09.09.2024, 00:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.09.2024, 00:50 przez Oleander Crouch.)
Delektował się intensywnością emocji intymnych momentów; pławił się w podniosłości, pozwalał chwytać skrępowaniu, spoglądał prosto w oczy pożądaniu i nie opadał w miękką pościel ani zbyt szybko, ani za wolno. Wymierzenie idealnego momentu było sztuką, tak samo jak uderzenia metronomu wyznaczały rytm, tak kolejne słowa, pomruki i dreszcze oświetlały ścieżkę ruchom, pchnięciom, chociażby tez i słowom. Nigdy wcześniej nie doświadczył rozmowy intymniejszej niż niejedna spędzona na bezsennym łapaniu oddechu noc. W lakoniczności i wahaniu kryło się więcej intensywności niż rozłożysty gwiazdozbiór erotycznych uniesień, jaki Oleander mógł sprezentować na bogatym wachlarzu krótkiego życia.
- Czy to takie dziwne? - zapytał, widząc cień zdezorientowania odbijający się na zazwyczaj beznamiętnym licu Desmonda - Że dostrzegam Twoje zmęczenie, biorąc pod uwagę staż jaki mamy w tej relacji? - uniósł delikatnie brwi. Chciał powiedzieć o wiele więcej, ale uznał, że, tak jak słońce następuje po nocy, wysuszając rosę i zakrywając granat nocnego nieba, tak o wiele przyjemniej jest usiąść w ciszy i posłuchać jak księżyc wprawia w ruch fale szumiącego oceanu. Mogło się wydawać, że Oleander skupiał się tylko i wyłącznie na sobie, też nie byłoby to do końca błędnym stwierdzeniem, sam bezwstydnie przyznałby to na głos. Mimo to, nie był głuchy na potrzeby Desmonda i to odróżniało tę relację od każdej innej, przelotnej, intensywnej miłosnej grze w jakiej uczestniczył. Do Malfoya wrócił z otwartymi ramionami, każdą inną osobę potraktowałby gorzej od taniej kurtyzany.
Przymrużył oczy pozwalając powiekom pokryć się delikatną zmarszczką. Ciemne, długi rzęsy przysłoniły zieleń oczu, gdy studiował profil blondyna. Przesunął wzrokiem po zaciśniętej szczęce, strzegącej najszczersze złoto, bezcenny skarb tego świata - mowę. Słowa nie przychodziły Desmondowi łatwo, Oleander czasami rozmyślał czy miały dla drugiego czarodzieja tak samo przygniatającą wagę jak wielotonowe sztabki złota. Czy dostrzegał ich wartość i dlatego próbował je podnieść?
Przysłuchiwał się darowanym wypowiedziom i składał je w logiczną całość analizując zachowania Malfoya, nie ignorując swoich przeczuć i tego, co odczuwał w ciężkości atmosfery pokoju. Nie była to złość, nie zirytowanie, też nie rezygnacja, to była nowa emocja. Realizacja wydawała się wychylać zza horyzontu, gdy Oleander przesunął spojrzeniem ze szczęki na ramiona Desmonda, uwięzione pod białym materiałem wykrochmalonej koszuli.
Pozwolił Malfoyowi ująć swoją dłoń w zdecydowanym uścisku, nie operiał się, nie wyraził też jednoznacznej zgody na ten gest. Poczuł dreszcz ekscytacji, który przebiegł mu po karku, gdy ich palce się ze sobą spotkały. Opuszki dłoni blondyna nie były twarde, ale również nie można było nazwać ich gładkami; pewna szorstkość wkradła się we wnętrze dłoni, prowadzona uciskiem, jaki nakładany był na pędzel czy kuchenne naczynia podczas gotowania. Subtelność dotyku, a zarazem jego zaborczość, spowodowały, że serce Croucha przyspieszyło nieco. Zazwyczja pozwolilby uczuciom płynac, ale tym razem zdawał sobie sprawę, że Desmond wyczuje każdą, jedną zmianę - nawet w szybkości pulsu. Przełknął ślinę, stwierdzając, że to niedorzeczne, iż czuje się taki spłoszony. Ileż razy w życiu trzymał kogoś za rękę, ile łapał obce ciała w swoje ramiona i pozwalał ściskać własną, gładką skórę bioder i ud.
Tym razem było inaczej. Lepiej. Wziął głęboki oddech, czując ciepło na policzkach. Wydawało mu się, że reakcja cielesna mogłaby być odpowiednio dobitną odpowiedzią na zadane przez Desmonda pytanie, ale opanował rozgrzane zmysły i starał się trzymać żądzę w ryzach.
- A co chciałbyś zrobić, aby poczuć się lepiej? - głos Oleandra był nieco zachrypnięty, więc chłopak odchrząknął zaciskając palce na dłoni przyjaciela.
Mimo ogromnego lęku, udało mu się przesunąć wolną dłoń na ramię Malfoya. Chłód palców kontrastował z rozgrzanymi, różanymi policzkami i przebijał się przez materiał białej koszuli.
Miał w głowie wiele propozycji, ale żadna nie była dobra na ten moment. Nie wiedział, co się robi, gdy druga osoba potrzebuje komfortu, nie w ten sposób. Zazwyczaj oddawał innym gest rozpinanej koszuli, zsuwającego się po ramionach materiału i lepkich chwil uciechy. Ale pocieszenie kogoś w słowach? To było nie lada wyzwanie.
