09.09.2024, 20:10 ✶
Tak, miał szczęście, że wątpliwa moralność Geraldine Yaxley (pomyśleć, że wcześniej miał o niej trochę mieszane zdanie i wyczuwał lekką pozerkę, nie prawdziwą niegrzeczną dziewczynę) nakazywała jej towarzyszyć mu w biedzie. Razem było raźniej tonąć w bagnie... czy coś. Wywrócił oczami, ale tego nie skomentował. Wzruszył ramionami i przeszedł z tym do porządku dziennego. Byli tu razem, oboje mieli problem a z późniejszych słów Geraldine wynikało, że ona nawet większy. Kto by pomyślał?... No, nie on. To zmieniało wiele i zarazem zupełnie nic. Przynajmniej nie był tu najbardziej podejrzaną osobą, ale niespecjalnie go to cieszyło.
- Sprawa kryptonim błotoryj? - Spytał uważnie.
Nie mówiła mu wszystkiego. Posiłkowała się ogólnikami, mimo że wspominała, w jakim świetle stawiał ją wypadek tego czarodzieja. Greengrass nie lubił takiego bullshitu. Jego spojrzenie zmieniło się na ułamek sekundy, gdy uniósł brew i dał jej do zrozumienia, że czekał na dalsze rozwinięcie. Chwilę później znowu przybrał swój neutralny wyraz twarzy.
- Wygodne podejście - skwitował.
Z uwagi na to, że nadal miał na twarzy maskę niewzruszonego uzdrowiciela założoną na okoliczność mierzenia się ze śmiercią, to praktycznie niemożliwe było dojście do wniosku, co kryło się za tymi słowami. Mógł brzmieć sarkastycznie. Wiele osób w jego położeniu nie byłoby zadowolone z takiego obrotu sprawy. Liczył na to, że Geraldine wie z kim dokonuje swojego szemranego handlu. Z drugiej strony, zawodowo miał bardzo podobne podejście. Zadawał minimalną ilość pytań, nie zachowywał żadnych zbędnych dowodów na swoją obecność. Prywatna praktyka wymagała od niego maksymalnej dyskrecji, nawet ta bardziej legalna niż w przypadku wizyt na Nokturnie.
Miał wielu różnych pacjentów. Od bogatych arystokratów po szefów gangów i ich rodziny. Czasami chodził też do osób, które w żaden sposób nie mogły zapłacić mu pieniędzmi, ale wtedy walutą były informacje. Nie gardził większością tego, co dostawał. Czy to były galeony, czy to mniej fizyczna zapłata. Robił także specjalne interwencje, brał udział w nagłych wypadkach. Nie pytał, więc był wygodny. Również dla niego wygodnie było wiedzieć jak najmniej.
Problem w tym, że tu potrzebowali wszystkiego, co mogli wiedzieć. No, prawie wszystkiego. Alergie pacjenta nie były im już potrzebne. Śmierć dawno zaklepała mężczyźnie miejsce na swoim powozie. Niewidzialne konie już rwały kopytami. Podmuch śmierci pachniał jak mokre liście, parafina i dziwnie lodowaty zapach zatęchłej klitki nad barem. Lepiej, że mężczyzna się nie budził. Nikt nie życzyłby sobie spędzania ostatnich chwil w takich warunkach z ludźmi, którzy postawili na nim krzyżyk.
Ambroise nawet nie próbował go leczyć. Nie było sensu marnować eliksirów ani tym bardziej zostawiać śladów w postaci substancji, jakie ktoś mógłby wykryć w organizmie denata, gdyby nie udało im się nic zrobić. Nie mogli go tu porzucić. Nie mogli go zostawić ani zabrać ze sobą przez główne drzwi. Byli w szemranym, ale względnie ruchliwym miejscu.
Co robić, co robić?, przygotowywał się na wiele okoliczności, ale nie rozważał takich scenariuszy. W wyobraźni zawsze towarzyszył mu ktoś, kto mógłby zająć się tym problemem, bo on był wyłącznie uzdrowicielem. Nie miał specjalizacji z ukrywania zwłok, rozpuszczania ich w kwasie albo porzucania w ciemnym lesie. Zresztą tu nie było lasu. Byli w samym środku magicznego Londynu.
Nie widział innego wyjścia. Musiał zadać to niewygodne pytanie.
- Pozbywałaś się kiedyś... ...no... ...wiesz... -... zwłok? Nie chciał mówić tego na głos, gdyby pacjent jeszcze ich słyszał.
Mężczyzna umierał, ale należało mieć na uwadze, żeby zrobił to spokojnie. Nie potrzebowali nawiedzania.
