Oglądając samego siebie, tworzącego się z kamienia, westchnął. Nawykł już do swojego podobieństwa, spoglądającego na niego samego, ten orli nos, złamany przez Clemensa, spojrzenie łani wpatrującej się w światło w ciemności, arogancka podkowa ust, niezbyt przystojna twarz, o bardzo specyficznych rysach, jakby nie spał od dwóch lat. Znał swoją twarz, gdy cofał czas i spoglądał na samego siebie z pewną nostalgią. Gdy mógł dotknąć skóry swojej twarzy i szorstkości policzka. Morpheus miał dziwną relację z samym sobą, poznawał siebie również z zewnątrz, mógł obserwować mowę ciała i zachowanie, nie mając bieżącego wpływu na nie, inaczej niż w deformacji myślodsiewni czy przed lustrem.
— Ależ ja jestem śliczny... — mruknął pod nosem Morpheus, unosząc swoją różdżkę i rzucając kolejne zaklęcie, rozkaz. — Stój i bądź mi posłuszny!
Zamierzał spętać kreaturę magią zauroczenia, wykorzystać minimalne cechy inteligencji i percepcji stwora, aby zmodyfikować oryginalną formę zaklęcia i przejąć władzę nad tworem. Uczynić go swoim własnym strażnikiem, a nie wrogiem. Nie był wprawny w magii zauroczeń, ale wrażliwa, częściowo nieznana forma magii, jaką było zauroczenie, jej gładkie, lśniące, mamiące sploty, wydawały się być odpowiedzią, gdy przychodziło do naginania woli. Były jeszcze inne zaklęcia, które mu przyszły do głowy, ale nie przy świadkach...
Sukces!
Sukces!