11.09.2024, 20:59 ✶
Drgnął, słysząc kroki, które zaraz przemieniły się w dźwięk otwieranych drzwi. Uniósł głowę, zaciskając nieco palce na blacie stołu, nad którym właśnie się pochylał, i wydał z siebie ciche westchnięcie. Atreus, oczywiście że musiał to być Atreus. Czy inni Aurorzy musieli być tak zajęci? Czemu Moody nie mogła tu zawlec na przykład Victorii? Wydawała mu się dużo lepszą kandydatką, bo chociaż osobiście do Bulstrode'a nic personalnie nie miał, tak swojej kuzynce dużo bardziej ufał. A tak musiał znowu się pilnować, podobnie jak ostatnim razem, gdy los zaprowadził ich do Szkocji.
- Podrzucili mi ją kiedyś na ganek i tak już została. A co? - wyprostował się i chociaż to był ewidentny żart, tak na jego twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Co innego w tych dziwnych, nienaturalnie szarych oczach, które teraz lśniły od rozbawienia. A może to po prostu światło świec dawało taki efekt? - Scylla, mam wrażenie że minęły całe wieki.
Dodał, rozwierając ramiona by na krótką chwilę zamknąć kobietę w krótkim, acz mocnym uścisku. Panie i panowie, albo to był wyuczony odruch, albo Lestrange naprawdę lubił tę dziwaczkę, która paplała Atreusowi o jakichś babach i przeznaczeniu.
- Nie dotykaj - powinien pamiętać, że jak raz złapało się tę dziewczynę w ramiona, to nie powinno się jej z nich wypuszczać. Odruchowo chciał chwycić za dłoń panny Greyback, kręcąc głową, jakby chciał powiedzieć "nie". Na szczęście pod tą czupryną tliła się iskierka rozsądku i jakiegoś instynktu samozachowawczego, skoro kobieta postanowiła nie dotykać masek. - Pretensje miej do... Nie wiem. Za mało wam płacą, Bulstrode, że trzeba ściągać ludzi z zewnątrz?
Zapytał uprzejmie Aurora, siląc się nawet na lekki uśmiech. Nie miał pojęcia ile tam zarabiali, w sumie to nie do końca wiedział ile on sam zarabiał, bo jego stary był wystarczająco bogaty, by Lestrange mógł mieć kwestię swoich zarobków w dupie.
- Tak. Zostały dostarczone dzisiaj rano, gdy tylko udało się je ściągnąć z twarzy tej piątki - odpowiedział na niewypowiedziane pytanie, sięgając do jednego ze zdjęć wiszącego na tablicy. Przesunął teczki na bok, a sam ułożył zdjęcia w tylko sobie znanej kolejności i kiwnął na Atreusa, by ten podszedł i na nie zerknął. - Wszystkie zostały rozdane tego samego dnia, czyli 12 sierpnia, dwa dni temu. Niemal od razu wtopiły się w skórę noszących i sprawiły, że zmienili swoje zachowanie o 180 stopni.
Nie musiał im tłumaczyć wszystkiego od początku, bo wszystko było zapisane. Stuknął paznokciem w jedną z kartek, na której było streszczenie sytuacji. Cała piątka była czarodziejami, półkrwi. Rodziny średnio zamożne, ale nie biedne. Mało znane, przypadkowe nazwiska. Dwie kobiety i trójka mężczyzn. Kobiety z dobrego domu, zamężne, zaczęły się oddawać na ulicy - dosłownie na ulicy. Jeden z mężczyzn niemal zabił gołymi rękami przypadkową osobę. Kolejna dwójka po prostu wszczynała burdy i była agresywna, a także próbowali przeprowadzić napad na przypadkowy sklep. Każda z tych osób działała w innej części Anglii, niezależnie od siebie.
- Mamy się dowiedzieć co im zrobiły te maski, a potem złapać osobę, która je stworzyła. Być może jest ich więcej, tego nie wiemy. Z ofiarami nie mamy jak porozmawiać, leżą w Lecznicy Dusz. Każdy z nich powtarza jedno słowo i nie ma z nimi kontaktu.