Poza tym Ambroise nie pytał o określony rodzaj truchła. Chodziło mu o sam element skrytego kitrania czegoś pod osłoną nocy przez potencjalnie zaludniony teren, żeby pozbyć się tego jak najmniejszą liczbą śladów. To było bardzo bezpośrednie pytanie, mogła się o to oburzyć, ale nie mieli czasu na konwenanse i domysły.
- Sprawa kryptonim błotoryj? - Spytał uważnie.
Nie mówiła mu wszystkiego. Posiłkowała się ogólnikami, mimo że wspominała, w jakim świetle stawiał ją wypadek tego czarodzieja. Greengrass nie lubił takiego bullshitu. Jego spojrzenie zmieniło się na ułamek sekundy, gdy uniósł brew i dał jej do zrozumienia, że czekał na dalsze rozwinięcie. Chwilę później znowu przybrał swój neutralny wyraz twarzy.
- Wygodne podejście - skwitował.
Z uwagi na to, że nadal miał na twarzy maskę niewzruszonego uzdrowiciela założoną na okoliczność mierzenia się ze śmiercią, to praktycznie niemożliwe było dojście do wniosku, co kryło się za tymi słowami. Mógł brzmieć sarkastycznie. Wiele osób w jego położeniu nie byłoby zadowolone z takiego obrotu sprawy. Liczył na to, że Geraldine wie z kim dokonuje swojego szemranego handlu. Z drugiej strony, zawodowo miał bardzo podobne podejście. Zadawał minimalną ilość pytań, nie zachowywał żadnych zbędnych dowodów na swoją obecność. Prywatna praktyka wymagała od niego maksymalnej dyskrecji, nawet ta bardziej legalna niż w przypadku wizyt na Nokturnie.
Miał wielu różnych pacjentów. Od bogatych arystokratów po szefów gangów i ich rodziny. Czasami chodził też do osób, które w żaden sposób nie mogły zapłacić mu pieniędzmi, ale wtedy walutą były informacje. Nie gardził większością tego, co dostawał. Czy to były galeony, czy to mniej fizyczna zapłata. Robił także specjalne interwencje, brał udział w nagłych wypadkach. Nie pytał, więc był wygodny. Również dla niego wygodnie było wiedzieć jak najmniej.
Problem w tym, że tu potrzebowali wszystkiego, co mogli wiedzieć. No, prawie wszystkiego. Alergie pacjenta nie były im już potrzebne. Śmierć dawno zaklepała mężczyźnie miejsce na swoim powozie. Niewidzialne konie już rwały kopytami. Podmuch śmierci pachniał jak mokre liście, parafina i dziwnie lodowaty zapach zatęchłej klitki nad barem. Lepiej, że mężczyzna się nie budził. Nikt nie życzyłby sobie spędzania ostatnich chwil w takich warunkach z ludźmi, którzy postawili na nim krzyżyk.
Ambroise nawet nie próbował go leczyć. Nie było sensu marnować eliksirów ani tym bardziej zostawiać śladów w postaci substancji, jakie ktoś mógłby wykryć w organizmie denata, gdyby nie udało im się nic zrobić. Nie mogli go tu porzucić. Nie mogli go zostawić ani zabrać ze sobą przez główne drzwi. Byli w szemranym, ale względnie ruchliwym miejscu.
Co robić, co robić?, przygotowywał się na wiele okoliczności, ale nie rozważał takich scenariuszy. W wyobraźni zawsze towarzyszył mu ktoś, kto mógłby zająć się tym problemem, bo on był wyłącznie uzdrowicielem. Nie miał specjalizacji z ukrywania zwłok, rozpuszczania ich w kwasie albo porzucania w ciemnym lesie. Zresztą tu nie było lasu. Byli w samym środku magicznego Londynu.
Nie widział innego wyjścia. Musiał zadać to niewygodne pytanie.
- Pozbywałaś się kiedyś... ...no... ...wiesz... -... zwłok? Nie chciał mówić tego na głos, gdyby pacjent jeszcze ich słyszał.
Mężczyzna umierał, ale należało mieć na uwadze, żeby zrobił to spokojnie. Nie potrzebowali nawiedzania.
Poza tym Ambroise nie pytał o określony rodzaj truchła. Chodziło mu o sam element skrytego kitrania czegoś pod osłoną nocy przez potencjalnie zaludniony teren, żeby pozbyć się tego jak najmniejszą liczbą śladów. To było bardzo bezpośrednie pytanie, mogła się o to oburzyć, ale nie mieli czasu na konwenanse i domysły.