13.09.2024, 22:36 ✶
Na słowa Atreusa o piesku ściągnął brwi w grymasie niezadowolenia. W zasadzie to Lestrange rzadko kiedy pokazywał, że wbrew pozorom miał niezwykle plastyczną twarz i potrafił normalnie się uśmiechać, okazywać niezadowolenie czy gniew. Teraz jednak, gdy Bulstrode trafił w czuły punkt Scylli - a nie trzeba było być alfą i omegą, żeby wiedzieć że to jej czuły punkt - na chwilę zrzucił tę maskę prowizorycznej pogardy i obojętności. Zapomniał nawet odpowiedzieć, że nie do końca dobrze sformułował swoje myśli w sprawie jasnowidzów, ale to już po ptakach. Był zły, zacisnął nawet dłonie w pięści, rzucając mężczyźnie ostrzegawcze spojrzenie. Jebać jasnowidzów, oślepianie ich i fakt, że sporo z nich poleciało za Aurorami... Po cośtam.
- Uważaj na słowa, Bulstrode, albo zmażę ci ten uśmiech z gęby - syknął śmiertelnie poważnie. Nie to, żeby był gotowy się bić o godność Greybackówny czy coś w tym stylu, ale przecież nie pozwoli jej obrażać, gdy ta stała obok, prawda? Generalnie to to niezbyt pasowało do wizerunku Rodolphusa, który przez te lata pracy w Ministerstwie dał się poznać jako chłodny i zdystansowany. Owszem, bywał złośliwy i wtedy wyłaził na wierzch jego prawdziwy, szczenięcy wiek, lecz były to sytuacje niezwykle rzadkie. Najwyraźniej Atreus swoim komentarzem sprawił, że jakaś męska, gówniarska duma kazała mu się odezwać i bronić honoru Scylli nawet pomimo potencjalnej kosy z osobą, z którą nie tylko wcześniej współpracował, ale i miał współpracować w tej chwili, przy tej sprawie. - Bywało lepiej.
Mruknął, na chwilę przenosząc wzrok na dziewczynę. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki po niewielki pakunek. Niemalże wcisnął go w dłonie dziewczyny, jakby chciał się pozbyć tego, co było w środku. A w środku, jeżeli ta zdecydowała się zerknąć i odwinąć szary papier, przewiązany krwistoczerwoną kokardą, znajdowało się idealnie równe, okrągłe ciastko, jedno z ulubionych Scylli. Oraz woreczek, cóż - trochę ubrudzony okruszkami, ale chroniący cienką bransoletkę z doczepioną celebrytką w kształcie runy szczęścia.
Lestrange jeszcze posłał Atreusowi spojrzenie, mówiące tylko skomentuj to, co zaszło, a wepchnę ci to ciastko do gardła, ale nie odezwał się. Ponownie zawisł nad stolikiem.
- Dobre pytanie, Scyllo - powiedział, sięgając po jeden z pergaminów. Przesunął go w kierunku kobiety. Na karcie znajdowało się jego pismo. - Z tego co koledzy naszego szanownego Aurora zdążyli się dowiedzieć od rodzin ofiar, nigdy nie przejawiały one takich zachowań. Oczywiście mogą kłamać, ale jest to wątpliwe. Pytali nie tylko rodziców, ale także rodzeństwo i najbliższe otoczenie, również z dzieciństwa. Nie potrafiliby tak długo kryć swoich prawdziwych zapędów, ktoś by wiedział, że tkwi w nich coś zupełnie innego, inna osobowość.
Sam się nad tym głowił już od rana, gdy tylko dostał do rąk własnych raport. Gdzieśtam leżał na stole, pewnie mogliby po niego sięgnąć, ale nie podsuwał im go, bo sam przeczytał wszystko od deski do deski. I nie doszedł do innych wniosków niż te Atreusowe.
Bulstrode spojrzał swoim trzecim okiem na maski, lecz niestety - jego dar pozwalał na odczytywanie kolorów aur i interpretowania je, by zbierać informacje o otaczających go osobach. Maski jednak były... Maskami. Nie były żywymi osobami, a chociaż wibrowały od negatywnej energii, to żadna z nich nie była osobą. Rozczarowujące.
