10.09.2024, 13:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 13:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Toksycznym - nie zgodził się z nią tak do końca. Nie przeczył, że strach bywał przyjacielem. Jeśli tylko można było tolerować, że fałszywym. - I bardzo kiepskim doradcą - dopowiedział znacznie ciszej.
Geraldine mogła uważać swoje. On miał własne przekonania a strach nie zrobił w jego życiu nic dobrego. Towarzyszył mu często. W pewnym stopniu rzeczywiście jak dobry przyjaciel. Niestety ten sam kompan podszeptywał mu do ucha rzeczy, które nie zawsze pokrzepiały serce. Podpowiadał mu rzeczy, które niemal nigdy nie były dobre. Podsycał lęki i nerwowość, więc Ambroise nauczył się ignorować te wskazówki. Tylko spokój był coś warty. Ekscytacji również nie ufał.
- Tego się trzymajmy - potwierdził w zamiarze zrobienia wszystkiego, aby ten plan wypalił.
Z jednej strony byli w tym razem. Mógł liczyć na jej pomoc i dodatkową parę rąk a także osąd umysłu. Nie cały ciężar spoczywał mu na barkach, jednakże tak właśnie czuł się Ambroise. Nie chodziło o to, że nie ufał Geraldine. Wierzył jej na tyle, na ile wypadało. Sądził, że kobieta ma dobre intencje (o ile można było mówić o dobrych intencjach w planach zamordowania kogoś) i był w stanie zawierzyć temu na solidne siedemdziesiąt procent. Dlaczego siedemdziesiąt? Bo nadal nie za dobrze się znali. Nie władowali się w to jako dwoje nieznajomych, ale nie byli dobrymi przyjaciółmi. Ponadto oboje robili interesy na Nokturnie a to oznaczało, że każde było równie egoistyczne co te drugie. Ich współpraca musiała opierać się na solidnej dozie zwątpienia. Dał mu jakieś dwadzieścia procent.
Pozostałe dziesięć było na dodatkowe przypadki. Wbrew wszelkim planom (on wolał myśleć o planach, choć pozwolił Geraldine twierdzić inaczej) coś zawsze zależało od przypadku. W tym całym nieszczęściu musieli liczyć na jakiś łut szczęścia, bo inaczej mogło im się sromotnie nie powieść. W ich planie ziało sporo luk. Drwiły sobie z nich, bo nie byli w stanie ich wypełnić. Nie mieli czasu na łatanie wszystkich dziur, które mogły się nie powieść.
- Okay. Jeśli tak to przedstawiasz - nie zamierzał dyskutować.
To był plan jak każdy inny. Wspomniany las był gęsty, mroczny i nie przyciągał zbyt wielu ludzi a przynajmniej nie takich, którzy mogliby mieć związek z całą sprawą. Geraldine miała rację w swoim wyborze. Był najlepszy.
- Na twoim miejscu przystopowałbym na chwilę z błotoryjami. Znajdź sobie jakiegoś bagnowyja albo najlepiej przyczaj się na chwilę aż dojdziemy do tego, z kim byłaś umówiona - powiedział poważnie.
Nie zamierzał jej ustawiać życia. Ostateczna decyzja należała do Geraldine. Mimo to nie miał zamiaru zostawić jej samej z ewentualnym dociekaniem, z kim zadarli. Ten człowiek musiał mieć jakiegoś szefa. Należało przyczaić się i posłuchać, co z tego wyniknie.
- Zawsze radzę sobie sam - wzruszył ramionami.
Nie przywykł do tego, że ktoś się o niego martwił. Poza rodziną, jasne. To było dziwne uczucie. Nie był gotowy, żeby je analizować. To nie była chwila na zagłębianie się w swoje wewnętrzne uczucia. Musiał być poważny i niewzruszony. Jakikolwiek przejaw słabości mógł obrócić się przeciwko niemu a zatem także przeciw Geraldine.
Wolał, żeby wyszła na zewnątrz. Nie chciał, żeby to widziała. Nie musiała być uczestniczką takiego momentu, ale była dorosła. Sama wybierała swój los, nie mógł jej tego odmówić.
Gdy stał tak z krwią na rękach, czuł pustkę. Poszło szybciej niż zakładał. Ranny nawet się nie telepał, nie bronił się przed śmiercią. Przyszła po pacjenta i odeszła razem z nim. To, na co patrzyli, było tylko worem mięsa a jednak Ambroise nie mógł tak po prostu przejść z tym do porządku dziennego. Zabił człowieka. Odczuwał kompletny brak uczuć, ale to była wymowna pustka. Chłód i ciemność w ciele.
Niemal nie zauważył, że Geraldine podeszła bliżej. Odruchowo objął ją wolną ręką, czując ten uścisk na drugim ramieniu. Przez cały czas wpatrywał się w martwe ciało. To było co innego niż zazwyczaj. Teraz był mordercą, nawet jeśli nie on zadał te wszystkie wcześniejsze obrażenia. A Geraldine była jego wspólniczką w zbrodni.
- Niech po śmierci zazna więcej spokoju niż w życiu - mruknął poważnie, cicho i niemal niedosłyszalnie.
