10.09.2024, 19:11 ✶
Woody nie mógłby lepiej rozumieć pociągu Brenny do tej żmudnej, wielokrotnie nieprzynoszącej efektów pracy śledczej. Liczne ślepe uliczki jedynie dodawały całości smaku; uzależniały, upodabniając detektywa do hazardzisty. Sprawdzał kolejne tropy popychany myślą o tym, że tuż za najbliższym rogiem czeka na niego przełomowa wskazówka, mimo że większość okazywała się niewypałem.
A że skończył bez włosów i bez żony… Skończył też jako zimny drań z Nokturnu! Nie potrzebował włosów ani odznaki, żeby być cool czy walczyć z Voldemortem. Odznaka zresztą w pewnych kręgach odejmowała punkty wizerunkowe, więc na upartego mógł się cieszyć z tego, że ją stracił.
Gdyby jednak postawić go przed wyborem, chętnie utrzymałby status sprzed incydentu — zarówno swojego incydentu zawodowego, jak i incydentu wojny z Czarnym Panem. Problemy pokroju tego, co przynieść gospodarzom, wybierając się w gości, czy też jak wcisnąć przyjaciółce drogi prezent tak, aby nie mogła odmówić, może i były nudne, ale za to jakie bezpiecznie. Nawet irytująco niedomknięte śledztwa w sprawie nowych substancji odurzających mniej szargały nerwy niż wojna.
— No i dobrze, niech jedzie, jak ma pomysł na siebie. Popodróżuje, posmakuje, ale co racja to racja, niech nam tu wróci piec te francuskie rogaliki. Zostanę stałym klientem.
Wyrwanie ze znanego dotychczas środowiska zawsze było początkowo nieco dezorientujące. W lipcu wujek jeszcze pokiwałby Brennie głową: tak, tak, nigdy więcej szkoły, wielka zmiana dla was młodych. Nie dalej niż miesiąc później sam zostanie raptownie wyrwany ze swojej codzienności, z pracy, w której spędził dwadzieścia lat. I będzie jeszcze bardziej skołowany niż nastolatek po SUMach. I podejmie wobec tych okoliczności jeszcze głupszą decyzję niż nastolatek po SUMach.
— Ach, Nokturn. Paskudne miejsce, co? I ten smród. — Pokręcił głową, dając wyraz swojemu dogłębnemu niesmakowi. Obmierzłe speluny! Rynsztok dla marginesu społecznego! Kolebka nędzników i gniazdo szczurów.
Nadawało się to do kolumny dowcipów w Proroku Codziennym. Tuż obok tego, że wujek Clemens jest bardzo mądry.
Wystarczająco jednak mądry, aby w lot pojąć, co Brenna miała na myśli.
Nie powinno się takich rzeczy robić bez protokołu. Protokół z widmowidzenia z wykorzystaniem przedmiotu znalezionego na miejscu zdarzenia winien być dołączony do ogólnego protokołu oględzin rzeczy. Dokonać mógł tego i podpisać rzeczony kwit jedynie widmowidzący z uprawnieniami biegłego, polecony przez odpowiedni związek znawców dziedziny, zatwierdzony przez Wizengamot. Wartość dowodowa widmowidzenia w wykonaniu kadetki pod osłoną nocy była… nie tak wielka, ale hej, nie o to chodziło. Liczyli co najwyżej na małą wskazówkę? Nikt nie musiał wiedzieć?
— Jasne, chodź — rzekł bez zawahania Longbottom, kciukiem otarł okruszki z kącika ust i ruszył do laboratorium. Det. C. W. Longbottom nie był znany ze swojego przywiązania do reguł. — Od patrzenia? — Wzniósł oczy ku niebu. — Niektórzy z tych idiotów kiepują nad trupami i zapraszają kochanki do magazynów z dowodami, a starczy, że student kichnie i wielka afera.
Ledwie Longbottomowie przekroczyli progi laboratorium, uderzył ich ostry, gryzący zapach pichconych tu jeszcze do niedawna mikstur. Czarodziej skrzywił się nieco i wyciągnął z kieszeni spodni chusteczkę. Przeszło mu przez głowę, aby przytkać nią sobie nos, ale odegnał tę myśl i — osłaniając paluchy materiałem — zaczął przeglądać szkła pozostawione na długim blacie roboczym. Niektóre wciąż były czymś oblepione i to na nich się skupił.