- Dwie kobiety zaczęły zachowywać się jak pospolite dziwki - odpowiedział na pytanie Atreusa, wzdychając, że ten nie może po prostu zerknąć do notatek. Świat byłby o wiele prostszy, gdyby ludzie czytali, co się im podsuwa pod nos. - Zamężne. Wierne, oddane, tak przynajmniej mówią. To te dwie.
Wskazał palcem na dwie maski: uśmiechnięty mężczyzna o fioletowych włosach oraz ta pozszywana z ludzkich skór. To znaczy "ludzkich" - mimo że to wszystko trąciło czymś obrzydliwym, to wykluczono by była to maska z człowieka. Raczej ktoś wygarbował i upozorował tę skórę na jasną, ludzką.
- Ten, który zaatakował przypadkowego przechodnia, miał tę - tu skinął głową w stronę maski przypominającej czaszkę w koronie. - A te wywołały ten sam efekt, czyli po prostu szarpanie się, kłótnie i próba kradzieży. Bezczelnej, w biały dzień.
Pokazał kolejno na egipską mumię oraz "kamienną". Na słowa dziewczyny zerknął przed siebie, utkwił wzrok w płomieniach świec. Nie znał się za bardzo na mugolskiej mitologii, ale przeplatała się ona dość mocno z tą magiczną.
- Jeżeli znowu mamy do czynienia z nekromancją... - westchnął, kierując wzrok na Atreusa. Już jednego gnoja załatwili, po cholerę im był kolejny? -Najstarsze. Wojna. Bóg. Ratusz. Rzymianie.
Powtórzył na głos, każde słowo wypowiadając powoli i z zastanowieniem.
- Najstarsze i Rzymianie pasuje do siebie, jeżeli weźmiemy pod uwagę starożytność. Wojna i Ratusz... Został zniszczony podczas którejś wojny? Naszej czy mugolskiej? I który bóg? - trochę mu się to nie kleiło, a przecież mogli dywagować nad tym przez najbliższe miesiące. Spojrzał na Atreusa, a następnie na Scyllę.
- Żadne z was nie zna sztuczek, które by mogły jakkolwiek naprowadzić nas na osobę, która stworzyła te maski inaczej niż domyślając się? - wyciągnął różdżkę i postukał nią o blat stolika. Liczył, że któreś z nich go zaskoczy, zamiast rzucania prostych zaklęć lokalizujących, które szły wyjątkowo opornie w przypadku tych masek. - Proste zaklęcia nie zdały egzaminu. Nikt nie starał się rozpraszać tego, co je otacza, żeby w razie czego nie stracić tropu magii. Ale możemy spróbować jeszcze raz.
- Uważaj na słowa, Bulstrode, albo zmażę ci ten uśmiech z gęby - syknął śmiertelnie poważnie. Nie to, żeby był gotowy się bić o godność Greybackówny czy coś w tym stylu, ale przecież nie pozwoli jej obrażać, gdy ta stała obok, prawda? Generalnie to to niezbyt pasowało do wizerunku Rodolphusa, który przez te lata pracy w Ministerstwie dał się poznać jako chłodny i zdystansowany. Owszem, bywał złośliwy i wtedy wyłaził na wierzch jego prawdziwy, szczenięcy wiek, lecz były to sytuacje niezwykle rzadkie. Najwyraźniej Atreus swoim komentarzem sprawił, że jakaś męska, gówniarska duma kazała mu się odezwać i bronić honoru Scylli nawet pomimo potencjalnej kosy z osobą, z którą nie tylko wcześniej współpracował, ale i miał współpracować w tej chwili, przy tej sprawie. - Bywało lepiej.
Mruknął, na chwilę przenosząc wzrok na dziewczynę. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki po niewielki pakunek. Niemalże wcisnął go w dłonie dziewczyny, jakby chciał się pozbyć tego, co było w środku. A w środku, jeżeli ta zdecydowała się zerknąć i odwinąć szary papier, przewiązany krwistoczerwoną kokardą, znajdowało się idealnie równe, okrągłe ciastko, jedno z ulubionych Scylli. Oraz woreczek, cóż - trochę ubrudzony okruszkami, ale chroniący cienką bransoletkę z doczepioną celebrytką w kształcie runy szczęścia.