- Poza sięgnięciem po butelkę, oczywiście - dodał, jakby to miało nie być oczywiste, bo z Desmondem nigdy nie było wiadomo. Zdarzało mu się czytać kontekst rozmowy bardzo dobrze, a innymi razy wcale.
Poczuł się nagle bardzo bezużyteczny i mały. Zaciśnięta w uścisku dłoń pozwalała mu się skupić na rzeczywistości i nie utonąć w wrogich, skierowanych do samego siebie, myślach.
- Czy to takie dziwne? - zapytał, widząc cień zdezorientowania odbijający się na zazwyczaj beznamiętnym licu Desmonda - Że dostrzegam Twoje zmęczenie, biorąc pod uwagę staż jaki mamy w tej relacji? - uniósł delikatnie brwi. Chciał powiedzieć o wiele więcej, ale uznał, że, tak jak słońce następuje po nocy, wysuszając rosę i zakrywając granat nocnego nieba, tak o wiele przyjemniej jest usiąść w ciszy i posłuchać jak księżyc wprawia w ruch fale szumiącego oceanu. Mogło się wydawać, że Oleander skupiał się tylko i wyłącznie na sobie, też nie byłoby to do końca błędnym stwierdzeniem, sam bezwstydnie przyznałby to na głos. Mimo to, nie był głuchy na potrzeby Desmonda i to odróżniało tę relację od każdej innej, przelotnej, intensywnej miłosnej grze w jakiej uczestniczył. Do Malfoya wrócił z otwartymi ramionami, każdą inną osobę potraktowałby gorzej od taniej kurtyzany.
Przymrużył oczy pozwalając powiekom pokryć się delikatną zmarszczką. Ciemne, długi rzęsy przysłoniły zieleń oczu, gdy studiował profil blondyna. Przesunął wzrokiem po zaciśniętej szczęce, strzegącej najszczersze złoto, bezcenny skarb tego świata - mowę. Słowa nie przychodziły Desmondowi łatwo, Oleander czasami rozmyślał czy miały dla drugiego czarodzieja tak samo przygniatającą wagę jak wielotonowe sztabki złota. Czy dostrzegał ich wartość i dlatego próbował je podnieść?
Przysłuchiwał się darowanym wypowiedziom i składał je w logiczną całość analizując zachowania Malfoya, nie ignorując swoich przeczuć i tego, co odczuwał w ciężkości atmosfery pokoju. Nie była to złość, nie zirytowanie, też nie rezygnacja, to była nowa emocja. Realizacja wydawała się wychylać zza horyzontu, gdy Oleander przesunął spojrzeniem ze szczęki na ramiona Desmonda, uwięzione pod białym materiałem wykrochmalonej koszuli.
Pozwolił Malfoyowi ująć swoją dłoń w zdecydowanym uścisku, nie operiał się, nie wyraził też jednoznacznej zgody na ten gest. Poczuł dreszcz ekscytacji, który przebiegł mu po karku, gdy ich palce się ze sobą spotkały. Opuszki dłoni blondyna nie były twarde, ale również nie można było nazwać ich gładkami; pewna szorstkość wkradła się we wnętrze dłoni, prowadzona uciskiem, jaki nakładany był na pędzel czy kuchenne naczynia podczas gotowania. Subtelność dotyku, a zarazem jego zaborczość, spowodowały, że serce Croucha przyspieszyło nieco. Zazwyczja pozwolilby uczuciom płynac, ale tym razem zdawał sobie sprawę, że Desmond wyczuje każdą, jedną zmianę - nawet w szybkości pulsu. Przełknął ślinę, stwierdzając, że to niedorzeczne, iż czuje się taki spłoszony. Ileż razy w życiu trzymał kogoś za rękę, ile łapał obce ciała w swoje ramiona i pozwalał ściskać własną, gładką skórę bioder i ud.
Tym razem było inaczej. Lepiej. Wziął głęboki oddech, czując ciepło na policzkach. Wydawało mu się, że reakcja cielesna mogłaby być odpowiednio dobitną odpowiedzią na zadane przez Desmonda pytanie, ale opanował rozgrzane zmysły i starał się trzymać żądzę w ryzach.
- A co chciałbyś zrobić, aby poczuć się lepiej? - głos Oleandra był nieco zachrypnięty, więc chłopak odchrząknął zaciskając palce na dłoni przyjaciela.
Mimo ogromnego lęku, udało mu się przesunąć wolną dłoń na ramię Malfoya. Chłód palców kontrastował z rozgrzanymi, różanymi policzkami i przebijał się przez materiał białej koszuli.
Miał w głowie wiele propozycji, ale żadna nie była dobra na ten moment. Nie wiedział, co się robi, gdy druga osoba potrzebuje komfortu, nie w ten sposób. Zazwyczaj oddawał innym gest rozpinanej koszuli, zsuwającego się po ramionach materiału i lepkich chwil uciechy. Ale pocieszenie kogoś w słowach? To było nie lada wyzwanie.
- Poza sięgnięciem po butelkę, oczywiście - dodał, jakby to miało nie być oczywiste, bo z Desmondem nigdy nie było wiadomo. Zdarzało mu się czytać kontekst rozmowy bardzo dobrze, a innymi razy wcale.
Poczuł się nagle bardzo bezużyteczny i mały. Zaciśnięta w uścisku dłoń pozwalała mu się skupić na rzeczywistości i nie utonąć w wrogich, skierowanych do samego siebie, myślach.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