09.09.2024, 23:45 ✶
Tak Merlinem a prawdą, Ambroise nie potrzebował tak szczegółowych wyjaśnień. Wystarczyłoby mu wiedzieć, że Geraldine upolowała magiczne stworzenie, które chciała przehandlować zanim wszystko się spektakularnie spierdoliło. Nie był aż tak głupi. Domyślał się, że zimą nie polowało się na zbyt wiele specjalnych gatunków. Raczej głównie na jelenie lub takie tam inne. Drugą wskazówką było to, że gdyby transakcja była legalna, nie spotykałaby się z nieznajomym czarodziejem w środku nocy na Nokturnie. Była kłusowniczką, ale nie nazwał tego na głos. Kim był, żeby ją oceniać.
- Jeden błotoryj wiosny nie czyni czy coś, szczególnie w środku zimy - wzruszył ramionami.
Tylko to przyszło mu na myśl jako zobrazowanie tego, że nie zamierzał oceniać Geraldine. Jak dla niego, jeden potwór mniej czy jeden więcej nie miały wiele zmienić. Greengrassowie byli znani z twierdzenia, że świat zwierzęcy był szkodnikiem świata roślinnego, więc Ambroisa nie ruszały polowania w okresie ochronnym. Jak dla niego, dużą część populacji można było odłowić nawet w samym środku zimy. Przeszkodą nie powinny być zakazy tylko na przykład obawa o odmrożenia i zamiecie śnieżne. Cała reszta nie musiała być regulowana.
Zgadza się. Był hipokrytą. W przypadku roślin, chciał je chronić niemal za wszelką cenę. Zwierzęta zazwyczaj stanowiły dla niego powód do niespecjalnego zadowolenia. Wyjątkiem były, oczywiście, te bardziej domowe. Lubił koty i papugi, umiarkowanie lubił psy lub drobne myszowate. Za to błotoryje albo inne bagnowyje? W tej chwili czuł, że jeśli nie zrobią niczego mądrego, on i Yaxleyówna będą jak para wyjców siedzących po pas w bagnie. Jednym słowem: bagnowyje (a przynajmniej tak sobie je wyobrażał).
- Niewiedza bywa darem - znowu wzruszył ramionami a one paskudnie go zabolały. Chyba powinien przestać to robić. - Pomyśl, że teraz wiedzielibyśmy, z kim zadarliśmy. To mogłoby nie być zbyt pomocne - zawyrokował.
Czasami wolał nie czuć paraliżującego lęku na myśl, że właśnie zaniechał bezcelowej pomocy synowi jakiegoś gangusa lub kogoś w tym stylu. Powinni dowiedzieć się, z kim mieli do czynienia, ale czy nie lepiej było po fakcie?
Teraz wolał działać, bo... ...uwaga... ...mimo że wielokrotnie stykał się ze śmiercią, taka sytuacja również dla niego była tym pierwszym razem. Z jakiegoś powodu sądził, że Geraldine mogła mieć więcej do powiedzenia w tym temacie. Nie miała.
- Mogłem się domyślić. Pierwsze razy zawsze są stresujące - stwierdził tak po prostu. Niespecjalnie przejmował się tym, że ją uraził. Bez przesady, mieli większe problemy.
Mogli, tak dla przykładu, zaliczyć również swoje pierwsze razy w pace. Pierwszy raz na przesłuchaniu w roli oskarżonych w Wizengamocie. Pierwszy raz z czyimś oddechem na karku i groźbą śmierci, ewentualnie nagrodą za głowę. Mogli mieć jeszcze wiele pierwszych razów zamiast tego niechybnego - pierwszego razu pozbywania się zwłok. Romantyczny wspólny wieczór. Nie ma co.
- Wpadłem na niego na powrocie do domu - odpowiedział bez zawahania, ale za moment się poprawił - a tak właściwie, on na mnie. Spadł ze schodów pożarowych na moją głowę. Przebudził się i mamrotał coś o Wiwernie, więc go tu zabrałem - niezadowolenie z powodu podjętej decyzji aż biło z tej wypowiedzi.
Nie musiał mówić, że zastanawiał się, co byłoby, gdyby nie bawił się w bohatera. Prawdopodobnie nic. Mężczyzny i tak nie dało się uratować. Ciągnął go tu na nic, nie był w stanie mu pomóc a teraz wkopywał się w poważne kłopoty, bo jegomość był bliski śmierci. To nie był plan na ten wieczór. Ani żaden inny, prawdę mówiąc.
- Na moją Knieję nie patrz - założył ręce na piersi tak jak ona chwilę wcześniej.
Nie, nie miał zamiaru chować obcego (prawdopodobnie) bandyty w swoim świętym miejscu. Nie mógłby tam chodzić z myślą, że cały czas kroczył w jakimś dystansie od nieoznaczonego, autorsko wykopanego grobu. Niedoczekanie. Musieli wybrać jakiś inny las. Znany, ale nie jego dom. W żadnym wypadku.
- Ziemia nie będzie problemem - zapewnił, nie pozostawiając pola do domysłów, że jako zielarz z dziada pradziada potrafił zajmować się takimi tematami. Ocieplenie gruntu miało być najłatwiejszą częścią zadania.
- Powiedz mi lepiej, jak zamierzasz osiągnąć tak wysoki poziom transmutacji w tak parszywych warunkach - spojrzał wprost na nią, bo ciągłe wpatrywanie się w umierającego było coraz bardziej przytłaczające.