Lestrange jeszcze posłał Atreusowi spojrzenie, mówiące tylko skomentuj to, co zaszło, a wepchnę ci to ciastko do gardła, ale nie odezwał się. Ponownie zawisł nad stolikiem.
- Dobre pytanie, Scyllo - powiedział, sięgając po jeden z pergaminów. Przesunął go w kierunku kobiety. Na karcie znajdowało się jego pismo. - Z tego co koledzy naszego szanownego Aurora zdążyli się dowiedzieć od rodzin ofiar, nigdy nie przejawiały one takich zachowań. Oczywiście mogą kłamać, ale jest to wątpliwe. Pytali nie tylko rodziców, ale także rodzeństwo i najbliższe otoczenie, również z dzieciństwa. Nie potrafiliby tak długo kryć swoich prawdziwych zapędów, ktoś by wiedział, że tkwi w nich coś zupełnie innego, inna osobowość.
Sam się nad tym głowił już od rana, gdy tylko dostał do rąk własnych raport. Gdzieśtam leżał na stole, pewnie mogliby po niego sięgnąć, ale nie podsuwał im go, bo sam przeczytał wszystko od deski do deski. I nie doszedł do innych wniosków niż te Atreusowe.
Bulstrode spojrzał swoim trzecim okiem na maski, lecz niestety - jego dar pozwalał na odczytywanie kolorów aur i interpretowania je, by zbierać informacje o otaczających go osobach. Maski jednak były... Maskami. Nie były żywymi osobami, a chociaż wibrowały od negatywnej energii, to żadna z nich nie była osobą. Rozczarowujące.
- Dwie kobiety zaczęły zachowywać się jak pospolite dziwki - odpowiedział na pytanie Atreusa, wzdychając, że ten nie może po prostu zerknąć do notatek. Świat byłby o wiele prostszy, gdyby ludzie czytali, co się im podsuwa pod nos. - Zamężne. Wierne, oddane, tak przynajmniej mówią. To te dwie.
Wskazał palcem na dwie maski: uśmiechnięty mężczyzna o fioletowych włosach oraz ta pozszywana z ludzkich skór. To znaczy "ludzkich" - mimo że to wszystko trąciło czymś obrzydliwym, to wykluczono by była to maska z człowieka. Raczej ktoś wygarbował i upozorował tę skórę na jasną, ludzką.
- Ten, który zaatakował przypadkowego przechodnia, miał tę - tu skinął głową w stronę maski przypominającej czaszkę w koronie. - A te wywołały ten sam efekt, czyli po prostu szarpanie się, kłótnie i próba kradzieży. Bezczelnej, w biały dzień.
Pokazał kolejno na egipską mumię oraz "kamienną". Na słowa dziewczyny zerknął przed siebie, utkwił wzrok w płomieniach świec. Nie znał się za bardzo na mugolskiej mitologii, ale przeplatała się ona dość mocno z tą magiczną.
- Jeżeli znowu mamy do czynienia z nekromancją... - westchnął, kierując wzrok na Atreusa. Już jednego gnoja załatwili, po cholerę im był kolejny? -Najstarsze. Wojna. Bóg. Ratusz. Rzymianie.
Powtórzył na głos, każde słowo wypowiadając powoli i z zastanowieniem.
- Najstarsze i Rzymianie pasuje do siebie, jeżeli weźmiemy pod uwagę starożytność. Wojna i Ratusz... Został zniszczony podczas którejś wojny? Naszej czy mugolskiej? I który bóg? - trochę mu się to nie kleiło, a przecież mogli dywagować nad tym przez najbliższe miesiące. Spojrzał na Atreusa, a następnie na Scyllę.
- Żadne z was nie zna sztuczek, które by mogły jakkolwiek naprowadzić nas na osobę, która stworzyła te maski inaczej niż domyślając się? - wyciągnął różdżkę i postukał nią o blat stolika. Liczył, że któreś z nich go zaskoczy, zamiast rzucania prostych zaklęć lokalizujących, które szły wyjątkowo opornie w przypadku tych masek. - Proste zaklęcia nie zdały egzaminu. Nikt nie starał się rozpraszać tego, co je otacza, żeby w razie czego nie stracić tropu magii. Ale możemy spróbować jeszcze raz.