— Co myślisz? Któreś z tych? — Szturchnął jedną z fiolek na statywie. — A może fartuszek? — Przeniósł wzrok na przewieszony przez oparcie krzesła, ewidentnie używany fartuch laboratoryjny. — Albo… lunch? — Na małym stoliczku pod ścianą została nadgryziona kanapka w papierowej owijce. — Choć może się okazać, że zostawił ją jeden z naszych. Lepiej nie sprawdzać, wiesz.
A że skończył bez włosów i bez żony… Skończył też jako zimny drań z Nokturnu! Nie potrzebował włosów ani odznaki, żeby być cool czy walczyć z Voldemortem. Odznaka zresztą w pewnych kręgach odejmowała punkty wizerunkowe, więc na upartego mógł się cieszyć z tego, że ją stracił.
Gdyby jednak postawić go przed wyborem, chętnie utrzymałby status sprzed incydentu — zarówno swojego incydentu zawodowego, jak i incydentu wojny z Czarnym Panem. Problemy pokroju tego, co przynieść gospodarzom, wybierając się w gości, czy też jak wcisnąć przyjaciółce drogi prezent tak, aby nie mogła odmówić, może i były nudne, ale za to jakie bezpiecznie. Nawet irytująco niedomknięte śledztwa w sprawie nowych substancji odurzających mniej szargały nerwy niż wojna.
— No i dobrze, niech jedzie, jak ma pomysł na siebie. Popodróżuje, posmakuje, ale co racja to racja, niech nam tu wróci piec te francuskie rogaliki. Zostanę stałym klientem.
Wyrwanie ze znanego dotychczas środowiska zawsze było początkowo nieco dezorientujące. W lipcu wujek jeszcze pokiwałby Brennie głową: tak, tak, nigdy więcej szkoły, wielka zmiana dla was młodych. Nie dalej niż miesiąc później sam zostanie raptownie wyrwany ze swojej codzienności, z pracy, w której spędził dwadzieścia lat. I będzie jeszcze bardziej skołowany niż nastolatek po SUMach. I podejmie wobec tych okoliczności jeszcze głupszą decyzję niż nastolatek po SUMach.
— Ach, Nokturn. Paskudne miejsce, co? I ten smród. — Pokręcił głową, dając wyraz swojemu dogłębnemu niesmakowi. Obmierzłe speluny! Rynsztok dla marginesu społecznego! Kolebka nędzników i gniazdo szczurów.
Nadawało się to do kolumny dowcipów w Proroku Codziennym. Tuż obok tego, że wujek Clemens jest bardzo mądry.
Wystarczająco jednak mądry, aby w lot pojąć, co Brenna miała na myśli.
Nie powinno się takich rzeczy robić bez protokołu. Protokół z widmowidzenia z wykorzystaniem przedmiotu znalezionego na miejscu zdarzenia winien być dołączony do ogólnego protokołu oględzin rzeczy. Dokonać mógł tego i podpisać rzeczony kwit jedynie widmowidzący z uprawnieniami biegłego, polecony przez odpowiedni związek znawców dziedziny, zatwierdzony przez Wizengamot. Wartość dowodowa widmowidzenia w wykonaniu kadetki pod osłoną nocy była… nie tak wielka, ale hej, nie o to chodziło. Liczyli co najwyżej na małą wskazówkę? Nikt nie musiał wiedzieć?
— Jasne, chodź — rzekł bez zawahania Longbottom, kciukiem otarł okruszki z kącika ust i ruszył do laboratorium. Det. C. W. Longbottom nie był znany ze swojego przywiązania do reguł. — Od patrzenia? — Wzniósł oczy ku niebu. — Niektórzy z tych idiotów kiepują nad trupami i zapraszają kochanki do magazynów z dowodami, a starczy, że student kichnie i wielka afera.
Ledwie Longbottomowie przekroczyli progi laboratorium, uderzył ich ostry, gryzący zapach pichconych tu jeszcze do niedawna mikstur. Czarodziej skrzywił się nieco i wyciągnął z kieszeni spodni chusteczkę. Przeszło mu przez głowę, aby przytkać nią sobie nos, ale odegnał tę myśl i — osłaniając paluchy materiałem — zaczął przeglądać szkła pozostawione na długim blacie roboczym. Niektóre wciąż były czymś oblepione i to na nich się skupił.
— Co myślisz? Któreś z tych? — Szturchnął jedną z fiolek na statywie. — A może fartuszek? — Przeniósł wzrok na przewieszony przez oparcie krzesła, ewidentnie używany fartuch laboratoryjny. — Albo… lunch? — Na małym stoliczku pod ścianą została nadgryziona kanapka w papierowej owijce. — Choć może się okazać, że zostawił ją jeden z naszych. Lepiej nie sprawdzać, wiesz.
piw0 to moje paliwo