Nie znał tego człowieka. Nie czuł z nim związku emocjonalnego, ale to nie oznaczało, że było dużo łatwiej. Żadna tragiczna śmierć nie powinna przechodzić bez echa. Tymczasem ich największym zadaniem było, żeby ta przeszła.
Geraldine mogła uważać swoje. On miał własne przekonania a strach nie zrobił w jego życiu nic dobrego. Towarzyszył mu często. W pewnym stopniu rzeczywiście jak dobry przyjaciel. Niestety ten sam kompan podszeptywał mu do ucha rzeczy, które nie zawsze pokrzepiały serce. Podpowiadał mu rzeczy, które niemal nigdy nie były dobre. Podsycał lęki i nerwowość, więc Ambroise nauczył się ignorować te wskazówki. Tylko spokój był coś warty. Ekscytacji również nie ufał.
- Tego się trzymajmy - potwierdził w zamiarze zrobienia wszystkiego, aby ten plan wypalił.
Z jednej strony byli w tym razem. Mógł liczyć na jej pomoc i dodatkową parę rąk a także osąd umysłu. Nie cały ciężar spoczywał mu na barkach, jednakże tak właśnie czuł się Ambroise. Nie chodziło o to, że nie ufał Geraldine. Wierzył jej na tyle, na ile wypadało. Sądził, że kobieta ma dobre intencje (o ile można było mówić o dobrych intencjach w planach zamordowania kogoś) i był w stanie zawierzyć temu na solidne siedemdziesiąt procent. Dlaczego siedemdziesiąt? Bo nadal nie za dobrze się znali. Nie władowali się w to jako dwoje nieznajomych, ale nie byli dobrymi przyjaciółmi. Ponadto oboje robili interesy na Nokturnie a to oznaczało, że każde było równie egoistyczne co te drugie. Ich współpraca musiała opierać się na solidnej dozie zwątpienia. Dał mu jakieś dwadzieścia procent.
Pozostałe dziesięć było na dodatkowe przypadki. Wbrew wszelkim planom (on wolał myśleć o planach, choć pozwolił Geraldine twierdzić inaczej) coś zawsze zależało od przypadku. W tym całym nieszczęściu musieli liczyć na jakiś łut szczęścia, bo inaczej mogło im się sromotnie nie powieść. W ich planie ziało sporo luk. Drwiły sobie z nich, bo nie byli w stanie ich wypełnić. Nie mieli czasu na łatanie wszystkich dziur, które mogły się nie powieść.
- Okay. Jeśli tak to przedstawiasz - nie zamierzał dyskutować.
To był plan jak każdy inny. Wspomniany las był gęsty, mroczny i nie przyciągał zbyt wielu ludzi a przynajmniej nie takich, którzy mogliby mieć związek z całą sprawą. Geraldine miała rację w swoim wyborze. Był najlepszy.
- Na twoim miejscu przystopowałbym na chwilę z błotoryjami. Znajdź sobie jakiegoś bagnowyja albo najlepiej przyczaj się na chwilę aż dojdziemy do tego, z kim byłaś umówiona - powiedział poważnie.
Nie zamierzał jej ustawiać życia. Ostateczna decyzja należała do Geraldine. Mimo to nie miał zamiaru zostawić jej samej z ewentualnym dociekaniem, z kim zadarli. Ten człowiek musiał mieć jakiegoś szefa. Należało przyczaić się i posłuchać, co z tego wyniknie.
- Zawsze radzę sobie sam - wzruszył ramionami.
Nie przywykł do tego, że ktoś się o niego martwił. Poza rodziną, jasne. To było dziwne uczucie. Nie był gotowy, żeby je analizować. To nie była chwila na zagłębianie się w swoje wewnętrzne uczucia. Musiał być poważny i niewzruszony. Jakikolwiek przejaw słabości mógł obrócić się przeciwko niemu a zatem także przeciw Geraldine.
Wolał, żeby wyszła na zewnątrz. Nie chciał, żeby to widziała. Nie musiała być uczestniczką takiego momentu, ale była dorosła. Sama wybierała swój los, nie mógł jej tego odmówić.
Gdy stał tak z krwią na rękach, czuł pustkę. Poszło szybciej niż zakładał. Ranny nawet się nie telepał, nie bronił się przed śmiercią. Przyszła po pacjenta i odeszła razem z nim. To, na co patrzyli, było tylko worem mięsa a jednak Ambroise nie mógł tak po prostu przejść z tym do porządku dziennego. Zabił człowieka. Odczuwał kompletny brak uczuć, ale to była wymowna pustka. Chłód i ciemność w ciele.
Niemal nie zauważył, że Geraldine podeszła bliżej. Odruchowo objął ją wolną ręką, czując ten uścisk na drugim ramieniu. Przez cały czas wpatrywał się w martwe ciało. To było co innego niż zazwyczaj. Teraz był mordercą, nawet jeśli nie on zadał te wszystkie wcześniejsze obrażenia. A Geraldine była jego wspólniczką w zbrodni.
- Niech po śmierci zazna więcej spokoju niż w życiu - mruknął poważnie, cicho i niemal niedosłyszalnie.
Nie znał tego człowieka. Nie czuł z nim związku emocjonalnego, ale to nie oznaczało, że było dużo łatwiej. Żadna tragiczna śmierć nie powinna przechodzić bez echa. Tymczasem ich największym zadaniem było, żeby ta przeszła.