Rodolphus przesunął się, by pozostała dwójka mogła zajrzeć do teczek, a sam sięgnął po notatkę sporządzoną swoim pismem.
Słowa, które były zapisane na notatce, brzmiały tak: Najstarsze. Wojna. Bóg. Ratusz. Rzymianie.
- Podrzucili mi ją kiedyś na ganek i tak już została. A co? - wyprostował się i chociaż to był ewidentny żart, tak na jego twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Co innego w tych dziwnych, nienaturalnie szarych oczach, które teraz lśniły od rozbawienia. A może to po prostu światło świec dawało taki efekt? - Scylla, mam wrażenie że minęły całe wieki.
Dodał, rozwierając ramiona by na krótką chwilę zamknąć kobietę w krótkim, acz mocnym uścisku. Panie i panowie, albo to był wyuczony odruch, albo Lestrange naprawdę lubił tę dziwaczkę, która paplała Atreusowi o jakichś babach i przeznaczeniu.
- Nie dotykaj - powinien pamiętać, że jak raz złapało się tę dziewczynę w ramiona, to nie powinno się jej z nich wypuszczać. Odruchowo chciał chwycić za dłoń panny Greyback, kręcąc głową, jakby chciał powiedzieć "nie". Na szczęście pod tą czupryną tliła się iskierka rozsądku i jakiegoś instynktu samozachowawczego, skoro kobieta postanowiła nie dotykać masek. - Pretensje miej do... Nie wiem. Za mało wam płacą, Bulstrode, że trzeba ściągać ludzi z zewnątrz?
Zapytał uprzejmie Aurora, siląc się nawet na lekki uśmiech. Nie miał pojęcia ile tam zarabiali, w sumie to nie do końca wiedział ile on sam zarabiał, bo jego stary był wystarczająco bogaty, by Lestrange mógł mieć kwestię swoich zarobków w dupie.
- Tak. Zostały dostarczone dzisiaj rano, gdy tylko udało się je ściągnąć z twarzy tej piątki - odpowiedział na niewypowiedziane pytanie, sięgając do jednego ze zdjęć wiszącego na tablicy. Przesunął teczki na bok, a sam ułożył zdjęcia w tylko sobie znanej kolejności i kiwnął na Atreusa, by ten podszedł i na nie zerknął. - Wszystkie zostały rozdane tego samego dnia, czyli 12 sierpnia, dwa dni temu. Niemal od razu wtopiły się w skórę noszących i sprawiły, że zmienili swoje zachowanie o 180 stopni.
Nie musiał im tłumaczyć wszystkiego od początku, bo wszystko było zapisane. Stuknął paznokciem w jedną z kartek, na której było streszczenie sytuacji. Cała piątka była czarodziejami, półkrwi. Rodziny średnio zamożne, ale nie biedne. Mało znane, przypadkowe nazwiska. Dwie kobiety i trójka mężczyzn. Kobiety z dobrego domu, zamężne, zaczęły się oddawać na ulicy - dosłownie na ulicy. Jeden z mężczyzn niemal zabił gołymi rękami przypadkową osobę. Kolejna dwójka po prostu wszczynała burdy i była agresywna, a także próbowali przeprowadzić napad na przypadkowy sklep. Każda z tych osób działała w innej części Anglii, niezależnie od siebie.
- Mamy się dowiedzieć co im zrobiły te maski, a potem złapać osobę, która je stworzyła. Być może jest ich więcej, tego nie wiemy. Z ofiarami nie mamy jak porozmawiać, leżą w Lecznicy Dusz. Każdy z nich powtarza jedno słowo i nie ma z nimi kontaktu.
Rodolphus przesunął się, by pozostała dwójka mogła zajrzeć do teczek, a sam sięgnął po notatkę sporządzoną swoim pismem.
Słowa, które były zapisane na notatce, brzmiały tak: Najstarsze. Wojna. Bóg. Ratusz. Rzymianie.