09.09.2024, 10:13 ✶
Świadomość, że musi zebrać się w sobie i stanąć (nawet metaforycznie) na własne nogi pchała go do przodu. Kroczek po kroczku zdobył się, żeby przyjąć szklankę wody i utrzymać zawartość w żołądku. Wypłukał też usta i wypluł część płynu do kosza na śmieci, który odsunął od siebie. Nie potrzebował go. Potrzebował torby z eliksirami i chwili na zastanowienie. Czuł się jak chłopiec siedzący w piaskownicy przed wydawanymi mu zabawkami. To nie było dobre uczucie.
- Okay - mruknął, starając się oddychać jak najpłycej, bo znowu dopadła go ochota na wymioty.
W normalnych warunkach pewnie nie byłby zadowolony z chaosu panującego w torbie medycznej. Dużo czasu przeznaczał na to, aby mieć tam całkowity porządek według własnego systemu segregacji. Miał autorski układ, który pozwalał mu błyskawicznie znaleźć potrzebne substancje, sięgając po nie niemalże na oślep. Jednakże to była wyjątkowa sytuacja. Nie mógł sam się wyleczyć i dopiero teraz czuł się dostatecznie na siłach, żeby móc znaleźć sobie coś poprawiającego stan zdrowia. Przedtem musiał liczyć na pomoc, więc teraz musiał (również) liczyć się z nieporządkiem panującym w torbie. Jednym słowem, akceptował to, że miało być trudniej. Zareagował spokojnym, wycieńczonym kiwaniem głową.
Bez słowa skorzystał z przytrzymywanej mu torby, drżącą ręką wyciągając wrzucone tam buteleczki i stawiając jedną obok drugiej. Tak było najlepiej. Musiał to spakować w odpowiedni sposób, ale teraz potrzebował wiedzieć, co gdzie było. Nie szukać tego za każdym razem. Nie prosił o pomoc, choć może powinien, zważywszy na to jak mocno dygotały mu ręce. Potrzebował wyjąć tylko kilka buteleczek, patrząc na nie jedna po drugiej i ustawiając je w krzywym rządku na podłodze. Kiedy znalazł już wszystko, czego potrzebował, odkorkował dwie substancje i wlał eliksiry do wyjętej pustej kolby. Przemierzał je szybko, wypijając zawartość duszkiem i wzdrygając się w niesmaku.
- Pomożesz mi wstać? - Spytał, dochodząc do wniosku, że lepiej poprosić o wsparcie w tym zakresie niżeli się wygłupić. Już i tak był dłużnikiem...
...Geraldine.
Tak. Właśnie. Teraz to do niego dotarło. Wraz z poprawą samopoczucia, wreszcie wyraźniej przyjrzał się jej twarzy i skojarzył fakty.
Pięknie.
Nie chciał być jej dłużnikiem. Nie była najgorszą możliwością, ale nie chciał zaciągać u niej długu ani pokazywać się od słabej strony. Niestety, było za późno. Podciągając się na nogi, nie skomentował w żadnym razie tego, że wcześniej nie wiedział, z kim ma do czynienia. Jego spojrzenie się rozjaśniało a na twarzy zaczynała gościć maska.
Niezależnie od tego, czy zaoferowała mu swą pomoc, dotoczył się do łóżka pacjenta i zaczął rozwijać zakrwawiony szalik, rozpinając też wierzchnie ubranie czarodzieja. Po raz pierwszy przyjrzał się obrażeniom w jasnym świetle pokoju.
- Nie jest dobrze - zakomunikował zaciągając powietrze, ale nie oglądając się przez ramię. - Jest szansa, że znasz tego człowieka? - Nie pytał, co Geraldine robi na Nokturnie tak jak ona nie zadawała mu tego pytania. Pytał, czy kojarzyła pobitego mężczyznę, bo on tego nie robił. Mieli problem. Pytanie, jak duży.
- Okay - mruknął, starając się oddychać jak najpłycej, bo znowu dopadła go ochota na wymioty.
W normalnych warunkach pewnie nie byłby zadowolony z chaosu panującego w torbie medycznej. Dużo czasu przeznaczał na to, aby mieć tam całkowity porządek według własnego systemu segregacji. Miał autorski układ, który pozwalał mu błyskawicznie znaleźć potrzebne substancje, sięgając po nie niemalże na oślep. Jednakże to była wyjątkowa sytuacja. Nie mógł sam się wyleczyć i dopiero teraz czuł się dostatecznie na siłach, żeby móc znaleźć sobie coś poprawiającego stan zdrowia. Przedtem musiał liczyć na pomoc, więc teraz musiał (również) liczyć się z nieporządkiem panującym w torbie. Jednym słowem, akceptował to, że miało być trudniej. Zareagował spokojnym, wycieńczonym kiwaniem głową.
Bez słowa skorzystał z przytrzymywanej mu torby, drżącą ręką wyciągając wrzucone tam buteleczki i stawiając jedną obok drugiej. Tak było najlepiej. Musiał to spakować w odpowiedni sposób, ale teraz potrzebował wiedzieć, co gdzie było. Nie szukać tego za każdym razem. Nie prosił o pomoc, choć może powinien, zważywszy na to jak mocno dygotały mu ręce. Potrzebował wyjąć tylko kilka buteleczek, patrząc na nie jedna po drugiej i ustawiając je w krzywym rządku na podłodze. Kiedy znalazł już wszystko, czego potrzebował, odkorkował dwie substancje i wlał eliksiry do wyjętej pustej kolby. Przemierzał je szybko, wypijając zawartość duszkiem i wzdrygając się w niesmaku.
- Pomożesz mi wstać? - Spytał, dochodząc do wniosku, że lepiej poprosić o wsparcie w tym zakresie niżeli się wygłupić. Już i tak był dłużnikiem...
...Geraldine.
Tak. Właśnie. Teraz to do niego dotarło. Wraz z poprawą samopoczucia, wreszcie wyraźniej przyjrzał się jej twarzy i skojarzył fakty.
Pięknie.
Nie chciał być jej dłużnikiem. Nie była najgorszą możliwością, ale nie chciał zaciągać u niej długu ani pokazywać się od słabej strony. Niestety, było za późno. Podciągając się na nogi, nie skomentował w żadnym razie tego, że wcześniej nie wiedział, z kim ma do czynienia. Jego spojrzenie się rozjaśniało a na twarzy zaczynała gościć maska.
Niezależnie od tego, czy zaoferowała mu swą pomoc, dotoczył się do łóżka pacjenta i zaczął rozwijać zakrwawiony szalik, rozpinając też wierzchnie ubranie czarodzieja. Po raz pierwszy przyjrzał się obrażeniom w jasnym świetle pokoju.
- Nie jest dobrze - zakomunikował zaciągając powietrze, ale nie oglądając się przez ramię. - Jest szansa, że znasz tego człowieka? - Nie pytał, co Geraldine robi na Nokturnie tak jak ona nie zadawała mu tego pytania. Pytał, czy kojarzyła pobitego mężczyznę, bo on tego nie robił. Mieli problem. Pytanie, jak duży.