Nigdy nie chodziło mu o tak ściąganie munduru.
Przecież nigdy nie życzył jej źle, nawet jeśli się kłócili i warczał za nią by wypierdalała w pizdu. Nie do tego stopnia. Powtarzał jej żeby odpuściła sobie tą zabawę w harcerzyka, bo to kompletnie nie pasowało do niej. Była gorzka i szorstka z wierzchu, prawie tak jak on, z tą różnicą, że on przyjął to jak namaszczenie. Świat to cyrk, a ludzie to zwierzęta i wiedział, że ona też tak poniekąd czuła. Jakaś kropla goryczy i pogardy dla rzeczywistości, którą próbował z niej wykręcić przy każdej możliwej okazji. Zamiast tego wolała udawać rycerzyka w za dużych butach i uganiać się za planktonem z Nokturnu i całej reszty tej toksyny. Kompletnie zmarnowany potencjał, a przecież była taka silna. I gdyby tylko przestała udawać, byłby nawet skłonny zaprowadzić ją w stronę mroku, tam gdzie jego ciągnęło jak stado ciem do nocnej latarni.
Ale ten kretynizm nigdy nie wyszedł jej z głowy. Zapewne Alastor, a nawet wszyscy ci jebani Moody natłukli jej do głowy tych bredni o dobru i złu, spłycając świat do jakiegoś prostackiego dualizmu. Nigdy nie mówił jej wprost, czym się zajmował kiedy przestał już być piłkarzykiem. W jakim kierunku przekonwertował wszystkie swoje ambicje. To byłoby zbyt lekkomyślne i nieodpowiedzialne. No i pewnie przestałaby robić mu te rzeczy po której do niej przychodził.
Wolał kiedy piła.
Wolał po stokroć kiedy była napierdolona. Chaotyczna, destruktywna i autodestrukcyjna dla samej siebie. Impulsywna i wywrotowa, ale co najważniejsze; niczym nieskrępowana. Kiedy była w cugu stać ją było na więcej, o wiele więcej. Nie bawiła się wtedy w konwenanse. Mógłby nawet wtedy przysiąc, że pod warstwą jej perfum i woni alkoholu, czuł nutę spaczenia, która mogłaby się wydostać z jej wnętrza gdyby tylko na to pozwoliła. Szkoda, że jednak wybrała kontrolę.
Może gdyby wtedy posłuchałaby go, poszła za jego radą, dzisiaj nie leżałaby tutaj, podana kostusze jak na porcelanowym talerzu.
Zaciskał jej dłoń między swoimi i czuł jak wiotka była. Jak drobne palce, uginają się jedynie od jego nacisku, bezwolnie i bezwładnie. W końcu sięgnął dłonią do jej twarzy, by pogładzić po policzku. Była tak krucha, jakby z cukru. Bał się nacisnąć na nią mocniej, bo czuł że rozpadnie się na tysiące elementów.
- Jesteś idiotką Moody!- warknął głośniej przez zaciśnięte zęby. Smutek i żal w końcu przepoczwarzyły się w gniew. Był zły na nią, że wpakowała się to tak głęboko. Zawsze liczył, że poprzestanie na byciu pospolitym krawężnikiem, że gonitwa za drobnymi łotrzykami wystarczy jej, żeby poczuć się tym dobrym. Po cholerę jej to właściwie było? Po co się oszukiwała, że uda się jej zbawić świat, chociaż ledwo radziła sobie z uratowaniem samej siebie.
Przejechał kciukiem po jej suchych wargach, a te nawet nie drgnęły. - Wstawaj kretynko, nie możesz odejść tak po prostu... Dalej syczał nienawistnie, a pięść zacisnęła mu się przed jego własną twarzą, a myśl że chciałby ją teraz pocałować. Ale odsuwał to, odsuwał jak całe poczucie winy jakie uderzało w niego taranem. Nie mógł sobie na to pozwolić, tak jak nie mógł sobie pozwolić na sentymenty. Był o krok przed zwątpieniem we wszystko co robił do tej pory, we wszystko co uwierzył Czarnemu Panu. Dlatego teraz był na nią taki wściekły.