09.09.2024, 11:56 ✶
Robił wszystko, żeby jak najszybciej dojść do siebie. Słabość, jaka go ogarnęła trwała stanowczo zbyt długo. Czas uciekł im przez palce. Nie trzeba było być geniuszem ani uzdrowicielem, żeby się tego domyślić.
Nawet jeśli tego nie mówił, potrzebował każdej pomocy, jaką mógł uzyskać. Nie chciał przyznać się do tego, że najchętniej nadal siedziałby na podłodze, dygocząc w drgawkach spowodowanych przeszłym wysiłkiem a teraz to wszystko, co robił wymagało od niego angażowania sił, których nie miał. Zapożyczał się z wszelkich zapasów energii, jakie mógł zdobyć. Gdyby był rozsądny i nie zdesperowany, najpewniej użyłby zupełnie innych eliksirów niż te, które ze sobą zmieszał. To nie była dobra mieszanka. Stworzył coś, co za kilka godzin miało mu dać nieźle w kość, ale do tego czasu zamierzał wrócić do domu i zaszyć się w samotni. Teraz potrzebował tego kopa. Równie mocno, co milczącego wsparcia ze strony Geraldine.
Mieli tu ciężki przypadek. Co gorsza, jeszcze nie wiedzieli jak trudny i co powinni robić, żeby pomóc człowiekowi na łóżku. Temu, którego najwyraźniej żadne z nich nie znało. Ambroise miał nikłą nadzieję, że Geraldine odpowie inaczej.
Wspaniale. No, wspaniale.
Było ich dwoje. On półprzytomny, ona nie znała się na medycynie. Mieli nieprzytomnego, na wpół żywego człowieka, którego oboje w jakimś zakresie kojarzyli. Oczywiście, tak bardzo, że równie dobrze mógł być kimś całkowicie innym. Nie wiedzieli o nim nic, poza tym, że nie był responsywny i najprawdopodobniej wpakował się w poważne kłopoty. W innym wypadku nie byłby teraz w tym stanie.
- Możesz go przeszukać? - Spytał, choć podejrzewał, że czarodziej nie miał przy sobie już nic, po czym mogliby go zidentyfikować a już najpewniej nie nosił przy sobie żadnego karty z alergiami i historią medyczną. - Tylko ostrożnie - dodał, nie wiedząc jak pacjent mógł zareagować na dotyk.
Nie powinni bagatelizować prawdopodobnych obrażeń wewnętrznych lub zewnętrznych ran kryjących się pod ubraniem. Przede wszystkim Ambroise nie chciał, żeby czarodziej nagle ocknął się i zaatakował Geraldine. Mógł być naturalnie zestresowany, robiąc różne rzeczy pod wpływem nagłego wybuchu adrenaliny. Nie wiedzieli, w jakich okolicznościach stracił przytomność. Greengrass podejrzewał, że na długo przed tym jak pobity spadł mu na głowę i że ktoś wypchnął delikwenta z wysokości, żeby go dobić. Pewnie nie patrzył, że ktoś stał na dole. To mogło, ale nie musiało być działanie w afekcie.
- W razie czego go przytrzymam - zapewnił. Chciał, żeby czuła się bezpieczniej, jeśli to było w ogóle możliwe.
Mógł sam obadać kieszenie mężczyzny, ale ręce Geraldine były delikatniejsze. Jego własne sztywniały i trzęsły się, kiedy sięgał do torby po różdżkę i mamrotał zaklęcie rozcinające gruby czarny sweter, koszulę i spodnią bluzkę pacjenta. Wolał jak najmniej ruszać poszkodowanego a musiał obejrzeć jego klatkę piersiową. Płaszcz zostawił w spokoju dopóki Yaxleyówna nie miała mu powiedzieć, czy kieszenie były puste, czy też coś tam mieli.
Wystarczyło jedno spojrzenie na to, co odkryło się pod wszystkimi warstwami ubrań. Sekunda, w której rozciął je zaklęciem starczyła, żeby zobaczyć wszystko, czego nie chcieliby widzieć. Materiał do tej pory tamował obrażenia. Teraz spod zakrwawionych warstw wyłonił się sam środek obrażeń. Środek pacjenta. Dosłownie, bo flaki niemal wypływały mu na wierzch razem z krwią. Oderwanie warstw było konieczne, ale odkryło coś, czego żadne z nich się najpewniej nie spodziewało. Z zewnątrz to wyglądało jak zwykłe pobicie. Ktoś musiał go ubrać zanim zrzucił ofiarę z wysokości. To była jedyna opcja.
Cud, że przeżył tak długo, ale oni nie mieli już niemal żadnego czasu. Zaskoczony Ambroise zamachnął się w tył na oślep sięgając po torbę. Nie miał tam nic na tak poważne rany. To było najbardziej przerażające.
- Nie dotrze - wymamrotał, zawieszając dłoń nad torbą z eliksirami. Nawet, gdyby od razu zaciągnął go do Munga, co było niemożliwe (teleportacja od razu by go zabiła). Ten człowiek miał już nigdzie nie dotrzeć. Był trupem, choć jeszcze żywym.
