Owszem - skrzat już czekał. Spodziewany gość dostał więc powitanie odpowiednie do czysto krwistej rodziny, tylko nie było hucznie ani nawet nie było wesoło. Posiadłość Rookwoodów była stara, ale majątkiem wielkim to oni nie opływali. A przynajmniej tego wielkiego majątku nie było widać w tych murach. Nie było też uśmiechów i proponowania herbatki. Skrzat, zahukany jak większość z nich, przywitał gościa i poprowadził go do miejsca jego przeznaczenia. Nie do salonu, nie do jednego z pokoi, gdzie często w takich posiadłościach gości przyjmowano, nawet nie do żadnego gabinetu. Wszystkie drzwi to oni mijali, minęli też kuchnię, nie było pytań, czy by się czegoś nie napił. Został poprowadzony do drzwi, które po otworzeniu ukazały schody nie w górę, a w dół. Prosto do piwnicy. Jej wnętrze nie było owiane czernią i smrodem podziemnych korytarzy. Płonęły kaganki i atmosfera mówiła, że to miejsce nie służy tylko do przechowywania wina i starych rupieci. Dziwne? Niekoniecznie. W końcu starsze domy miewały takie miejsca budowane dla delektowania się wspomnianym trunkiem (i innymi trunkami), albo były zwyczajnie miejscami schadzek, które były trudniejsze do podsłuchania niż byle pokój z uchylonymi oknami.
Skrzat poprowadził więc korytarzem do jednych z drzwi. Dopiero tutaj zapukał i po chwili drzwi się same powoli otworzyły.
- Gość przyprowadzony, Paniczu. - Skłonił się skrzat i po błyśnięciu oczami w kierunku Astarotha zniknął.
A wnętrze? Kwadratowy pokój wyłożony był regałami z książkami, na ścianach wisiały zapisy nut albo płyty winylowe, stał piękny gramofon na jednej z szafek. Naprzeciwko drzwi znajdowała się duża sofa i stolik kawowy przed nią, po obu stronach zaś fotele. Wszystko utrzymane było w ciemnych kolorach, przecinała je szarość albo raczej blade dodatki. Na tej kanapie, obitej skórą, siedział Sauriel Rookwood. Tak, ten sam - tak jak i Astaroth był tym samym Astarothem - i choć minęli się w szkole, obaj dorośli, to jakoś tak zabawnie świat chciał im pokazać, że w pewnym momencie swojego życia można się zatrzymać i nie rosnąć wcale. Sauriel siedział z nogami wyciągniętymi na stolik, w czarnej koszuli niedbale zapiętej, Pan i Król tego miejsca. Jego czarne oczy były zblazowane, kiedy spoglądał na wampira, ale jego pojawienie się przynajmniej wywołało jakiś ruch. Albo to ta whiskey, którą trzymał, bo jeden kącik ust Czarnego Kota drgnął ku górze. Poprawił się nieco, ściągnął nogi ze stolika tak, by nie potrącić leżącej tam zapalniczki i popielniczki zaraz obok.
- Hej. Wchodź. - Zaprosił go gestem do środka i sam sięgnął po różdżkę, żeby nią machnąć i zamknąć jednocześnie za wampirem drzwi. Machnął nią drugi raz i z niewielkiego barku przywołał dwie szklanki. Rzucił ją nieco niedbale na kanapę obok siebie. - Chujowy ze mnie nauczyciel i mentor, ale ostatnio coś często ktoś chce, żebym go czegoś uczył. Jakbym był, kurwa, jakimś jebanym autorytetem. - Wzrok Sauriela ześlizgnął się z Astarotha na szklanki, które przesunął w oczekiwaniu na ten nektar bogów, ale zaraz znów był na sylwetce wampira. Zblazowanie ustąpiło miejsca czemuś innemu. Czemuś, co można było nazwać uwagą. Tak samo ludzie patrzyli na wielkie psy, których niby się nie bali, ale zastanawiali się, czy jednak będą gryźć..? I bynajmniej Sauriel się nie bał Astarotha. Za to był ciekaw co to za wampirzy dzieciak, który tu przyszedł w jego skromne progi. - Żaden ze mnie "pan". Sauriel, a dla osób, z którymi się lubię - Czarny Kot. Sam wybierz. - Uśmieszek się trochę pogłębił. - Kiedy zostałeś przemieniony w wampira?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.