09.09.2024, 13:11 ✶
- Nigdy nie wiadomo - ostrzegł ją, bo pacjenci zachowywali się różnie. Mimo to zaakceptował życzenie i zajął się innymi medycznymi czynnościami.
W swojej karierze wielokrotnie spotkał się z przypadkami nagłego skoku adrenaliny. Umierący ludzie na sekundę wyrywali się z objęć śmierci. Byli silniejsi i mniej przytomni, kierował nim najczystszy instynkt. Łapali uzdrowicieli za klapy, dusili personel pomocniczy, który trzeba było wyrywać z ich ramion a potem opadali na łóżko jak marionetki. Ktoś podcinał im niewidoczne sznureczki i stawali się martwymi laleczkami z gałganków. Workiem martwego mięsa.
To nie był widok, do którego można było tak całkiem przywyknąć. Zawsze odczuwał to samo, choć nauczył się przybierać maskę na twarz. Dokładnie taką jak teraz. Ruchy Greengrassa były trochę elektryczne i nieskoordynowane, ale mina niewzruszona. Jedynie po oczach można było dojść, jak bardzo zaskoczyły go obrażenia pacjenta. Nie zwracał uwagi na Geraldine ani na skutki przeszukania. Flaki na wierzchu zajmowały całą uwagę.
Nie wiedział, czego się spodziewał, ale nie tego. To był poruszający, obrzydliwy, pierwotny widok kojarzący się z truchłem zwierzęcia w lesie. Tyle, że to nie było zwierzę tylko człowiek. Jeszcze żywy. Już niedługo, ale mężczyzna nadal oddychał i krwawił. Greengrass skupił się na przeszukiwaniu torby, choć wiedział, że nic tam nie ma. Szykując się do prywatnego dyżuru nie wziął nic, czym mógłby walczyć ze śmiercią, która stała razem z nimi w jednym pokoju. Niemal czuł oddech Kostuchy na swoim karku. Jej obecność była wyraźniejsza niż ta Yaxleyówny.
Dopiero, gdy Geraldine osunęła się po ścianie, zwrócił na nią uwagę i odetchnął po raz pierwszy od nie wiadomo jak dawna. Cały ten czas wstrzymywał oddech. Musiał myśleć. Działać. Bardziej nad nimi niż nad pomocą komuś, kto nie miał nagle wrócić do zdrowia. Ten mężczyzna już nie żył. Oddychał, ale był martwy.
- Hej, Geraldine, posłuchaj. Hej - spróbował przykucnąć obok i zwrócić jej uwagę na siebie - posłuchaj, nie możemy udać, że cię tu nigdy nie było. Ktoś nas widział, tak? - Upewniał się, bo był wtedy półprzytomny. Mgliście pamiętał, że ktoś z nimi był i pomógł im dojść do pokoju. Barman? To był Nokturn. Barman mógł być pomocny i dyskretny, ale nie mogli mu ufać. Nikomu nie mogli. Musieli wyjść z planem.
- Słuchaj - kontynuował powoli jak do dziecka, próbując zebrać własne myśli - zrób coś dla mnie i dla siebie. Musisz wstać. Potrzebujesz się otrząsnąć. Jeśli chcesz wymiotować, wymiotuj, ale musisz się zebrać. Musisz wstać i zejść na dół. Opuścisz ten pokój, zejdziesz do głównej sali, pokażesz się barmanowi i wszystkim innym. Napijesz się drinka. Nie za dużo, nie upij się teraz, ale musisz udawać, że wszystko jest w porządku. Nic się nie stało, pomogłaś nam i nas zostawiłaś, wszystko było w porządku, kiedy wychodziłaś. Im mniej powiesz tym lepiej. Nie jesteś zaangażowana. Zejdź tam, ja sobie z nim poradzę - poinstruował ciężkim tonem.
Przez cały czas analizował sytuację, ale to nie był problem Geraldine. Chciała pomóc, nie powinna ładować się w coraz głębsze bagno. Wystarczyło, że oni tu byli. To była sprawa jego i umierającego mężczyzny. Musiał coś wymyślić, wdrożyć jakiś plan w życie i zażegnać kryzys, ale to był tylko jego problem. Yaxley nie była tego częścią. Nie chciał, żeby ryzykowała dla idei. Dostatecznie im pomogła. Aż za dobrze widział, ile ją to kosztowało. Jej stan psychiczny nie wyglądał na stabilny, ale tylko ona była w stanie to zmienić. Najlepiej poza pomieszczeniem. Gdzieś, gdzie byłaby już bezpieczna.
- Rozumiesz? Masz stąd wyjść i opuścić Wiwernę, ale nie za szybko. Musisz się pokazać, nawet jeśli to będzie trudne - złapał palcami podbródek kobiety, żeby spojrzała mu w oczy.
Jeśli to było możliwe, czuł narastającą duchotę i gorąco, ale nie chciał otwierać okien. W tej chwili musiał odprawić stąd niewinną kobietę (z jakiegoś powodu sam czuł się jak ktoś winny a nie ofiara wypadku) i wymyślić, co zrobić z męczącym się mężczyzną. Przeniesienie pacjenta nie wchodziło w grę. Nie miał żadnego eliksiru, który mógłby mu podać. Nic, co miał przy sobie nie działało na takie rany. Miał ochotę kurwić jeszcze bardziej niż Geraldine, ale tylko jedna osoba na raz powinna pozwolić sobie na panikę. Wbrew wszystkiemu musiał zachować zimną krew.