On już nie żyje, Geraldine mówiło spojrzenie, które posłał kobiecie. Nie chciał mówić tego na głos, ale takie były realia. Czarodziej męczył się na ostatniej prostej przed pewną śmiercią. Nie było miejsca na cud.
Nawet jeśli tego nie mówił, potrzebował każdej pomocy, jaką mógł uzyskać. Nie chciał przyznać się do tego, że najchętniej nadal siedziałby na podłodze, dygocząc w drgawkach spowodowanych przeszłym wysiłkiem a teraz to wszystko, co robił wymagało od niego angażowania sił, których nie miał. Zapożyczał się z wszelkich zapasów energii, jakie mógł zdobyć. Gdyby był rozsądny i nie zdesperowany, najpewniej użyłby zupełnie innych eliksirów niż te, które ze sobą zmieszał. To nie była dobra mieszanka. Stworzył coś, co za kilka godzin miało mu dać nieźle w kość, ale do tego czasu zamierzał wrócić do domu i zaszyć się w samotni. Teraz potrzebował tego kopa. Równie mocno, co milczącego wsparcia ze strony Geraldine.
Mieli tu ciężki przypadek. Co gorsza, jeszcze nie wiedzieli jak trudny i co powinni robić, żeby pomóc człowiekowi na łóżku. Temu, którego najwyraźniej żadne z nich nie znało. Ambroise miał nikłą nadzieję, że Geraldine odpowie inaczej.
Wspaniale. No, wspaniale.
Było ich dwoje. On półprzytomny, ona nie znała się na medycynie. Mieli nieprzytomnego, na wpół żywego człowieka, którego oboje w jakimś zakresie kojarzyli. Oczywiście, tak bardzo, że równie dobrze mógł być kimś całkowicie innym. Nie wiedzieli o nim nic, poza tym, że nie był responsywny i najprawdopodobniej wpakował się w poważne kłopoty. W innym wypadku nie byłby teraz w tym stanie.
- Możesz go przeszukać? - Spytał, choć podejrzewał, że czarodziej nie miał przy sobie już nic, po czym mogliby go zidentyfikować a już najpewniej nie nosił przy sobie żadnego karty z alergiami i historią medyczną. - Tylko ostrożnie - dodał, nie wiedząc jak pacjent mógł zareagować na dotyk.
Nie powinni bagatelizować prawdopodobnych obrażeń wewnętrznych lub zewnętrznych ran kryjących się pod ubraniem. Przede wszystkim Ambroise nie chciał, żeby czarodziej nagle ocknął się i zaatakował Geraldine. Mógł być naturalnie zestresowany, robiąc różne rzeczy pod wpływem nagłego wybuchu adrenaliny. Nie wiedzieli, w jakich okolicznościach stracił przytomność. Greengrass podejrzewał, że na długo przed tym jak pobity spadł mu na głowę i że ktoś wypchnął delikwenta z wysokości, żeby go dobić. Pewnie nie patrzył, że ktoś stał na dole. To mogło, ale nie musiało być działanie w afekcie.
- W razie czego go przytrzymam - zapewnił. Chciał, żeby czuła się bezpieczniej, jeśli to było w ogóle możliwe.
Mógł sam obadać kieszenie mężczyzny, ale ręce Geraldine były delikatniejsze. Jego własne sztywniały i trzęsły się, kiedy sięgał do torby po różdżkę i mamrotał zaklęcie rozcinające gruby czarny sweter, koszulę i spodnią bluzkę pacjenta. Wolał jak najmniej ruszać poszkodowanego a musiał obejrzeć jego klatkę piersiową. Płaszcz zostawił w spokoju dopóki Yaxleyówna nie miała mu powiedzieć, czy kieszenie były puste, czy też coś tam mieli.
Wystarczyło jedno spojrzenie na to, co odkryło się pod wszystkimi warstwami ubrań. Sekunda, w której rozciął je zaklęciem starczyła, żeby zobaczyć wszystko, czego nie chcieliby widzieć. Materiał do tej pory tamował obrażenia. Teraz spod zakrwawionych warstw wyłonił się sam środek obrażeń. Środek pacjenta. Dosłownie, bo flaki niemal wypływały mu na wierzch razem z krwią. Oderwanie warstw było konieczne, ale odkryło coś, czego żadne z nich się najpewniej nie spodziewało. Z zewnątrz to wyglądało jak zwykłe pobicie. Ktoś musiał go ubrać zanim zrzucił ofiarę z wysokości. To była jedyna opcja.
Cud, że przeżył tak długo, ale oni nie mieli już niemal żadnego czasu. Zaskoczony Ambroise zamachnął się w tył na oślep sięgając po torbę. Nie miał tam nic na tak poważne rany. To było najbardziej przerażające.
- Nie dotrze - wymamrotał, zawieszając dłoń nad torbą z eliksirami. Nawet, gdyby od razu zaciągnął go do Munga, co było niemożliwe (teleportacja od razu by go zabiła). Ten człowiek miał już nigdzie nie dotrzeć. Był trupem, choć jeszcze żywym.
On już nie żyje, Geraldine mówiło spojrzenie, które posłał kobiecie. Nie chciał mówić tego na głos, ale takie były realia. Czarodziej męczył się na ostatniej prostej przed pewną śmiercią. Nie było miejsca na cud.