszę - odezwał się. Musiał sam poszukać sobie kilku odpowiednich eliksirów do zażycia, żeby móc stanąć na nogi. Jako tako.
Pacjent go potrzebował. Przynajmniej oddychał, Ambroise widział ruch jego piersi.
- Wobec tego dojdę do siebie - zawiesił się szukając słowa - manualnie, jeśli pozwolisz - zakończył, próbując naturalnie zwilżyć struny głosowe, ale niemal już nie miał śliny. Czuł się paskudnie, parszywie.
Niedawna poważna choroba nie styrała go tak jak ten wieczór. Tak właściwie to nie był stuprocentowo pewien, że wciąż mieli ten sam dzień. Dopuszczał, że przemajaczył ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Ponadto wiedział, że to byłoby bardzo, bardzo złe. Nie do końca pamiętał, z jakiego powodu, nie zaszedł tak daleko. Z tyłu głowy miał przeświadczenie, że tak długi sen świadczyłby o nieszczęściu i to nie tylko jego. To była diametralna różnica w stosunku do tego co przechodził podczas choroby w rodzinnej posiadłości. Tam mógł położyć się z myślą, że był sam w swojej przypadłości. Nikogo nie zaraził i mógł wyzdrowieć o własnych siłach.
Tutaj jego los zależał od innej osoby, która nieważne jak bardzo się starała, sama wyraźnie zaznaczyła, że nie jest uzdrowicielem. Nie chciał być na nią zdany. Nie tylko, żeby nie robić jej problemów, ale też przez to, że to nie była naturalna sytuacja dla żadnego z nich. Ponadto nadal myślał o tym natrętnym czymś, co miał z tyłu głowy. Zapominał o czymś bardzo istotnym. O kwestii życia i śmierci, a przecież on nie umierał.
I wtedy to do niego doszło. Wraz z pierwszą falą torsji po wypiciu zbyt dużej ilości wody na raz, znowu przypomniał sobie o tym, o co pytał.
Pacjent.
Ten pobity człowiek, przez którego mieli teraz to wszystko. Chciał znać jego stan, dostał poważną odpowiedź a potem całkiem mu to uciekło. Ich najważniejszy priorytet nie był traktowany priorytetowo, a Ambroise mógł teraz niewiele zrobić. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i wypluje żołądek, ale wreszcie mdłości odpuściły. Organizm pozwolił mu się wyprostować, chwycić ręką brzeg krzesła i oprzeć policzek o materiał na oparciu.
- Wody - ponownie poprosił zachrypniętym głosem, tym razem zmuszając się, żeby ograniczyć to, ile powinien wypić. - Szklankę. Nie ufam sobie, żeby nie wypić więcej - zaznaczył.
Bardzo potrzebował płynów, ale nie mógł widzieć ich niezliczonej ilości. Potrzebował pohamować się do szklanki, którą wypił duszkiem, gdy tylko ją dostał. Podziękował kiwnięciem głowy, mrużąc zmęczone oczy, żeby bliżej spojrzeć na towarzyszkę. Niestety, nadal mazał mu się obraz. Był ostrzejszy, ale nieidealny a Greengrass miał dziwne przeświadczenie, że musieli mieć ze sobą coś wspólnego. Skądś ją znał. Jeszcze nie rozumiał, skąd.
- Podaj mi moją torbę, proszę - odezwał się. Musiał sam poszukać sobie kilku odpowiednich eliksirów do zażycia, żeby móc stanąć na nogi. Jako tako.
Pacjent go potrzebował. Przynajmniej oddychał, Ambroise widział ruch jego piersi.