Nie wątpił, że transmutacja była dobrym wyjściem, ale sam nie był z niej tak dobry, żeby móc to zrobić. Tym bardziej w pośpiechu i nerwach. Nie chciał jeszcze bardziej pokiereszować umierającego, zadając mu dodatkowy ból a czekanie na jego śmierć było na swój sposób makabryczne. Miał na języku to, co mógł z tym zrobić, ale jak do tej pory nie wychylał się z tą możliwością. Czym innym była niemożność pomocy a czymś innym jawne otrucie umierającego nawet po to, żeby oszczędzić mu męki.
- Jeden błotoryj wiosny nie czyni czy coś, szczególnie w środku zimy - wzruszył ramionami.
Tylko to przyszło mu na myśl jako zobrazowanie tego, że nie zamierzał oceniać Geraldine. Jak dla niego, jeden potwór mniej czy jeden więcej nie miały wiele zmienić. Greengrassowie byli znani z twierdzenia, że świat zwierzęcy był szkodnikiem świata roślinnego, więc Ambroisa nie ruszały polowania w okresie ochronnym. Jak dla niego, dużą część populacji można było odłowić nawet w samym środku zimy. Przeszkodą nie powinny być zakazy tylko na przykład obawa o odmrożenia i zamiecie śnieżne. Cała reszta nie musiała być regulowana.
Zgadza się. Był hipokrytą. W przypadku roślin, chciał je chronić niemal za wszelką cenę. Zwierzęta zazwyczaj stanowiły dla niego powód do niespecjalnego zadowolenia. Wyjątkiem były, oczywiście, te bardziej domowe. Lubił koty i papugi, umiarkowanie lubił psy lub drobne myszowate. Za to błotoryje albo inne bagnowyje? W tej chwili czuł, że jeśli nie zrobią niczego mądrego, on i Yaxleyówna będą jak para wyjców siedzących po pas w bagnie. Jednym słowem: bagnowyje (a przynajmniej tak sobie je wyobrażał).
- Niewiedza bywa darem - znowu wzruszył ramionami a one paskudnie go zabolały. Chyba powinien przestać to robić. - Pomyśl, że teraz wiedzielibyśmy, z kim zadarliśmy. To mogłoby nie być zbyt pomocne - zawyrokował.
Czasami wolał nie czuć paraliżującego lęku na myśl, że właśnie zaniechał bezcelowej pomocy synowi jakiegoś gangusa lub kogoś w tym stylu. Powinni dowiedzieć się, z kim mieli do czynienia, ale czy nie lepiej było po fakcie?
Teraz wolał działać, bo... ...uwaga... ...mimo że wielokrotnie stykał się ze śmiercią, taka sytuacja również dla niego była tym pierwszym razem. Z jakiegoś powodu sądził, że Geraldine mogła mieć więcej do powiedzenia w tym temacie. Nie miała.
- Mogłem się domyślić. Pierwsze razy zawsze są stresujące - stwierdził tak po prostu. Niespecjalnie przejmował się tym, że ją uraził. Bez przesady, mieli większe problemy.
Mogli, tak dla przykładu, zaliczyć również swoje pierwsze razy w pace. Pierwszy raz na przesłuchaniu w roli oskarżonych w Wizengamocie. Pierwszy raz z czyimś oddechem na karku i groźbą śmierci, ewentualnie nagrodą za głowę. Mogli mieć jeszcze wiele pierwszych razów zamiast tego niechybnego - pierwszego razu pozbywania się zwłok. Romantyczny wspólny wieczór. Nie ma co.
- Wpadłem na niego na powrocie do domu - odpowiedział bez zawahania, ale za moment się poprawił - a tak właściwie, on na mnie. Spadł ze schodów pożarowych na moją głowę. Przebudził się i mamrotał coś o Wiwernie, więc go tu zabrałem - niezadowolenie z powodu podjętej decyzji aż biło z tej wypowiedzi.
Nie musiał mówić, że zastanawiał się, co byłoby, gdyby nie bawił się w bohatera. Prawdopodobnie nic. Mężczyzny i tak nie dało się uratować. Ciągnął go tu na nic, nie był w stanie mu pomóc a teraz wkopywał się w poważne kłopoty, bo jegomość był bliski śmierci. To nie był plan na ten wieczór. Ani żaden inny, prawdę mówiąc.
- Na moją Knieję nie patrz - założył ręce na piersi tak jak ona chwilę wcześniej.
Nie, nie miał zamiaru chować obcego (prawdopodobnie) bandyty w swoim świętym miejscu. Nie mógłby tam chodzić z myślą, że cały czas kroczył w jakimś dystansie od nieoznaczonego, autorsko wykopanego grobu. Niedoczekanie. Musieli wybrać jakiś inny las. Znany, ale nie jego dom. W żadnym wypadku.
- Ziemia nie będzie problemem - zapewnił, nie pozostawiając pola do domysłów, że jako zielarz z dziada pradziada potrafił zajmować się takimi tematami. Ocieplenie gruntu miało być najłatwiejszą częścią zadania.
- Powiedz mi lepiej, jak zamierzasz osiągnąć tak wysoki poziom transmutacji w tak parszywych warunkach - spojrzał wprost na nią, bo ciągłe wpatrywanie się w umierającego było coraz bardziej przytłaczające.
Nie wątpił, że transmutacja była dobrym wyjściem, ale sam nie był z niej tak dobry, żeby móc to zrobić. Tym bardziej w pośpiechu i nerwach. Nie chciał jeszcze bardziej pokiereszować umierającego, zadając mu dodatkowy ból a czekanie na jego śmierć było na swój sposób makabryczne. Miał na języku to, co mógł z tym zrobić, ale jak do tej pory nie wychylał się z tą możliwością. Czym innym była niemożność pomocy a czymś innym jawne otrucie umierającego nawet po to, żeby oszczędzić mu męki.