W swojej karierze wielokrotnie spotkał się z przypadkami nagłego skoku adrenaliny. Umierący ludzie na sekundę wyrywali się z objęć śmierci. Byli silniejsi i mniej przytomni, kierował nim najczystszy instynkt. Łapali uzdrowicieli za klapy, dusili personel pomocniczy, który trzeba było wyrywać z ich ramion a potem opadali na łóżko jak marionetki. Ktoś podcinał im niewidoczne sznureczki i stawali się martwymi laleczkami z gałganków. Workiem martwego mięsa.
To nie był widok, do którego można było tak całkiem przywyknąć. Zawsze odczuwał to samo, choć nauczył się przybierać maskę na twarz. Dokładnie taką jak teraz. Ruchy Greengrassa były trochę elektryczne i nieskoordynowane, ale mina niewzruszona. Jedynie po oczach można było dojść, jak bardzo zaskoczyły go obrażenia pacjenta. Nie zwracał uwagi na Geraldine ani na skutki przeszukania. Flaki na wierzchu zajmowały całą uwagę.
Nie wiedział, czego się spodziewał, ale nie tego. To był poruszający, obrzydliwy, pierwotny widok kojarzący się z truchłem zwierzęcia w lesie. Tyle, że to nie było zwierzę tylko człowiek. Jeszcze żywy. Już niedługo, ale mężczyzna nadal oddychał i krwawił. Greengrass skupił się na przeszukiwaniu torby, choć wiedział, że nic tam nie ma. Szykując się do prywatnego dyżuru nie wziął nic, czym mógłby walczyć ze śmiercią, która stała razem z nimi w jednym pokoju. Niemal czuł oddech Kostuchy na swoim karku. Jej obecność była wyraźniejsza niż ta Yaxleyówny.
Dopiero, gdy Geraldine osunęła się po ścianie, zwrócił na nią uwagę i odetchnął po raz pierwszy od nie wiadomo jak dawna. Cały ten czas wstrzymywał oddech. Musiał myśleć. Działać. Bardziej nad nimi niż nad pomocą komuś, kto nie miał nagle wrócić do zdrowia. Ten mężczyzna już nie żył. Oddychał, ale był martwy.
- Hej, Geraldine, posłuchaj. Hej - spróbował przykucnąć obok i zwrócić jej uwagę na siebie - posłuchaj, nie możemy udać, że cię tu nigdy nie było. Ktoś nas widział, tak? - Upewniał się, bo był wtedy półprzytomny. Mgliście pamiętał, że ktoś z nimi był i pomógł im dojść do pokoju. Barman? To był Nokturn. Barman mógł być pomocny i dyskretny, ale nie mogli mu ufać. Nikomu nie mogli. Musieli wyjść z planem.
- Słuchaj - kontynuował powoli jak do dziecka, próbując zebrać własne myśli - zrób coś dla mnie i dla siebie. Musisz wstać. Potrzebujesz się otrząsnąć. Jeśli chcesz wymiotować, wymiotuj, ale musisz się zebrać. Musisz wstać i zejść na dół. Opuścisz ten pokój, zejdziesz do głównej sali, pokażesz się barmanowi i wszystkim innym. Napijesz się drinka. Nie za dużo, nie upij się teraz, ale musisz udawać, że wszystko jest w porządku. Nic się nie stało, pomogłaś nam i nas zostawiłaś, wszystko było w porządku, kiedy wychodziłaś. Im mniej powiesz tym lepiej. Nie jesteś zaangażowana. Zejdź tam, ja sobie z nim poradzę - poinstruował ciężkim tonem.
Przez cały czas analizował sytuację, ale to nie był problem Geraldine. Chciała pomóc, nie powinna ładować się w coraz głębsze bagno. Wystarczyło, że oni tu byli. To była sprawa jego i umierającego mężczyzny. Musiał coś wymyślić, wdrożyć jakiś plan w życie i zażegnać kryzys, ale to był tylko jego problem. Yaxley nie była tego częścią. Nie chciał, żeby ryzykowała dla idei. Dostatecznie im pomogła. Aż za dobrze widział, ile ją to kosztowało. Jej stan psychiczny nie wyglądał na stabilny, ale tylko ona była w stanie to zmienić. Najlepiej poza pomieszczeniem. Gdzieś, gdzie byłaby już bezpieczna.
- Rozumiesz? Masz stąd wyjść i opuścić Wiwernę, ale nie za szybko. Musisz się pokazać, nawet jeśli to będzie trudne - złapał palcami podbródek kobiety, żeby spojrzała mu w oczy.
Jeśli to było możliwe, czuł narastającą duchotę i gorąco, ale nie chciał otwierać okien. W tej chwili musiał odprawić stąd niewinną kobietę (z jakiegoś powodu sam czuł się jak ktoś winny a nie ofiara wypadku) i wymyślić, co zrobić z męczącym się mężczyzną. Przeniesienie pacjenta nie wchodziło w grę. Nie miał żadnego eliksiru, który mógłby mu podać. Nic, co miał przy sobie nie działało na takie rany. Miał ochotę kurwić jeszcze bardziej niż Geraldine, ale tylko jedna osoba na raz powinna pozwolić sobie na panikę. Wbrew wszystkiemu musiał zachować zimną krew.